Nie był to u mnie filmowo rok tak zjawiskowy, jak poprzedni, ale również bardzo dobry.
W 2025 byłem w kinie 31 razy, mniej niż rok wcześniej, ale przyzwoicie, przede wszystkim za sprawą dwóch wiosennych festiwali: Timeless w Warszawie i Kino na granicy w Cieszynie – wtedy w ciągu niecałych dwóch miesięcy zaliczyłem 15 seansów, a to już prawie jak w liceum!
W ubiegłorocznym podsumowaniu wyróżniłem czterech twórców, z którymi wielokrotnie się spotkałem: Lanthimosa, Luhrmanna, Kubricka, Waititiego i Paradżanowa. W tym roku byłyby to trzy osoby: ponownie
Taika Waititi (znajomość rozwija się wzorowo),
Jean-Pierre Melville (z którym po latach nieznajomości wreszcie się przywitaliśmy i bywało różnie, ale ciekawie) oraz
Sam Peckinpah (główny bohater Timelessa i niby tylko trzy filmy, ale wszystkie w kinie i niewątpliwie jeden z seansów roku). Cieszę się też z poznania kompletnie mi wcześniej nieznanego czechosłowackiego reżysera
Hynka Bočana, którego retrospektywa była na cieszyńskim festiwalu – zobaczyłem tylko dwa filmy i arcydzieła wśród nich nie było, tym niemniej polubiłem się z gościem
Swoje podsumowania roczne robię zawsze w czterech kategoriach A, B, C, D i w tym roku widać koncentrację na silnym środku: filmy z mojej kategorii A owszem mam za wybitne, ale po pierwsze jest ich zdecydowanie mniej, niż rok temu, a po drugie jednak mniej zachwytów, niż przy tych zeszłorocznych pięciogwiazdkowcach (tam może były SZEŚCIOgwiazdkowce!).
Z kolei kategoria D (rozczarowania) liczniejsza, niż zwykle, jakoś się może rozpędziłem z wpisywaniem tam, bo bez przesady, nie podobało mi się, nieraz wyłączałem w trakcie, ale żadnych traumatycznych przeżyć.
Za to dwie środkowe kategorie tak napęczniały, że aż je podzieliłem na pół…
--
Zacząć chcę jednak od niewątpliwego filmu roku – do którego podchodziłem długo i bez przekonania, by w końcu zacząć oglądać raz za razem, słuchać piosenek i wsiąknąć po uszy…
Hamilton, reż. Thomas Kail, muzyka i teksty: Manuel Lin Miranda
Oczywiście właściwie nie jest to film, lecz sfilmowany na broadwayowskiej scenie musical; coś jakby teatr telewizji. Miało to trafić do kin, lecz na drodze stanął covid – zamiast do kin trafiło na platformę Disneya i stało się jednym z największych hitów w jego historii.
Mnie „Hamilton” kupił w stu procentach. Inscenizacja jest absolutnie porywająca, pomysł na opowiedzenie historii narodzin Stanów Zjednoczonych w formie w znacznej części rapowanego (!) musicalu, gdzie w dodatku wszystkich ojców założycieli grają kolorowi – okazał się nieoczekiwanym strzałem w dziesiątkę; forma tego musicalu, w którym nie ma zwykłych dialogów, a wszystko jest śpiewane, sprawdza się pod każdym względem, piosenki są niezapomniane, postaci barwne, wykonawcy skrzą się, wszystko sprawia wrażenie, jakby było owocem niepowstrzymanego wypływu weny. Mimo, że widzę jakieś słabe punkty, nie zmienia to mojej ciągłej ochoty, żeby do Hamiltona wracać, piosenki wciąż odtwarzają mi się w głowie i najchętniej nauczyłbym się go całego na pamięć.
A druga rzecz poza kategoriami to oczywiście doświadczenie kinowe numer jeden:
Twin Peaks, odc. 12, 13, 14, 15, 16 – na dużym ekranie Iluzjonu… wzruszenie!

A.
