W tegoroczną wyprawę ruszyłem z młodymi w piątek wieczorem. Jechaliśmy sypialnym przez Łódź, Częstochowę, Katowice, Bielsko-Białą - o 9:59 byliśmy na miejscu, wyspani i głodni gór. Pogoda była na razie łaskawa, mocno się obawiałem o aurę. W końcu lało przez tydzień na Podhalu z tego genueńskiego niżu, gdy dojechaliśmy było pochmurno i chłodno (11 stopni!) ale nie padało.
Tym razem przyjąłem inną koncepcję noclegu - blisko dworca PKP, tak żeby mieć szybką opcję dojazdu w różne strony. Cyrhla była dobra na okolice Hali, ale jednak długo się stamtąd jechało w Zachodnie.
Zanim się rozpakowaliśmy i dotarliśmy do Kuźnic zrobiła się jednak dwunasta. Pogoda taka sobie, więc do kolei linowej prawie nie ma kolejki. no to szybka decyzja - jedziemy! I za kwadrans jesteśmy na Kasprowym i możemy dalej planować. Iść przez Goryczkowe do Kopy Kondrackiej? A może w na wschód? W końcu wyniosły bastion Świnicy przekonuje nas do tego wariantu. Za Beskidem robi się prawie pusto, przechodzimy przez Liliowe, z okolicy tradycyjnie piękny widok na stawki w dole. A w centrum, pięknie oświetlona promieniami słońca - Żółta Turnia!

Podejście na Świnicę idzie nam szparko. Wędrujemy na świeżości, dzięki zaoszczędzeniu 3 godzin włażenia na Kasprowy. Grań jest smagana zimnym wiatrem, chmury ciemne w kratkę z przebłyskującym słońcem ale nadal nie pada. Na szczycie kilka osób, napawamy się zasłużonymi widokami.
Schodzimy przez Świnicką Przełęcz, jest jeszcze w rozważaniach wejście na Karb i schodzenie przy Gąsienicowym ale jednak łapie już nas niezaaklimatyzowanie i zmęczenie, więc prosto do Murowańca. Tam obiad a potem losujemy monetą: przez Jaworzynkę czy przez Boczań? Wychodzi reszka więc przez Jaworzynkę.
A wy jak wolicie?
Następnego dnia wychodzimy na szlak znów późno. Wszystko przez buty Dominika, które zaczęły się rozwalać (podeszwa) w okolicy Gienkowych Murów. Ale to Zakopane - mimo niedzieli znajdujemy czynny sklep z butami górskimi i po prostu kupujemy nowe. Tyle, że przez to znów zrobiło się południe. Zmieniamy więc nieco plany i już dziś jedziemy do Chochołowskiej. Mamy w planie Bobrowiec!

Szczyt ten od dawna mnie intrygował, może mniej niż Żółta ale doceniałem tego zawodnika - potężnego choć stojącego wszak tak na uboczu!
Drogę do schroniska na Chochołowskiej umilamy sobie pogaduchami, no bo co innego można robić w tej monotonii asfaltu aż do Hucisk? Później jest już ciekawiej, w schronisku mamy krótką przerwę. Tu Agata zostaje na sielankowe dwie i pół godziny z szarlotką, kawą i audiobookiem. My idziemy w kierunku Boborowieckiej Przełęczy, dokąd docieramy po trzech kwadransach. Myślałem, że będzie tam pusto ale napotykamy tam zagubioną parę, która chce wejść na Grzesia. Po wyjaśnieniu sytuacji i ich odejściu myszkujemy szukając starego szlaku na Jamborowy Wierch. Dalej przedstawione wydarzenia są oczywiście wynikiem niespełnionych fantazji. Otóż znajdujemy słabo widoczną ścieżkę, która wkrótce pnie się dość ostro przez rzednące karłowate lasy. Wyżej stary szlak widać całkiem wyraźnie, nawet niektóre znaki zamalowane są niezbyt starannie. Podejście pod Jamborowy daje w kość, przypomina to nieco wejście na Czerwoną Przełęcz od Doliny Strążyska.
W końcu jednak jesteśmy - z Jamborowego roztacza się piękna panorama na Osobitą i jej otoczenie, na północy wyłoniły się także Rohacze. Teraz idziemy w przybliżeniu granią na północny wschód. W przybliżeniu bo teraz głównym spowalniaczem stała się kosówka. Przez 17 lat od zamknięcia szlaku niemal całkiem zarosła ścieżkę, trzeba nieraz sporo omijać albo się przeciskać. Przez to tempo marszu spada nam wyraźnie, ale po 30 minutach osiągamy wreszcie szczyt Bobrowca! (1663 m)

