No to w ramach TFF zobaczyłam w poprzedni piątek Dzikość serca.
Poniekąd to nie jest film dla mnie, bo nie lubię filmów o miłości.
Poniekąd jednak dla mnie, bo zawsze mocno poruszały mnie takie historie zagubionych dzieciaków, które miały od początku przesrane, bo przyszło im dorastać w jakimś chorym środowisku, a teraz próbują się w życiu odnaleźć i pozbierać, i wchodzą w jakieś relacje, może dalekie od ideału norm społecznych, a jednak jak bardzo potrzebne, dające im siłę i pozwalające wyjść na prostą.
Poniekąd dla mnie, bo bawiło i wzruszało.
Poniekąd nie dla mnie, bo nie trafiło na swój czas i trochę mi rozwaliło psychę, na szczęście niezbyt groźnie i na krótko.
Podobała mi się taka realna, namacalna obecność zaświatów tamtym świecie, choć jednocześnie nie odbieram tego filmu aż tak duchowo-metaforycznie, jak niektórzy tutaj w tym wątku, dla mnie to bardzo ziemska i w pełni ludzka historia. Nie zauważyłam też tego, o czym piszecie, że zło u Lyncha jest piękne. Ja bym powiedziała, że tu bywa wręcz odrażające, czego najlepszym przykładem jest postać Bobbiego.
Film w każdym razie zapadł mi w pamięć, ogólne wrażenia mam pozytywne i poczucie obcowania z czymś dobrym. Kicz? Jeśli nawet, to świadomie zastosowany i z dobrym efektem. I chętnie zobaczyłabym jeszcze jakieś inne dzieła Lyncha, dla porównania o odmiennej tematyce, no, ale w ramach tego festiwalu nijak nie dałabym już rady. Mam nadzieję, że uda się innym sposobem.