Filmy wybitne (kolejność znacząca):
Pat Garrett i Billy the Kid, reż. Sam Peckinpah – formalnie powinienem dać do powtórek, ale widziałem to tak dawno i nigdy w porównywalnych warunkach, że uznałem, że chcę otworzyć tym tytułem tę część spisu; dla mnie bezwzględne arcydzieło, połączenie nostalgii z brutalnością, akcji z powolnością, ten film oferuje to, co kino ma dla mnie najlepszego
Postrzyżyny, reż. Jiří Menzel – czechosłowackie kino na wyżynach, zaraźliwy humor, w tle surrealizm w najlepszym guście, zjawiskowa bohaterka/aktorka na pierwszym planie
Budapeszteńskie opowieści, reż. István Szabó – a tu węgierskie kino na wyżynach, surrealizm tym razem na pierwszym planie, prowadzący piętrową metaforę przez niezapomniane obrazy (ludzie pchający tramwaj na bezdrożach!); film bardzo mało znany i chyba niespecjalnie ceniony – dla mnie jednoznacznie wybitny
W kręgu zła (
Le cercle rouge - sensowniejszy byłby tytuł: Czerwony krąg), reż. Jean-Pierre Melville – wspaniały pokaz stylu i wyczucia kina w ramach filmu policyjno-gangsterskiego; minimum dialogów, maksimum detalu, świetny klimat i pesymistyczny wydźwięk, czego chcieć więcej?
Dom dobry, reż. Wojciech Smarzowski – potężny cios w głowę, nie tylko z powodu ciężkiego tematu i dosadności ujęcia, ale również z powodu niezwykłej (i doskonałej) formy filmu, który mnie zaskoczył, pokazując, że Smarzowski nadal jest wybitnym filmowcem, nie tylko eksploratorem strasznych tematów
Dzikie łowy (ja zapamiętuję ten film jako Polowanie na ludzi-gnu, zgodnie z treścią filmu i oryginalnym tytułem „
Hunt for the Wilderpeople”), reż. Taika Waititi – odlotowa historia outsidera i gbura kryjących się w buszu przed absurdalną obławą i jedyny w swoim rodzaju ton opowieści nadawany przez Taikę Waititiego; super-super!
Two Cars, One Night, reż. Taika Waititi – ledwie 12 minut, ale to jedna z najlepszych rzeczy obejrzana w tym roku, nocny klimat, kręcący się czas, cudowne dialogi z nowozelandzkim akcentem… tylko co te dzieci tam robiły?!
Dodam tu jeszcze film nie wybitny, ale seans owszem:
Przybysz z ciemności, reż. Jan S. Kolár – niemy ekspresjonizm czechosłowacki z 1921, sam film po prostu dobry, ale okoliczności oglądania oszałamiające: ogromny ekran w ogromnym kościele w Cieszynie, niezmierzone mnóstwo ludzi, atmosfera otwarcia festiwalu jako wielkiego święta, i Leszek Możdżer grający muzykę na żywo na dwóch fortepianach, niezapomniane przeżycie!
B1.
świetne filmy, w przypadku których wahałem się, czy nie pięć gwiazdek – niby nie, ale że jest ich tym razem sporo i jestem niezwykle zadowolony z seansów, robię dla nich subkategorię:
The Greatest Night in Pop, reż. Bao Nguyen – rewelacyjny dokument o nagrywaniu „We Are the World”, można się mnóstwo dowiedzieć, ponownie wkręcić w piosenkę, a co najważniejsze: poczuć jakby samemu się tam było tamtej nocy
Sugarland Express, reż. Steven Spielberg – świetne wariactwo i podsumowanie ludzkiej głupoty; znakomita zaległość nadrobiona
Ścieżki chwały, reż. Stanley Kubrick – poruszający i mądry film antywojenny, trochę pachnie starą amerykańską kinematografią i może dlatego nie wszedł mi do najwyższej kategorii (ale może jednak powinien!)
