|
WOJNA I POKÓJ - w tym roku kupiłem płytę, więc pora jakoś się odnieść...
Zaczynamy od przestrzeni, od dymów gdzieś wysoko, od dalekich świateł - nagle cięcie i znajdujemy się już w "Wołaniu". Utwór przez swój początek przypomina mi nieco klimat "Jeżeli". Przestrzeń zostaje z nami, zwrotki i refren świetnie do siebie pasują (a w instrumentalnym refrenie znajduję z kolei echa "Domu przy moście"). Budzy śpiewa mocno ale i czysto, czego czasem brakowało na "Toni". Waltornia robi robotę. Świetny początek płyty! "Obcy w domu" - raptem zwiększa się tempo, och jaki piękny motyw w skali lidyjskiej w gitarze i w wokalu. Tekst już tu omawialiście, mi się wydaje że on wychodzi znacznie poza ramy "imigracyjne"... A muzycznie jeszcze dodam - zawsze mam przyjemny dreszcz po pierwszym refrenie, po słowach "by żyć" - akord zwrotki wchodzi tu zawsze niezgodnie z moją intuicją i oczekiwaniem, super sprawa. Dla mnie jednak utwór traci na mocy w drugiej połowie - niepotrzebnie wyryczane "w moim domuuuuu" i potem znów znane z ostatnich płyt mollowe, melancholijne klimaty by pamiętać umierać, cóż - mniej mi to podchodzi. Teraz dzieło, które najbardziej mi zażarło na początku a potem tak zostało w swojej pozycji i teraz chyba najmniej lubię z pierwszej trójki - "Wielki las". Tu patent znany (choć nieco wzbogacony) - sekunda wielka wzwyż i już mamy utwór. Ale waltornia gra tu niemal najpiękniej z całej płyty! Doceniam też potężną końcówkę. A tekst - no hmmm... bywały lepsze. I czwarta pozycja na płycie - top tego krążka dla mnie. "Ja tylko wspominam" - kompozycja początkowo znów prościutka i znana z poprzednika. Ale tu zagrane jest to z taką doskonałą proporcją potęgi, melancholii, energii - aż brak mi słów, w każdym razie słucha mi się tego wspaniale. Tekst porusza mnie wewnątrz, a tytułowe "ja tylko wspominam" jest jak bluszcz oplatający całą konstrukcję, przenika całość. Część instrumentalna w środku - coś pięknego, nagle wszystko rośnie i jeszcze potężnieje, kompozycja nagle dostaje nowych akordów! I finał - równie udany. Najlepszy utwór na płycie. Ponieważ nic w naturze nie ginie, to teraz kilka słów o dziele dla mnie najsłabszym czyli o "Nas nie ma". Rozczarowanie tym większe, że zaczyna się bardzo obiecująco. Jakoś tak halowo-łąkowo, nawet nieco pastoralnie, z ciekawym mantrycznym motywem gitary, przepiękną waltornią i zawołaniem do Bombadila. Ale potem ten refren już czyni mnie bardziej obojętnym. A już druga część z owym "nas nie ma" to jeden z najgorszych momentów Armii w ogóle. Nic mi się tu nie klei, muzycznie jakaś smutno - chaotyczna pulpa. Słucha mi się tego jak głębokiego odrzutu z "Luny". Potem mamy ultraagresywnego (jak na tę płytę) "Przyjaciela". I tu okazuje się, że Armia nadal umie w te klocki! Wszystko sprzęgnięte mocną opaską gitar i chrapliwym głosem Budzego, który raptem w refrenie przechodzi w głos żydowskiego kantora - ajj aajjj aaaajjj! Ciekawy, nieco pokręcony numer, nieoczywisty. Następny "Dzień Ojca" jak w soczewce pokazuje mi oblicze tej płyty. Płyty, która kompozycyjnie jest w sumie dość uboga, ale paradoksalnie wiele się na niej dzieje. Tzn. z tych powtarzających się często kilku akordów będących rdzeniem kompozycyjnym zespół wyciska mnóstwo ciekawych rzeczy. Czasem wchodzę w to bez wahania i podoba mi się - główny motyw gitarowy w "Dniu Ojca" to idealny przykład. Ale czasem myślę sobie, że kurde można by zrobić więcej w tym refrenie