Chyba znalazłem odpowiednie miejsce dla siebie na tym forum i będę miał co czytać w weekend

Tymczasem, jeśli komuś się nudzi i nie ma co czytać będę wdzięczny za subiektywne odczucia dotyczące tego tekstu:
Jeśli ktoś nie lubi ściany tekstu zapraszam na wersję blogową:
https://meblooscianka.wordpress.com/2025/03/06/kaluza/KałużaNajkrótsza droga do szkoły biegła przez lasek. Wciśnięty pomiędzy moje osiedle, teren MDK-u* i Park Miejski był najlepszym skrótem do szkoły podstawowej, liceum i Technikum Nukleonicznego** mieszczących się na skraju parku. Codziennie przechodziły przez niego tysiące uczniów i rodziców odprowadzających swoje pociechy do placówek edukacyjnych. Dla nas był placem zabaw: dwie jabłonie (pozostałość po gospodarstwie, które tam się znajdowało) rosnące na łące przy lasku były naszym czołgiem i samolotem i brały udział we wszystkich potyczkach oraz działaniach wojennych w całej Europie. Pięknie złocąca się wysoka trawa rosnąca połaciami pod młodymi sosnami imitowała bawełnę i trzcinę cukrową, którą my jako niewolnicy powiązani sznurkami przez starszych kolegów, musieliśmy zrywać niczym w filmie o niewolnicy Isaurze. W gęstej, zakrzaczonej części bawiliśmy się w chowanego, budowaliśmy szałasy i kopaliśmy okopy. W późniejszych latach był także kryjówką, gdzie mogliśmy robić mniej grzeczne rzeczy, ale to zupełnie inna opowieść. Często na polance przy jabłoniach paliliśmy ogniska i piekliśmy w nich ziemniaki. Ich wyrazisty smak, ale i wyłuszczanie upieczonego miąższu ziemniaka z grubej, gorącej i spalonej skóry są jednym z najsilniejszych wspomnień z dzieciństwa…
Na skraju lasku przy skrzyżowaniu 22 lipca* i Matejki, w zagłębieniu tuż za wiatą przystanku autobusowego od kiedy pamiętam, po każdym większym opadzie deszczu (czyli bardzo często), pojawiała się kałuża. Za pomocą kanaliku ukrytego pod chodnikiem spływała tam woda zbierająca się na skrzyżowaniu i w zatoczce autobusowej. Podczas burzy i intensywnych opadów woda momentalnie zapełniała zagłębienie i stała tam przez długi czas. Każdy wjeżdżający w zatoczkę autobus powodował duże fale i przyspieszał spływ wody do powiększającej się w oczach kałuży. Nawet, gdy woda opadła, teren był zawsze lekko podmokły i wytworzył się tam wilgotny mikroklimat. Dookoła rosły wysokie trawy i gęsta roślinność będąca siedliskiem i schronieniem dla małych zwierząt i owadów. Można było tam spotkać żaby i inne płazy. Woda życia dla milionów małych istnień… Będąc małym chłopcem zaraz po deszczu biegłem w kaloszach z kolegami, żeby bawić się w podróżników po rozlewiskach Missisipi albo nieprzebytych azjatyckich bagnach. Ileż razy ratowałem współtowarzyszy po ukąszeniu przez węża czy po ataku krokodyla. Sam też niejednokrotnie wpadałem w ogromne tarapaty, ale zawsze udawało się wyjść cało z każdej, największej nawet opresji. Byliśmy jak Indiana Jones i Tony Halik w jednym, zawsze gotowi stawić czoło każdej przygodzie. Wielką odwagą było zaglądanie do wylotu kanału odprowadzającego wodę, obrośniętego, zaglonionego, ziejącego tajemniczą czernią. Zawsze czyhało tam na nas nieznane…