Juno, reż. Jason Reitman – też mocno się wahałem, czy też nie dać piętro wyżej; doskonały coming-of-age film, bardzo odważna i oryginalna historia, bardzo przekonywujące postaci
Jak być kochaną, reż. Wojciech Jerzy Has – świetny film mistrza polskiej szkoły, tylko doła można złapać przez postać graną przez Cybulskiego… pewnego rodzaju masochizm przebijający z tej historii osłabia nieco entuzjazm
Ptaszki, sieroty i głupcy, reż. Juraj Jakubisko – absolutnie szalone i zaskakujące, duch Felliniego przepuszczony przez środki halucynogenne… czy jakoś tak
B2.
cztery gwiazdki, czyli filmy bardzo dobre, które zachwytu nie wzbudziły, ale satysfakcja z obejrzenia istotna – wypisuję mniej więcej w kolejności oglądania, ale na początku najsilniejszy gracz z tej grupy:
Czarnoksiężnik z krainy Oz, reż. Victor Fleming – wielki klasyk zobaczony po raz pierwszy i przy całym „trąceniu myszką” rozumiem, dlaczego taki klasyk
Henryk V, reż. Kenneth Branagh – w zasadzie wybitny, tak? ale jakoś, mimo rozmachu, wciąż bardzo teatralny, co nie do końca pozwala mi się wczuć (czy widziałem go w całości w okolicach roku 1990? – nie potrafię powiedzieć, więc wpisuję tu, a nie do powtórek)
Król, reż. David Michôd – trochę przypadkowo obejrzana netfliksowa produkcja o szekspirowskim średniowieczu (Henryk IV i Henryk V) okazała się nad wyraz satysfakcjonującym seansem, choć oczywiście zbyt uwspółcześnione miejscami to średniowiecze, jak i główny bohater, którego jednak Timothee Chalamet gra naprawdę bardzo wdzięcznie
A Complete Unknown, reż. James Mangold – dla mnie piękna opowieść o jeszcze-nie-poznanym, ale stopniowo dającym się poznać Dylanie, jego raczej trudnym charakterze i wspaniałej muzyce; znowu świetny Chalamet
Beetlejuice Beetlejuice, reż. Tim Burton – zaskakująco dobre i świeże, postaci (również te nowe), które zapadają w pamięć (zszywająca się Monica Bellucci!), dużo dobrej zabawy
Bardzo poszukiwany człowiek, reż. Anton Corbijn – bardzo porządne kino szpiegowskie, dość mroczne i pesymistyczne, doskonały Philip Seymour Hoffman w swojej ostatniej roli
Ogniem i mieczem, reż. Jerzy Hoffman – tak dziwnie wyszło, że dopiero w tym roku obejrzałem go po raz pierwszy w całości; uważam, że dźwiga ciężar legendarnych poprzedników, jednocześnie proponując dużo od siebie – Potop to to nie jest, ale zdecydowanie na plus
Strzały o zmierzchu, reż. Sam Peckinpah – jeszcze bez blasku późniejszych dzieł, ale już bardzo dobre i bardzo brudne w wizji Dzikiego Zachodu
Prawdziwe męstwo, reż. Joel Coen – pół wieku późniejsze, lecz niezwykle pokrewne powyższemu klasykowi
Emilia Perez, reż. Jacques Audiard – film jako film byłby w kategorii niżej, bo niezły, ale nic wielkiego, natomiast fakt, że jest musicalem, przy całym zupełnie nie musicalowym jego charakterze, i jeszcze że jest tak udanym musicalem – istotnie podnosi ocenę
Podróż ślubna do Jijli, reż. Hynek Bočan – niezwykle pogodny, sympatyczny i zabawny film o podróży przedślubnej dwojga ludzi, którzy nie są pewni, czy chcą wziąć ślub
Szpicel, reż. Jean-Pierre Melville – kolejny bardzo dobry gangsterski Melville, tym razem z Belmondo, jest napięcie, jest klasa
Księgi Prospera, reż. Peter Greenaway – film urzekający pięknem na wielu poziomach i John Gielgud zjawiskowy; czy ja jednak w sumie rozumiem, co właściwie obejrzałem?...
