|
„Jestem Ormianinem, urodzonym w Tbilisi, osadzonym w rosyjskim więzieniu za bycie ukraińskim nacjonalistą”.
Sergiej Paradżanow – reżyser tylko czterech pełnometrażowych filmów fabularnych, które często pojawiają się na listach najlepszych filmów w historii kina w różnych periodykach branżowych. Twórca w pełni niezależny jeżeli chodzi o język filmu i wizję artystyczną pomimo, że kształcił się w Moskwie na Wszechrosyjskim Państwowym Uniwersytecie Kinematografii. Uczył się między innymi u Aleksandra Dowżenki – reżysera ukraińskiego, twórcy kina propagandowego, ale też innowatora zwłaszcza na polu montażu filmowego. W „Cieniach zapomnianych przodków” czy „Barwach granatu” można doszukać się inspiracji „Ziemią”. O inne tropy niełatwo.
Jeżeli chodzi o życiorys reżysera odsyłam do wiki – jest bardzo starannie przygotowany, nie ma sensu, abym pisał to samo innymi słowami. Mój pierwszy kontakt z kinem Paradżanowa to seans w domu „Legendy Twierdzy Suramijskiej” pod wpływem rekomendacji na filmwebie (ponad 90% w moim guście, dla tych, którzy wiedzą jak to działa). Zaufałem algorytmowi i tylko na takiej podstawie postanowiłem obejrzeć, nie wiedząc praktycznie nic o samym reżyserze, kojarząc nazwisko. Pamiętam jak wielką miałem pustkę w głowie po seansie, ponieważ pomimo dość niezłego przygotowania teoretycznego nie potrafiłem opisać tego co zobaczyłem. Nic podobnego wcześniej nie widziałem. I tak jak „Amarcord” można wpisać w kontekst twórczości Felliniego, a „Zwierciadło” w kontekst twórczości Tarkowskiego, tak w przypadku „Legendy twierdzy Suramijskiej” czułem się bezradny. Mimo hermetyczności, film mi się jednak bardzo podobał, poczułem się zaproszony przez reżysera do świata, którego kompletnie nie potrafiłem pojąć, zafascynowany. Zacząłem szukać tropów i źródeł. I znowu tak jak o Fellinim jest masa opracowań, ze świetną książką Marii Kornatowskiej na czele, a Tarkowski przez Seweryna Kuśmierczyka jest opisany prawie kadr po kadrze, do tego jest wydanie po polsku „Dzienników” i „Scenariuszy”, tak o Paradżanowie było zaledwie kilka tekstów i to raczej trudno dostępnych. W necie trochę interpretacji widzów, ale nic faktograficznego z szeroko zarysowanym kontekstem tej filmografii. O samej „Legendzie Twierdzy Suramijskiej” jeszcze napisze po powtórnym seansie. Na pierwszy ogień pójdą chronologicznie „Cienie zapomnianych przodków”. - dla mnie film na ******
Wg mnie jest to najbardziej przystępny film reżysera. Konstrukcyjnie podzielony jest na etapy życia głównego bohatera Iwana zakochanego w Mariczce z wzajemnością. Narracja jest bliska tradycyjnej, zdjęcia Juriego Ilienko (reżyser i operator z Ukrainy) są fantastycznie. Film, za sprawą kapitalnych ujęć już na samym początku chwyta widza za gardło i nie puszcza do końca. Odwołań można szukać przede wszystkim w literaturze romantycznej, film dość metodycznie realizuje założenia ballady.
Ludowość filmu jest w wersji totalnie nie uniwersalnej, etnograficznej, źródłowej, in crudo. Paradżanow z wielkim pietyzmem oddaje obyczaje i wierzenia Hucułów. Począwszy od strojów, zdjęć w prawdziwej – a nie studyjnej cerkwi, po język, ukazanie pogrzebu, wesela, ról społecznych. Jest to tak naprawdę główny temat filmu, historia miłości niemożliwej jest na pierwszym planie, ale to obrzędowość ma największe znaczenie – jest unikalna. Paradżanow oddaje podmiotowość ludziom, o których opowiada – co oczywiście nie podoba się cenzurze. Dla współczesnego widza to może być trudne do przebrnięcia, dla niewielu osób symbolika w kulturze huculskiej nie jest tajemnicą, a folklor współcześnie raczej nie jest in crudo (choćby nowi „Chłopi”, czy muzyka współczesna określana zaliczana do folku). Docieram do czegoś, co jest kwestią gustu widza – ja za sprawą żony i znajomości z ludźmi zajmującymi się tematem, jestem wielkim fanem folkloru w wersji in crudo.
Motyw miłości niemożliwej powróci w kolejnym filmie „Barwach granatu” zupełnie innym i pod względem fabularnym i totalnie różnym narracyjnie.
_________________ "Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu!"
|