Istniały różne pogłoski dotyczące tego miejsca. Słyszałem, że podobno znajomy wędkarz złowił w kałuży metrowego szczupaka i ten przy wyciąganiu odgryzł mu palec u prawej ręki. Kilka lat później dowiedziałem się, że powodem utraty kciuka nie był atak ryby, ale nieuważne używanie siekiery podczas nielegalnego wycinania drzewa. Inna historia głosiła, że jednego z sąsiadów wciągnął do wody utopiec i zniknął pod lustrem wody, przez całą noc szukała go zrozpaczona małżonka. Zaginiony odnalazł się na drugi dzień, okazało się, że zamroczony tanim winem kupionym w pobliskim sklepie, przewrócił się w stertę liści leżącą pod śmietnikiem i spędził tam całą noc. Ja opowiem wam inną historię i jest jak najbardziej prawdziwa, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się jeszcze bardziej zmyślona, niż poprzednie…
Któregoś wiosennego dnia, chyba w maju, po jednej z przychodzących co kilka dni burzy, poszedłem sam pobawić się przy kałuży. Patrząc, jak w lustrze wody pięknie odbijały się korony rosnących wokół niej sosen, nagle w świetle zarośniętego i oślizłego odpływu zauważyłem niewielką postać. Z początku myślałem, że to jakaś dziwna, sporych rozmiarów żaba, ale gdy zacząłem się jej dokładnie przyglądać zdałem sobie sprawę, że widzę niewielką, ciemnoniebieską postać o sporej głowie z grubymi falującymi niczym woda włosami, wpatrującą się we mnie dużymi, lśniącymi oczami, które wydawało się były dwiema dużymi kroplami wody zamkniętych w przezroczystej błonie z czarnymi kamykami w środku. Przestraszyłem się i chciałem uciekać, ale usłyszałem w głowie tajemniczy, lecz przyjaźnie brzmiący głos: „Nie bój się, nie niszczysz przyrody, to nie masz co bać się Wodnika”. To był jego głos, ale słyszałem go tylko w mojej głowie. Usiadłem na skraju kałuży w niedużej odległości od niego, a on opowiadał mi o swoim życiu. Że od lat pilnuje, aby nikt nie zakłócał równowagi tego miejsca i dbał, aby woda jak najdłużej utrzymywała się w zagłębieniu. Czasem, gdy dopadała go nuda lubił płatać ludziom drobne figle. A to wciągnął za ogon psa do kałuży, by ten cały mokry i brudny doprowadził do rozpaczy swojego właściciela. Często odwracał uwagę przechodniów zatrzymując ich w miejscu, gdzie była najgłębsza woda w zatoczce, by w momencie nieuwagi zostali ochlapani przez wjeżdżający z impetem pks. Innym razem szepnął dziecku do ucha, by to urwane spod opieki rodzica weszło do kałuży nalewając sobie wody do kaloszy. Nigdy jednak nie wyrządzał tymi żartami większej krzywdy, choć niejeden, gdyby się dowiedział, że to nie przypadek, miałby mu wiele do powiedzenia. Dowiedziałem się także, że dwie historie opisane wcześniej nie są do końca zmyślone, Wodnik ukarał w ten sposób złodziejaszka wycinającego nielegalnie drzewo na opał i człowieka, który notorycznie zaśmiecał jego okolicę. Nie warto było zatem przeciąć jego ścieżki i mieć złe zamiary. Nie wiem, ile trwała nasza „rozmowa”, ale gdy kończył swoją opowieść było już po zmroku. … Spojrzał jeszcze raz na mnie, puścił do mnie oko i zniknął w mroku kanału odpływowego, a ja jakbym obudził się z głębokiego snu. Wiedząc, że będę miał od rodziców burę za spóźnienie, z głową pełną myśli dotyczących tego niesamowitego zdarzenia niczym sprinter pobiegłem w kierunku domu.
