|
W tym miesiąciu po kilku latach zakończyłem przechodzenie "Commandos II" pierwszy raz w życiu na wszystkich trzech poziomach trudności. Zajęło mi to tyle czasu, bo nie gram codziennie, mam dość powolne tempo, a jeszcze odstawiałem "Komandosów", żeby pograć sobie dla odmiany w coś innego.
Już o tej grze pisałem, ale ciągle jestem pod jej wrażeniem. Jak jest dobra, świadczy to, że nawet po rozpracowaniu misji, można do niej wrócić po jakimś czasie, żeby przejść ją jeszcze raz. Można spróbować przejść mapę inną trasą niż wcześniej. Ścieżki, które z początku wydawały mi się jedynymi prawidłowymi rozwiązaniami, okazują się tylko jedną z możliwości. Do tego, dopiero przechodząc grę na drugim poziomie, odkryłem, że mogę chować komandosów za niskimi przeszkodami.
Sama zmiana poziomu trudności nie ma akurat dużego wpływu na regrywalność. Na najłatwiejszym nie można zginąć, ale to miałoby znaczenie, gdybym postawił sobie za cel przechodzenie gry bez wczytywania. Ja akurat stawiałem sobie inne. Myślę, że bez wymyślania ich sobie samemu, gra byłaby mniej ciekawa. Starałem się przede wszystkim przechodzić grę bez zabijania, chyba że to niemożliwe. Moim zdaniem, nie da się w ten sposób przejść drugiej misji szkoleniowej, dwóch z misji bonusowych oraz misji w Normandii, chyba że w tej ostatniej zignoruje się bonusy. Szkoda, że ekran podsumowania nie zawiera dokładnych liczb wrogich jednostek wyeliminowanych i wyeliminowanych-niezabitych, co pozwalałoby stwierdzić na pewno, że są równe.
To niezabijanie jest, oczywiście, czysto umowne. Unieszkodliwionego Niemca lub Japończyka komandos zostawia na ogół w jakimś zaułku, gdzie go nikt nie zauważy i nie rozwiąże. Gdyby patrzeć na wydarzenia w grze realistycznie, to taki żołnierz raczej nie dożyje odnalezienia, zwłaszcza na mrozie.
W ogóle z realizmem sprawa jest dwuznaczna. Reakcje żołnierzy na działania komandosów są tak schematyczne, że trzeba po prostu patrzeć na grę jako na zespół zasad, a nie próbę odtworzenia działań oddziałów specjalnych. Da się w jednej z misji przepłynąć rzekę na słoniu, a potem zsiąść z niego i schować się za zwierzęciem, zanim odwróci się strażnik. Słoń nie wzbudzi w nim podejrzeń.
Widać jednak duże dążenie twórców do nadania zachowaniom żołnierzy naturalności. Nie wszyscy pilnują baz, stojąc sztywno na straży lub maszerując po wciąż tej samej trasie. Wrogowie rozmawiają, czytają gazety, śpią, jedzą, zamiatają, siłują się, malują ściany, liczą skrzynki, przesłuchują jeńców. To dążenie to realizmu, robi wrażenie, nawet jeśli oddział ma siłę robić te same ćwiczenia przez kilka godzin.
Mimo tych zakłóceń realizmu, który uznano widać za mniej waźny od przejrzystych reguł, udało się twórcom gry nadać jej trochę filmowości. Kolejne misje opowiadają jakieś historie. Oczywiście, część z nich to nawiązania do dobrze znanych filmów. Odesłanie do znanej historii za pomocą tytułu sprawia, że historia sama pojawia się w głowie, chociaż twórcy prawie nic nie opowiedzieli, a skupili się tylko na tym, żeby poziom był nie za łatwy i nie za trudny. Fabuły natomiast są mocno uproszczone. Jeśli nawet w pierwowzorach poruszane były głębsze problemy, to w grze komputerowej jest tylko przygoda śmiałków, którzy choć jest ich tylko kilkoro, potrafią stawić czoła dziesiątkom Niemców.
_________________ Czuję tu zapach chrześcijanina
|