Fenicki układ, reż. Wes Anderson – kolejny taki sam film Wesa Andersona, który znowu bardzo mi się podobał; może nawet nie do końca taki sam, bo relacja na linii biznesmen-wychodzący-cało-z-zamachów i jego córka zakonnica jest bardzo osobliwa
Donnie Brasco, reż. Mike Newell – bardzo dobry film gangsterski z wątkiem niechcianej przyjaźni na pierwszym planie, Pacino i Depp wspaniali; ważna zaległość jeszcze z lat 90.
Sirāt, reż. Óliver Laxe – bardzo oryginalne i bardzo mocne, choć estetyka nie moja; tkwią we mnie jednak obrazy i dźwięki z tego filmu, jak i dojmujące wrażenie, że stało się coś ważnego i niedobrego
Ennio, reż. Giuseppe Tornatore – bardzo piękny hołd dla mistrza, jakkolwiek jak na dokument to według mnie stanowczo za długie
Do tej kategorii również, i to wcale nie na jej końcu:
Heweliusz, reż. Jan Holoubek – bardzo solidny miniserial idący raczej w kierunku dramatu sądowego, niż filmu katastroficznego, ale i sceny katastroficzne naprawdę klasa; do tego ze świetnie odtworzonymi czasami, które przecież dobrze pamiętam…; nie zachwyciłem się tak jak niektórzy, ale mogę każdemu polecić
C1.
zadowolony jestem również z obejrzenia:
Rok 1984, reż. Michael Radford – to jest film dziwaczny, momentami aż karykaturalny, można by argumentować, że nieudany, ale siły rażenia nie mogę mu [nie było to pierwsze oglądanie, ale pierwsze po tylu latach, że nie daję do powtórek, bo było to bardzo świeże doświadczenie]
Człowiek z Dzikiego Zachodu, reż. Anthony Mann – właściwie poprawny western i tyle, ale jednak niezwykły przez głównego bohatera (Gary Cooper), trochę antybohatera, i przez ogólnie pesymistyczny ton; grunt pod czasy antywesternu się przygotowywały…
Pierwszy gol, reż. Taika Waititi – ciekawa historia drużyny piłkarskiej z Samoa Amerykańskiego, trochę taki film motywacyjny, ale nie wzruszył mnie tak, jak choćby zeszłoroczny „Chak de! India”, nie mówiąc o „Bend It Like Beckham”
Dziwolągi, reż. Tod Browning – bardzo doceniam historycznie, tak pozahistorycznie to trudno mi się było wczuć, no ale nadal doceniam, zwłaszcza, że wizualnie bardzo to świetne
Nikt się śmiać nie będzie, reż. Hynek Bočan – pierwszy (chyba) film czeskiego reżysera, miejscami wprost doskonały, ale całościowo jakby czasem gubił wątek
Ryzykant, reż. Jean-Pierre Melville – wczesny film Melville’a, już bardzo stylowy i dużo dobrego, ale – jak wyżej – jakby czasem gubił wątek
Śmieć, reż. Stephen Daldry – film w dziwny sposób łączący ponurą wizję brazylijskich slumsów z baśnią o dzieciach, ale jednak nie dla dzieci… rzecz interesująca, nietypowa, ale zostawiła mnie z wątpliwościami
F1, reż. Joseph Kosinski – doskonała rozrywka, a jednocześnie film mocno schematyczny; a jednak chciałoby się, żeby Formuła 1 właśnie tak wyglądała!