Wiele lat później cały teren naszego lasku został ogrodzony, bardzo mocno wykarczowany i zaanektowany pod przyszły kościół. Zagłębienie, w którym tworzyła się kałuża zasypano, wyrównano, a przystanek autobusowy przebudowano. Przez jakiś czas wyglądał bardzo elegancko, ale gdy przyszła jesień i mocne opady, zaczęła się w nim zbierać olbrzymia ilość wody, która nie znajdowała ujścia i długi czas zalegała w zatoczce. Powolna erozja powodowała wypłukiwanie materiału, zmiękczanie podłoża i zapadanie się nawierzchni, a kamienne kostki wyłaziły z gruntu niczym mleczne zęby. Ktoś postronny powiedziałby, że to po prostu zwykła fuszera (bo po części na pewno tak było), ale ja wiedziałem, że to Wodnik ograbiony ze swojego terytorium próbuje przywrócić naturalny stan rzeczy i wypowiedział ludziom wojnę. Lata całe grał na nosie i drwił ze wszystkich dookoła, był niekwestionowanym panem tego miejsca. Miejsce to stało się lokalną podeszczową udręką i walnie przyczyniało się do tego, że nasze miasto nazywano „Wenecją Mazowsza”. Niestety nie wiedział, że nowoczesność posiada w zanadrzu broń ostateczną przeciw przyrodzie zwaną potocznie BETONOZĄ, a atak wroga nastąpi z dwóch stron…
Pewnego zwykłego, letniego poranka nieopodal przystanku na skrzyżowaniu rozpoczęto budowę ronda i pod jego podkład sypano niezliczone ilości żwiru i betonu. Poprawiono przy tym zatoczkę autobusową i udrożniono odpływy przy jezdni. Jednocześnie na terenie kościoła zaczęto budować parking i miejsce po dawnej kałuży zostało ostatecznie zrównane, zalane betonem, a na niego położono grubą, kamienną kostkę. Wodnik i przyroda przegrali z postępującą niczym walec nowoczesnością i niezwykle twardym fundamentem religii katolickiej…
Jesienią tego roku biegnąc moją ulubioną trasą przy torach, skręciłem w las w ścieżkę prowadzącą wzdłuż Pogorzelskiej Strugi. Przemykając lekko błotnistą ścieżką i przeskakując przez zwalone drzewa zatrzymałem się na chwilę nad rozlewiskiem, żeby zrobić zdjęcie. Rozglądając się za idealnym kadrem i światłem nagle, pod paprocią i trawami, w płytkiej wodzie zauważyłem znajomą postać, która rozchlapywała wodę swoimi dużymi, błoniastymi dłońmi. Jednak, gdy mnie dojrzał i skierował wzrok zobaczyłem, że jest cieniem samego siebie, wychudzony, pomarszczony, a w jego mocno wyschniętych oczach czaił się strach. W pierwszej chwili, gdy tylko spotkał się nasz wzrok widziałem, że jest gotowy do ucieczki, ale chyba mnie rozpoznał i stał nieruchomo. Pomyślałem w głowie, żeby się nie bał, że nie chcę mu zrobić krzywdy i chyba mnie zrozumiał, bo przysiadł na trawie i patrzył na mnie z zaciekawieniem. „Jak to się stało, że tu się znalazłeś?” zapytałem ponownie, a on rozpoczął swoją smutną opowieść. Po ostatecznym ataku wycofał się do parku miejskiego, w którym funkcjonowała całkiem sporej wielkości fontanna. Co prawda bardzo betonowa, ale było w niej dużo wody. Niestety i tam przyszło nowe, park został zrewitalizowany, w miejsce starej fontanny pojawił się betonowy plac i nowa, tryskająca w kamiennej oprawie wszystkimi kolorami tęczy fontanna bez żadnego oczka wodnego. Wtedy wycofał się pod mostek kolejowy na strumyku, przy którym go spotkałem, ale i stamtąd przegonił go ciężki sprzęt budujący nowy most. Chciał wrócić tam po remoncie, ale dno zostało uregulowane i wyłożone plastikiem, a nowoczesna szarobura i pozbawiona jakiejkolwiek finezji architektonicznej konstrukcja nie sprawiała przytulnego wrażenia. I tak oto znalazł się tu, kilkadziesiąt metrów dalej, w miejscu gdzie strumyk rozlewa się w nieuregulowane koryto, a na wiosnę, gdy zbiera się więcej wody tworzy się piękne rozlewisko z bujnie rosnącą wokół roślinnością.
„Żyję tu sobie z dnia na dzień” – powiedział na koniec – „bez żadnej nadziei. Póki woda płynie w strudze jakoś dam sobie radę, ale i ona latem wysycha na długo. A co będzie, jeśli wyschnie na zawsze?”
______________________________________________
* Młodzieżowy Dom Kultury
** Technikum Nukleoniczne w Otwocku – działające w pod tą nazwą w latach 1963–1998. Miało za zadanie kształcenie kadr technicznych dla atomistyki polskiej, w szczególności dla Instytutu Badań Jądrowych w Otwocku-Świerku. Było to jedyne technikum o tym profilu w Polsce.
Otwock – Pogorzel Warszawska, 13.02-02.03.2025
Korekta: Monika