Ponieważ nie widzę głosów sprzeciwu i chyba sprawę można uznać za przyklepaną, postanawiam przejść od słów do czynów. Na początek chciałbym powiedzieć kilka słów.

Właściwie dlaczego tak bardzo chciałbym omówić debiut Kobranocki? Nie jest to album, który uważam za arcydzieło, uważam, że ma różne wady, bywa dość nierówny (niekiedy nawet w obrębie jednej piosenki!) i chyba jednak jest to rzecz, jakby to ująć, żeby nie zabrzmiała lekceważąco, zbyt małego jednak formatu, żeby nadać mu takie miano. Uważam jednak, że po pierwsze - jest to naprawdę fajna pocztówka, pamiątka po pewnym specyficznym etapie w historii polskiej muzyki alternatywnej, etapie, którego owoce lubię określać mianem
Arasek-core. Po drugie: jest to płyta, która jest dla mnie wyjątkowo enjoyable, którą lubię sobie z tego zajechanego winyla odtworzyć, która ma dla mnie status
muzycznego red bulla i która ZAWSZE wzbudza uśmiech, solidny, szeroki uśmiech na mojej twarzy (cóż, że pozbawiony jednego zęba).
W 2025 roku Kobranocka nie jest zespołem, który wzbudza chyba zbyt wielkie emocje. Jeżdżą sobie po miastach i miasteczkach, czasem grając na samorządowych imprezach, czasem grają z innymi zespołami z epoki traski podszyte nutką nostalgii za młodością w 1988, wycinają "Irlandie" i "Hipisówki", nawet nagrywają albumy, które, zapewne wbrew zaangażowanym (co widać po tekstach) politycznie członkom zespołu, raczej nie wzbudzają wielkiego poruszenia. Zapewne jedną z przyczyn ich letniego statusu jest fakt, że generalnie (za wyjątkiem poniższej płyty, która jest wyraźnie inna niż reszta!) nigdy nie był to chyba zespół, który miał jakieś ambicje grania muzyki szczególnie oryginalnej i zmieniającej bieg dziejów rodzimego rocka. Ot, grali sobie rock, z rzadka z dopiskiem punk, ale zwykle po prostu rock, dwie gitki, riffy na paru akordach, druga gra solóweczki, czasem (albumy z początku lat 90) wypadło to sympatycznie i zgrabnie, i tyle. Aż trudno uwierzyć, że niemalże 40 lat temu był to zespół, który wbił się w specyficzny świat muzyki około-jarocińskiej jak huragan - biorąc szturmem Jarocin '86, a potem inne imprezy, szalejąc na liście Harcerzy i zaznaczając się w trójce, wreszcie wieńcząc to wydaniem omawianego albumu. Jeśli poczytamy prasę muzyczną z epoki rządów premiera Messnera (nie jest to czasochłonne zadanie, biorąc pod uwagę, że działały dwie gazety na krzyż) można odnieść wrażenie, że dwa zespoły z różnych bajek, Voo Voo i Kobranocka zajmują tam najwięcej miejsca. Trudno mi, osobie, która nie żyła w tamtych czasach, wczuć się w umysł osoby stojącej w tłumie na Jarocinie '86, faktem jest jednak, że entuzjazm jest dla mnie całkiem zrozumiałem.
Pobieżny kontakt ze "Skarpetką" może sugerować, że to twór w stylu Big Cyca - trochę prostego punkowego łupania na trzech powerchordach i satyryczne teksty, które nie zawsze dobrze się zestarzały. Dla mnie jednak jest to album znacznie głębszy i ciekawszy. Owszem, numery, patrząc po samych kwitach są dość proste, widać, że McCartney tego nie napisał. Kobranocka z debiutu to jednak zespół, który miał na swoją około-punkową muzykę pomysł szczególny. "Sztuka jest skarpetką kulawego" to album napędzany wręcz atomową energią, chaotyczny (i to zaleta!), pędzący do przodu, cudem unikający zjechania z drogi do rowu i niekiedy wręcz abstrakcyjny. Ich punk - bo zdecydowanie jest to rzecz zakorzeniona w punk rocku - wydaje mi się, w przeciwieństwie do znacznej części polskiej muzyki punkowej, odwoływać częściej do roku 1977 niż 1982, a ów chaos i wariactwo, momentami kojarzy mi się z pstrokatością wczesnych Damnedów czy innymi Saintsami (częścią tego jest zresztą pewien specyficzny element punku '77 czyli wykorzystywanie, czasem pastiszowe, czasem zupełnie serio, a czasem z totalnym turbodoładowaniem, odwołań do wzorców muzycznych z lat 50 i 60, rokendrole itd). Jest to płyta, przy której nie można też narzekać na brak bodźców, bo słuchacz jest wręcz w absurdalnym natężęniu bombardowany kolejnymi wydarzeniami: numery startują, zatrzymują się, znowu startują, mają nagle wyskakujące z kapelusza brejki, saksofon cały czas gra (jednocześnie nonszalancką i jakby pastiszowo jarmarczną) solówę, Sławomir Ciesielski (ex-Republika) bije rekordy świata w szybkim cykaniu na hi-hacie, a momentami cała ekipa wydaje się jednocześnie współpracować i bić ze sobą o miejsce w miksie, tworząc jakąś absolutnie szaloną ścianę dźwięku, przy której mam wrażenie, że biedna taśma w studiu Tonpressu już zaraz tego nie wytrzyma i pęknie z nadmiaru wrażeń (notabene, dość specyficzna produkcja, bardzo podobna do nagranego dwa miesiące później w tym miejscu pierwszego Dezertera, podkreśla to szaleństwo, ta perkusja po prostu napierdala z gated reverbowanym werblem, no tak, 1987 rok, nie było lekko). Moim ulubionym elementem w tej układance są wokale - którymi Kobra i Szybki Kazik się dzielą. Nie wiem czy jest na tym albumie linijka, która jest normalnie zaśpiewana - one są przeciągnięte, wycharczane, zniekształcane, wysyczane, wyplute, wykrzywione, pardonsik, czasem wręcz wyrzygane. Bardzo to lubię. Szczególnie, że mam wrażenie, że Szybki Kazik ewidentnie miał łeb do chórków i jak panowie śpiewają na dwa głosy, to mimo całej tej nonszalancji, to brzmi naprawdę fajnie i nieprzypadkowo!
Są jeszcze teksty, które napisał Andrzej Michorzewski - ziomal zespołu, poeta debiutujący jeszcze za Gierka, lekarz psychiatra (nie sprawdzajcie jak potoczyły się jego późniejsze losy). Napiszę w skrócie: tak jest tu dużo beki, która zestarzała się raz lepiej, raz gorzej. Ale ja najbardziej cenię w tym albumie element abstrakcji. Te
mądrość kocią,
twarz wsiąkającą w poduszkę,
szpiega argentyńskiego, dyrektora zapalniczki,
tańczenie z drogą prawdą,
śnieg sypiący deszczem białych lekarstw, druk nekrologów bardziej czarny, czcionka zgłodniałych kruków czeka, on już nie będzie ptaków karmił. Poznałem te płytę bardzo młodo (tak, w moim gorącym uczuciu do debiutu Kobranocki jest też element sentymentu, olbrzmi) i nic z tego nie rozumiałem - bardzo mi sie to podobało.
Zapraszam do zabawy.
Zaczniemy jak Pablak zmieni nazwę wątku!