Góra mocy, reż. Rachel House – bardzo fajny film młodzieżowy z rozpoznawalnym sznytem Taiki Waititiego (choć formalnie on tam tylko exekutywnie produkował), że historia poważna i potencjalnie ponura staje się feel-good i optymistyczna
Księżniczka Kaguya, rez. Isao Takahata – mówią, że arcydzieło, a ja mam problem z tym filmem, może jest za bardzo prawdziwie japoński dla mnie-Europejczyka? przerabianie dziewczynki na księżniczkę było dla mnie ciężkim doświadczeniem, ale cieszę się, że obejrzałem, choć być może nie doceniłem
T2: Trainspotting, reż. Danny Boyle – w zasadzie jest to udana kontynuacja po latach; przede wszystkim Dwójka nie próbuje doścignąć oryginału, w ogóle nie jest zresztą o narkotykach, raczej o rozliczeniu z przeszłością po latach; brakuje tylko temu filmowi charakteru, przez co jest to jak najbardziej dobry film, który jednak szybko wypada z pamięci
Na noże: Żywy czy martwy, reż. Rian Johnson – bardzo fajna rozrywka, w dodatku w nieoczekiwanie poważnym tonie
C2.
z przyjemnością obejrzałem również (choć gdybym nie obejrzał, to bym nie żałował):
Teoria wszystkiego, reż. James Marsh – aktorsko wybitne, ale poza tym jakoś trochę nijakie
Moonlight, reż. Barry Jenkins – tak jak napisałem na forum, trzy gwiazdki tak, ale trzy oskary? jak dla mnie dość niewyrazista próba zrobienia kina poetyckiego, mnie nie przekonała
Mufasa: Król lew, reż. Barry Jenkins – jako prequel remake’u (jakoś tak?!) zdecydowanie daje radę; sam bym nie poszedł, ale z klasą fajnie
Uwolnić orkę, reż. Simon Wincer – tu z kolei z własnymi dziećmi i też fajnie, a przy okazji własne licealne sentymenty się odświeżyły
Tajemniczy świat Arietty, reż. Hiromasa Yonebayashi – sympatyczna, ale trochę nijaka ghibli-adaptacja świata Rodu Pożyczalskich
Sanatorium pod klepsydrą według braci Quay, reż. Stephen Quay, Timothy Quay – interesujące, ale jak dla mnie za dziwne i za eksperymentalne
Gaucho Gaucho, reż. Michael Dweck, Gregory Kershaw – byłem na tym filmie w kinie, zdaje się, że bardzo ładny i w ogóle, ale jakoś nic nie pamiętam
Podróż na sto stóp, reż. Lasse Hallstrom – bardzo sympatyczny film kulinarny, jakkolwiek jest to kino familijne i to zasadniczo wyczerpuje temat
Szyfry, reż. Wojciech Jerzy Has – z interesującymi elementami, ale nie przekonał mnie ten film i nie bardzo wiem, o czym właściwie miał być
Rob Roy, reż. Michael Caton-Jones – trochę jak w Robin Hoodach, trochę jak w Nieśmiertelnym, trochę jak w (późniejszych) Piratach z Karaibów, ale coś w tym, skądinąd niezłym, filmie mi nie grało – jak na przygodówkę za mało polotu, jak na poważny film za mało sensu
Honey, reż. Natasha Arthy – w familijnym stylu o poważnych sprawach (poplątane więzi w rodzinie), bardzo dobre do obejrzenia z szóstą klasą, ale nie jest to film, który mi zapadł w pamięć (poniekąd podobny „Cały świat Romy”, który wspominam w powtórkach – znacznie lepszy)
Tenacious D: kostka przeznaczenia, reż. Liam Lynch – dobra, obejrzałem, mniej więcej pół na pół się uśmiałem / zażenowałem i powstrzymałem się przed wpisaniem do kategorii niżej
D.
