Jak już tu wspominałam na forum, nie jestem specjalnie fanką Chopina. Wiąże się to też z tym, że nie znam jakoś za dobrze jego twórczości. Oczywiście kojarzę najpopularniejsze utwory, poza tym czasem słuchałam tego i owego z konkursów chopinowskich i może właśnie w tym ostatnim tkwił błąd. Może problem w tym, że tam, gdzie są zawody, jakiś wyścig, konkurencja - w przypadku muzyki wygrywa technika a przegrywa duch. W każdym razie, to, co w ramach tych konkursów zdarzało mi się słyszeć, jakoś przechodziło obok mnie i przede wszystkim zupełnie nie brzmiało tak, jak wyobrażałam sobie muzykę Chopina, kiedy o niej czytałam, a nie jej słuchałam.
No ale też nigdy nie byłam wrogiem tego kompozytora i zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam poczucie, że przy odpowiednich okolicznościach / wykonaniach mógłby zażreć, tylko brakuje mi zacięcia, żeby faktycznie szukać takowych.
Okazja jednak nadeszła. Ja mam tak, że uwielbiam zanurzać się cała w pięknych doznaniach audio-wizualnych, dlatego dla takiej formy rozrywki, jaką proponuje Art Box Experience jestem targetem wręcz idealnym. A od jakiegoś czasu mają u siebie wystawę pt. 'Romantyczny Chopin'. W dodatku jest to jedna z takich atrakcji, na które, z racji benefitów służbowych, mam możliwość kupić bilet za 0 zł, więc czemu by nie skorzystać?

Skusiłam się.
Kiedyś byłam tam na impresjonistach i wtedy chyba każda sala wystawy miała podobny poziom atrakcyjności i polegała na tym samym. Tym razem atrakcyjność była wyraźnie stopniowana. Pierwsze dwie salki niczym szczególnym nie powalały, muzyka leciała w tle bardzo cicho, na ścianach wyświetlały się dość krótkie biograficzne notki, na tle ładnych obrazków, ale bez szału.
Co gorsza, w pierwszej utkwiłam na dłużej, bo nadziałam się na coś, czego się tam zupełnie nie spodziewałam - wycieczkę z przewodnikiem. Tłumek starszych babć skutecznie zablokował przejście, a ja dotarłam tam z godzinnym opóźnieniem względem swoich planów i nie miałam tak dużo czasu, jak bym sobie życzyła, więc czułam się zdziebko zestresowana sytuacją. Na szczęście weszły jakieś dziewczyny i utorowały przejście, z czego skwapliwie i z ulgą skorzystałam. Trzecia sala była już fajniejsza, muzyka grała tu głośniej, a na tle klimatycznych drzew, wśród uwielbianych przeze mnie kolorów, wisiały portrety różnych ludzi - z jednej strony bliskich Chopina, z drugiej muzyków z nim powiązanych. Wedle instrukcji należało dotknąć takiego portretu, aby przemówił. Ludzie jednak mieli z tym problemy, nieraz klepali te biedne gębusie, machali przed nimi rękami i czasem trochę się musieli nabiedzić, zanim im się udało je ożywić. A mi się udawało za każdym razem od razu, nie musiałam ich nawet dotykać, wystarczyło zbliżyć dłoń. Czułam się jak rycerz Jedi.
W czwartej sali na środku stała wielka rzeźba sprawiająca wrażenie mosiężnej, składała się z wielu stojaków z partyturami oraz odlewów rąk Chopina. Należało jedną rękę położyć na dłoni mistrza, a drugą dotknąć wybranej partytury - i wtedy zaczynało ową partyturę grać. I grało pięknie. Na ścianach wyświetlały się zimowe pejzaże i ku uciesze wszelkich dzieciaków, tam gdzie dotknęły ręką, tworzyło się białe kłębowisko ze śnieżynkami. Też sobie dotknęłam, po tym, jak już wysłuchałam wszystkich partytur, a co tam.
Kolejna sala, największa, była od tego, żeby po prostu usiąść i zanurzyć się w muzyce i obrazach. Ze wszystkich stron wyświetlały się animacje ilustrujące mieszankę utworów Chopina, wzbogacone różnymi cytatami i układające się w piękną, żywą i barwną historię.
Ostatnia sala (ściśle rzecz biorąc - przedostatnia, ale ta naprawdę ostatnia to już tylko drobne post-scriptum na do widzenia) była prawdziwym zaskoczeniem i wisienką na torcie, czymś, czego się zupełnie nie spodziewałam i czego nigdy w życiu jeszcze nie kosztowałam, a zawsze byłam ciekawa.
Stały tam sobie krzesełka z okularami VR. Usiadłam, założyłam i zaczął się prawdziwy trip bez dragów!

Co prawda przeżyłam lekkie rozczarowanie, bo wirtualna rzeczywistość nie była aż tak realistyczna, jakbym to sobie wymarzyła, widać było, że jest tylko wirtualna, niemniej jednak to wciąż był mocny czad! Odlatujecie czasem, słuchając muzyki? Tu odlot następował absolutnie dosłownie! Na początku tylko szłam staromiejską uliczką do stojącego na skrzyżowaniu fortepianu. Myślałam, że przyjdzie mi przy nim usiąść, ale nie. Uniosłam się w powietrze, oglądając najpierw miasto z lotu ptaka, w powietrzu wiły się jakieś świetliste wstęgi. Potem pejzaże robiły się coraz bardziej fantastyczne, baśniowo - romantyczne krajobrazy przenikały się z jakimiś strzelistymi komnatami itp. elementami architektury, aż w końcu opuściłam Ziemię i znalazłam się wśród gwiazd, galaktyk i mgławic. Widoki były kompletne, z każdej strony, bez żadnej linii granicznej, gdzie bym nie spojrzała, tam coś się działo wartego uwagi. Siedziałam z rozdziawioną gębą, kręcąc łbem dookoła i zapewne dla postronnych obserwatorów nie wyglądałam zbyt mądrze, ale warto było! Czułam się jak dziecko przeniesione żywcem do krainy baśni. Absolutne cudo!

Bardzo mi było żal stamtąd wychodzić.
Nie wiem, kim byli wykonawcy całej tej muzyki, jaką mi było dane słyszeć tego dnia, ale brzmiało to dokładnie właśnie tak, jak sobie muzykę Chopina zawsze wyobrażałam, kiedy o niej czytałam i jaką ją usłyszeć pragnęłam, a nie jaką ją znałam do tej pory. Oczywiście sama jakość i - w ostatnich salach -wszechobecność dźwięku też musiała robić swoje, toć to zupełnie nie to samo, co jakieś domowe głośniczki, czy słuchawki-pierdziawki.
W każdym razie zachwycona wróciłam do akademika i gorąco polecam!