niż D-Dis i wtedy z tęsknotą myślę o "Legendzie" czy "Triodante". Ale - po raz pierwszy, choć powinienem już zrobić to wcześniej - chwalę klawisze na płycie. Chyba najlepsza Armia pod tym względem. Bywały świetne momenty z klawiszami w historii zespołu ("Inaczej niż zwykle", "Cud") ale to były właśnie momenty. Bywały płyty gdzie elektronika nawet mnie drażniła - te różne piski i efekty w "PMK". Tu jest naprawdę dobrze, przemyślanie, konsekwentnie, brawo. "W każdą stronę" faktycznie kojarzy się z "Braćmi Bum", jak ktoś z Was już napisał (przynajmniej ten wstęp). Chyba stosunkowo mało ten utwór mi podchodzi, zwrotki znów monotonne - kuzyni refrenu z "Dnia Ojca" a refren choć potężny pasuje mi jakoś bardziej do 2Tm2,3. "Ciche dni" omijałem przez pierwsze tygodnie, myślałem sobie kurde co to w ogóle jest? Aż tu nagle utwór znalazł jakąś tajemną drogę do mojego mózgu i teraz lubię bardzo. Tu jakoś ten armijny smutek wyjątkowo do mnie trafia, może to zasługa świetnego rozplanowania: delikatne nieco rozwibrowane gitary zwrotek, pomysł na bas chyba w Armii dotąd niespotykany, w tle dyskretne klawisze w kontraście do znacznie głośniejszego refrenu. A potem jedna z najlepszych od wielu lat części instrumentalnych: znów wraca skala lidyjska (a może góralska?), gitara prowadzi urokliwy dialog z waltornią i nagle przechodzę łącznikiem do muzycznego świata "Miejsca pod słońcem"... Czy warto posłuchać sobie tej kompozycji jadąc samochodem w przedwiosenny pogodny wieczór? Zdecydowanie tak. "Pielgrzymka" jest dobrym utworem, tylko nie wiem czy w dobrym miejscu na płycie, ja bym chyba go zamienił z "Cichymi dniami"... W każdym razie tu chyba mamy stosunkowo najwięcej rocka. Stanisław gra tu jak stary wyjadacz, w ogóle dużo tu energii i nadziei w tekście - po prostu wychodzimy na wolność! "Niebo nad niebem" - brat bliźniak "Wielkiego lasu" (wystarczy posłuchać sobie wstępu - perkusji, gitar...). Mógłbym marudzić, że znów to samo i że kręcimy się w kółko ale zostawię to Bogusowi. Utwór jest tak zagrany, zaśpiewany i z tak pięknymi klawiszami - znów muszę to podkreślić - że bierze mnie za rękę i wciąga. Tekst jest tu dla mnie dodatkiem - dużo tu starych autocytatów albo miniwersów, które są już bardzo dalekie od dawnej Armii (gdzie jakieś "cząstki elementarne" na "Legendzie"?). Znów charakterystyczne dla tej płyty - "Niebo..." dzieli się jakby na dwie części: na szczęście ta druga nie się rozpływa się w magmę jak w "Nas nie ma" i trzyma w napięciu, zwieńczona triumfalnym "niebo jest po naszej stronie". Piękne to! Wreszcie "Wiatr w drzewach", który niczym "Tam gdzie kończy się kraj" na "Toni" spina to wszystko instrumentalną klamrą. Z tym, że tu bardziej konsekwentnie bo ten instrumental rośnie jak Big Bang, który przechodzi płynnie w początek płyty, gdyby sobie zapętlić, można by się nie zorientować. Ale czy gdyby nie było "Wiatru..." płyta straciłaby mocno - chyba nie... Jeszcze pomyślę o tym...
W sumie - płyta, do której wracam i to jest dla mnie ważne. Co w niej cenię to chyba najwięcej przestrzeni i planów, tu jest może stosunkowo mało mięsa w mięsie ale tak dobranej proporcji przypraw i tak przybranego talerza jeszcze nie było, jeśli wolno mi tak porównać. Zastanowię się jeszcze gdzie umieścić tę płytę w porównaniu do innych armijnych. Chyba jednak będzie wyżej od "Toni".
_________________ hajfi super star super hit diskdżokej szczerzy kły znad konsolety
|