rozczarowania – dużo tu tytułów, ale nie ma wśród nich takich naprawdę srogich rozczarowań; w sumie część z tych tytułów mógłbym spokojnie umieścić i w kategorii wyżej:
Jedna bitwa po drugiej, reż. Paul Thomas Anderson – nic ten film do mnie nie powiedział, a zrobiony może ciekawie, ale w estetyce, która mi też nie odpowiadała
Rodzaje życzliwości, reż. Yorgos Lanthimos – powrót do nieprzyjemnej dziwności wcześniejszych filmów, poza tym dla mnie (poza pierwszą nowelą) o niczym
Rodzinka Yamadów, reż. Isao Takahata – podchodziłem na kilka razy, ale skeczowa forma w połączeniu z grafiką a la komiksowe paski z gazety mogłaby, wydaje mi się, wystarczyć na świetną 10-minutową krótkometrażówkę; w formacie pełnego filmu mi się nie sprawdziła
Sisu, reż. Jalmari Helander – tu też bardzo dobrze mówią, ale ja tam poza niesłychanie ponurą twarzą głównego bohatera i wielką ilością krwi i flaków nic dla siebie nie znalazłem; absurdalna przemoc trochę w stylu komiksowo-tarantinowskim, tylko że tutaj to jest jak upijanie się na smutno
Dziedzictwo. Hereditary, reż. Ari Aster – wszyscy mówią, że świetny, na naszym DKF-ie też mówili ciepło, ale ja niestety ledwie przeżyłem

Król Artur: Legenda miecza, reż. Guy Ritchie – tu nie wiem, co mówią, ale dla mnie była to wielka kupa (niepotrzebnie wydanych pieniędzy) i na szczęście nieco mniejsza zmarnowanego czasu, bo gdzieś w połowie (może i pierwszej) wyłączyłem i udało się niesmaku pozbyć względnie szybko
XXI-wieczne krótkometrażówki Lyncha oglądane na Timelessie – to się jednak trochę nie dało (choć jedna była fajna)
Glina, reż. Jean-Pierre Melville – na początek znajomości z tym reżyserem niewypał, film nie wiadomo o co i po co, dla mnie nic się tam z niczym w sensowny sposób nie łączyło
Tańczący jastrząb, reż. Grzegorz Królikiewicz – film awangardowo-eksperymentalny made in Poland, ale dla mnie nieoglądalny
Sekcja powtórek – najpierw te, które były dla mnie szczególnie ważne:
Prosta historia obejrzana w ramach DKF-u i honorowania Lyncha po śmierci, zachwyciła mnie po raz kolejny i wzruszyła głęboko
Bulwar zachodzącego słońca obronił swoją pozycję jednego z najlepszych filmów amerykańskich ever
Zabij to i wyjedź z tego miasta w końcu powtórzone i w końcu mogę dać pięć gwiazdek z przekonaniem
The Rocky Horror Picture Show po raz pierwszy w kinie i doskonała zabawa, mimo że publiczność nie byłą z tych tańcząco-rzucających ryżem
Dr Strangelove w kinie, żeby przekonać się, że nadrobiona w poprzednim roku zaległość była rzeczywiście jedną z najważniejszych zaległości, jakie miałem do nadrobienia
Rogue One obejrzany świątecznie, doceniłem chyba bardziej, niż kiedykolwiek
I wreszcie –
Forrest Gump obejrzany, by Marcin mógł się utwierdzić, że to jego film numer jeden, a ja mogłem mu towarzyszyć, myśląc sobie jak blisko jest tam również do mojego numeru jeden.
A skoro mowa o oglądaniu z dziećmi, to dodam tu również
Robina z Sherwood i Alternatywy 4, świetnie mi się je oglądało z młodym pokoleniem.
Poza tym sporo innych udanych powtórek, z czego część oglądana, żeby pokazać komuś:
Stop Making Sense, King’s Speech, Brzdąc, Królik Roger, Cały świat Romy, Za jakie grzechy dobry Boże, Niedźwiadek, Dwaj bracia, Trzech mężczyzn i dziecko, Across the Universe, Yesterday, Mrs Doubtfire, Happy Feet, Indiana Jones i ostatnia krucjata, Lot nad kukułczym gniazdem, Człowiek bez przeszłości (jedna z lepszych powtórek!).
Inne oglądane dla własnej chęci powtórki: Nędzne psy (w kinie – świetne, ale po latach nie aż tak świetne, jak pamiętałem), Szpieg, Beetlejuice, Goldeneye, Vinci, różne odcinki Gry o tron.