Pewnego razu postanowiliśmy z Araskiem pobuszować w Czaczu. Trafiliśmy tam na stary, dziwny dom, leżący na uboczu. Od razu wiedzieliśmy, że musimy tam wejść. W środku urzędowała jakaś starowinka w czerni, niezbyt już rozgarnięta, widać, że wiek nieco pomieszał jej zmysły i sama nie bardzo wiedziała, co tam właściwie ma, ale wskazała nam drogę na strych i powiedziała, że cokolwiek tam znajdziemy, możemy wziąć, sprzeda nam po 10 zł za kilogram. Nie trzeba nas było dłużej namawiać, wspięliśmy się na górę po drewnianych, skrzypiących schodach, otworzyliśmy ciężką klapę i znaleźliśmy się w ciemnym, zagraconym pomieszczeniu. Ja oczywiście piszczałam, że pajęczyny, ale Arasek wziął jakąś listwę i ogarnął te najgorsze, więc się uspokoiłam. W dodatku znalazł nawet jakąś żarówkę na drucie i zapalił światło. Co spodziewaliśmy się tam znaleźć? No, to, co zwykle w takich miejscach bywa - jakieś stare meble i inne domowe sprzęty, antyki, może jakieś listy, książki, gazety, ubrania, trochę śmieci, czy inne szpargały, może jakieś niespodzianki typu szkielet służący do nauczania lekcji biologii w miejscowej podstawówce, kto to wie.
Z całą pewnością żadne z nas absolutnie nie spodziewało się tego, na co naprawdę tam trafiliśmy. W kącie stało wiekowe, mocno już zniszczone pianino, a obok niego mosiężny, zabytkowy zegar z kukułką, wiecie, taki stojący, rzeźbiony z szafą z wahadłem. Aras od razu popędził do pianina, wypróbować, jak gra, ja poszłam za nim i wtedy mój wzrok przykuła jakaś koperta wystająca z uchylonych drzwiczek zegara. Otworzyłam je szerzej i zobaczyłam, że jest wciśnięta za niezbyt wielkie, ozdobne puzderko, a poza tym ktoś upchnął tam parę drobiazgów nieco bliższych współczesności, niż cała reszta, ot, jakiś stary mikrofon z lat 80, trochę kabli, zepsuty głośnik i takie tam. Wzięłam do ręki puzderko i zajrzałam do środka. Na dnie leżała kaseta magnetofonowa, opisana tylko jednym słowem: 'Koty'. Wtedy Arasek, który przestał już grać i zaczął się interesować tym, co znalazłam, zwrócił też uwagę na pękniętą lodówkę, która stała nieco dalej. Jej górną półkę było widać zza odłamanych drzwiczek i tam leżała druga, podobna kaseta. Sięgnął po nią, obejrzał i okazało się, że na niej również widnieje tylko słowo 'Koty', choć wyraźnie napisane innym charakterem pisma. A to dopiero! Niestety, nie było tam niczego, na czym można by ich odsłuchać, znaleźliśmy tylko jakieś martwe radio, ale bez magnetofonu. Kierowani dalszą ciekawością postanowiliśmy zajrzeć do koperty. I tu wybuchła prawdziwa bomba! Nie uwierzycie nam, wiem, że nie uwierzycie, ale na to już nic nie możemy poradzić.
Był to długi list, pisany do bliżej niezidentyfikowanego przyjaciela o imieniu Chocimir. Opowiadał o różnych sprawach, ale między innymi wyjaśniał też zagadkę owych tajemniczych kaset.
'Koty' okazały się być piosenką, która miała wejść na płytę debiutującego zespołu. Najpierw powstał tekst, napisany przez ówczesnego lidera i głównego tekściarza kapeli. Podzielił się on tym tekstem z kolegami, nie miał jednak jeszcze pomysłu na muzykę. Za to autor listu od razu miał swoją wizję, jak ten utwór powinien brzmieć. Jednak i ów lider wkrótce potem skomponował do niego muzykę. W rezultacie nagrano dwie różne, alternatywne wersje demo tej piosenki, co ciekawe, podobno zupełnie niezależnie od siebie, równolegle i bez wzajemnej znajomości swoich wizji. Członkowie zespołu nigdy nie zdołali dojść do porozumienia w kwestii swoich artystycznych koncepcji, w związku z czym ten kawałek nigdy nie wszedł na płytę i nie ujrzał światła dziennego. Każda z wersji została nagrana na osobnej kasecie, kasety zostały odłożone na bok i zapomniane i pewnie by tak zostało na wieki, gdybyśmy ich z Araskiem nie odnaleźli. Autorem tekstu oraz jednej z wersji okazał się być - uwaga - Jacek Pałucha!, a płyta, na którą nie dostały się 'Koty', to oczywiście 'Wiązanka melodii młodzieżowych' Formacyi Nieżywych Schabuf. Niestety, kawałek listu ujawniającego te rewelacje został zjedzony przez myszy, w tym - o zgrozo - fragment zawierający podpis. Nie wiemy więc, kto był autorem tej epistoły i drugiej wersji piosenki. Wiemy tylko, że nie był to Olek Klepacz, gdyż został on wspomniany kilkukrotnie w osobie trzeciej. Zagadką pozostaje również to, czyja wersja jest czyja, bo na kasetach nie znaleźliśmy ani śladu informacji pozwalającej zidentyfikować autorstwo. Natomiast jedna z wersji jest wyraźnie lepiej dopracowana i staranniej nagrana, a druga, choć niby rozbudowana o więcej instrumentów, sprawia wrażenie szkicu nagranego dość spontanicznie i pobieżnie, bez zbyt wielu wcześniejszych prób. Nabyliśmy owe bezcenne kasety wraz z listem za jedyne 1.54 zł. Obie z nich Wam tu teraz prezentujemy, ale żeby było jasne - musieliśmy je zrekonstruować i nagrać na nowo, bo bardzo trudno było odtworzyć te taśmy, zawilgotniałe i mocno zwichrowane. Zrobiliśmy to jednak najwierniej, jak się dało!
Oto przed Państwem znalezione przez Araska, bardziej dopracowane Ara-Koty i znalezione przeze mnie, bardziej szkicowe Fen-Koty: