Dostałem płytkę od zespołu (bardzo dziękuję, także za dedykację w opisie, wzruszyłem się) i dzisiaj ją uważnie przesłuchałem. Myślałem, że poleci sobie niezobowiązująco w tle, gdy będę czytał Lee Childa i będę miał to już odbębnione

ale muzyka przykuła moją uwagę od początku do końca i to jest pierwszy komplement.
Trudno mi oczywiście oddzielić tu sprawy "prywatnemu, nie posłowi" i "forumowe" od "obiektywistycznych" i "niepersonalnych", tym bardziej, że wczoraj odbyliśmy myślę, że dobrą rozmowę o filozofii grania i koncercie, podczas której nie obyło się bez uwag krytycznych. Tym bardziej trudno mi się tu wypowiadać z jakichkolwiek pozycji mentorskich, bo jeden mój zespół - jak każdzi wią - jest wybitnie domowy i wręcz antyprofesjonalny i właściwie (co logiczne) nie ma prawie słuchaczy, a drugi zapowiadał się nieźle i brzmi może w pełni nawet profesjonalnie, ale słuchaczy nie ma o wielu więcej

Mimo wszystko spróbuję odnieść się głównie do spraw muzycznych a nie okołomuzycznych, choć nie mogę nie pochwalić bardzo starannej i działającej na wyobraźnię warstwy graficznej, która - w tych ciężkich dla nas muzyków mniej lub bardziej domowych czasach - świadczy o pełnym i poważnym podejściu do sztuki, które nie musi iść na organizacyjne i finansowe kompromisy. To komplement drugi.
A teraz o muzyce. Jest o wiele lepiej niż mógłbym się spodziewać zarówno po dotychczasowych rzeczach do znalezienia na jutubie i nawet w porównaniu do tego, co usłyszałem niedawno na koncercie. Zawsze sprzyjałem i (mniej lub bardziej gorąco) kibicowałem zespołowi w kluczu towarzysko-coświęcejowym, ale - powiedzmy - artystycznie zwykle mnie to mało obchodziło, a czasem drażniło, z niewielkimi wyjątkami. Chodziło nie tylko o duże rozbieżności co do ściśle muzycznych preferencji, ale też o sprawy wykonawcze. Dla mnie "nieumienie grać", jakkolwiek prowokacyjnie i metaforycznie byłoby to wyrażane, nigdy nie było żadnym walorem i nigdy mnie do słuchania nie przyciągało i bardzo się cieszę, że ten etap zespół wydaje się mieć już za samym Sebą.
Na płycie e-PI-ckiej zespół D.N.A. nadal bywa domowy, ale mi osobiście niedoskonałości wykonawcze już (w znakomitej większości minut na płycie) n i e p r z e s z k a d z a j ą, a nawet czasami wydają mi się ujmujące i przyprawiają o dodatkową nutę wzruszenia. Od razu jednak muszę to skontrować tym, że wynika to jednak z tego, że Was znam i życzę jak najlepiej, wyobrażam sobie jednak, że ktoś inny mógłby nie mieć tyle dobrej woli. Ale w sumie po co mam się wypowiadać za kogoś innego... Jak to już wczoraj powiedziałem Crazy'emu, bardzo podziwiam i trochę zazdroszczę, że udało się zespołowi wytworzyć narrację taką, że zainteresowała stosunkowo dużo ludzi, którzy chcieli tę płytę mieć i jej słuchać, więc o dobrą wolę udało się skutecznie zabiedz ...
...i tutaj rodzi się pytanie być może najważniejsze - czy będą chcieli do niej wracać? Czy jest coś w niej takiego, co pozwoli przebić się przez ustawienia pozamuzyczne, towarzyskie i braterskie... Zapytuję siebie i myślę, że tak. Płyta jest pięknie wydana i będzie się wyróżniała spośród innych na półce, to raz. Kompozycje są dobre i bardzo dobre, a teksty wręcz świetne - kolejna zachęta. Wokale bywają różne, ale żaden nie dyskwalifikuje jakiegokolwiek utworu na ament, to znaczy, żebym go przez dany wokal chciał wyłączyć, w sumie kolejny plus (przemyślałbym tylko na przyszłość sprawę współbrzmień w unisonie, to już o wiele ciekawiej wypada - moim oczywiście zdaniem - ten moment, gdy Tyler robi echo Dave'owi, niż zlepianie Crazy'ego z Dave'em). A, doskonała jest produkcja - słyszę tu różne rzeczy i riki-triki i chylę czoła, no tu duży plus. Zatem... wracajmy do niej, Polacy, Reytanie, Passengers!
Właściwie cała płyta trzyma dość równy, wysoki poziom, jest spójna kolorystycznie i narracyjnie. Wyróżniam utwory pierwszy i ostatni, bo mają najciekawsze melodie (Pretender), albo są w najciekawszy sposób zaśpiewane (People). (Tutaj niestety uwaga nawiasem mówiąc - bardzo się źle stało, że Wasza najlepsza melodia, czyli Painkillers, na tę płytę nie weszła, niech przynajmniej imperatyw jej nagrania wymusi kolejną sesję i kolejną płytę). No i rzecz najtrudniejsza dla mnie do napisania, ale najwyżej tu pokażecie mi środkowy palec, tak jak ja bym zrobił, gdyby ktoś coś takiego wyrzucał np. kompozycjom Soundrops. Zatem wiem, że pewnie wara mi od tego, ale jednak napiszę, że dla mnie dysproporcja artystyczna między częściami śpiewanymi a instrumentalnymi jest dość duża. Nie znaczy to, żebym skreślał wszystkie partie instrumentalne w czambuł: bardzo podobają mi się niektóre partie klawiszowe (bo po drugiej zwrotce Pretendera to chyba jest klawisz a nie flet, hę?), w zakończeniu jednego z utworów bardzo dobra klawiszowa coda, a czasem i bębny mi zalśnią i inne kosmitrzne dźwięka... Ale np. końcówka Pretendera jest dla mnie osobiście trudna do zdzierżenia.
Chyba to wszystko. Gratuluję serdecznie i - jak widzicie - szczerze tego wydawnictwa, tym bardziej, że zakulisowo dość dobrze orientuję się (bo coś tak słyszałem a też dużo potrafię sobie wyobrazić) jak wiele Was to kosztowało wysiłku i nerwów. Mam szczerą nadzieję, że się nie poddacie, nie pokłócicie ani nie stracicie werwy i nagracie jeszcze lepszą płytę. Teraz będzie o wiele trudniej, to jak z nauką języków, bo jesteście już tak zaawansowani, że teraz nie będzie już tak naocznie słychać (lub nausznie widać) jak bardzo się będziecie rozwijać pod względem stricte wykonawczym. A i już nie będzie tego posmaku nowości, a i będzie się trzeba ścigać z AI i tłumaczyć sobie po co to robić, skoro świat już nie potrzebuje nowej muzyki właściwie od nikogo, a co dopiero od domowych muzyków pod pięćdziesiątkę. Ale z Was są takie kozaki, że choćby z przekory dacie radę. Wierzę w Was