Widok jest kapitalny, unikalny, nietypowy. Grań główna jest daleko od nas, przed nią całe górne piętro Chochołowskiej, więc prezentuje się to wszystko jak w amfiteatrze. Na zachodzie zmalały teraz Jamborowy i wciąż urokliwa Osobita, pięknie prezentuje się grań grzesiowo-rakoniowa. Na zachód nadal potężny Kominiarski Wierch a daleko za nim las igiełek Tatr Wysokich.
Dziś jest o wiele cieplej, słońce przygrzewa, nie chce nam się schodzić. Ale w końcu trzeba - złazimy tą samą drogą, znów kosówki tyle że teraz idziemy jakby z prądem gałęzi, potem dużo kruszyzny na pozostawionej sobie samej ścieżce, a końcu zjawiamy się głodni w schronisku. No to Bobrowiec zaliczony!
Wieczorem na kwaterze w nagrodę oglądamy sobie "Wielkiego Szu"!
A w poniedziałek - znów pogoda dobra, nawet jeszcze więcej słońca od rana - wsiadamy w busa i docieramy do Palenicy. Na asfalcie tłumy, no ale tego się można było spodziewać.
W Starym Schronisku z pewną ekscytacją wpisuję nas dziś do książki wyjść taternickich. Bo dziś jesteśmy taternikami!
Dzięki temu możemy zupełnie na legalu iść na Mnichową Kopę.
Droga prowadzi najpierw żółtym na Szpiglasową Przełęcz, ale odbijamy przy rozejściu na Wrota Chałubińskiego. Ten szlak też szybko opuszczamy i teraz idziemy perciami wydeptanymi już przez ekipy taternickie, zdążające tędy na Mnicha, Hińczaową Przełęcz i Cubrynę. Kilka razy trzeba sobie pomóc rękami by wyjść na niewielki płaskowyż - Mnich stąd wygląda przez chwilę jak możliwy do zdobycia w sposób konwencjonalny, jest bardziej przysadzisty i nie tak groźny. Podchodzimy przez kwadrans pod sam szczyt, który znowu jawi się jako niedostępny. Ale, ale... wydaje się że na jego boczny wierzchołek (czyli Mniszek) droga bez asekuracji jakby jest możliwa. Szacujemy wszelkie ryzyka i próbujemy. Jest trochę drapania się ale nie przekracza to 0+, może czasem 1. Przy suchej skale nie ma momentów niebezpiecznych. Wreszcie stajemy na pochyłym bloku skalnym będącym wierzchołkiem Mniszka! Dwa metry w przód (nie podchodzimy za blisko, licho nie śpi) 250 metrów pionowej skały, po lewej góruje nad nami o jakieś 20 metrów właściwy szczyt Mnicha - tak niby bliski, bo w linii prostej mamy doń może z 15 metrów - ale jakże daleki! Na szczycie Mnicha są dwie osoby, tak jak my podziwiamy okolicę. Widok robi wrażenie! Nie sądziłem, że kiedykolwiek się tam wdrapię!

Schodzimy nieco w dół, do Wyżniej Mnichowej Przełączki i tu robimy zdjęcia. Głęboko w dole lśni Morskie Oko, w prawo pysznią się posępne ściany Cubryny i Mięguszy a po drugiej stronie lśni jasny masyw Miedzianego. Na zboczu widać malutkie sylwetki turystów idących na Szpiglasową Przełęcz.
Schodzimy teraz, mijając trzecie, najniższe wyniesienie Mnicha - czyli Ministranta. Idziemy teraz na południe, wspinając się na Mnichową Kopę. Ścieżka jest wyrażna w terenie, taternicy chodzą nią na Kopę i dalej na Zadniego Mnicha. Zadni prezentuje się stąd zresztą nie gorzej niż Mnich właściwy!

Wreszcie osiągamy szczyt Mnichowej Kopy (2029 m). Tu planujemy odpocząć dłużej, szczyt jest jak na tamte okolice dość kopulasty, więc jest gdzie usiąść.
Znów podziwiamy widoki, jest to wyjątkowo piękny i dziki zakątek Tatr!
Mnich z Mniszkiem wyglądają stąd znów inaczej...

I tak sobie siedzimy, ale trochę psuje się pogoda, nad Łysą Polaną w oddali widać nieprzeniknione chmury a po chwili słyszymy grzmot. Nie kusimy losu i postanawiamy schodzić (jak się potem okazało, burza przeszła bokiem). I znów koło Mnicha i do Dolinki za Mnichem, nie mogąc nacieszyć się widokiem krystalicznej wody w Stawku Staszica poniżej. W Morskim wpisuję z dumą "ZROBIONE, WRÓCILI". A po dwóch godzinach zejścia - już trochę na oparach - jedziemy do Zakopanego.
Na kwaterze w nagrodę oglądamy sobie "Fantastycznego Pana Lisa".
No i nadchodzi wtorek, w którym już kupujemy tylko prowiant i cóż - o 11:20 do pociągu...
Udana wyprawa, cele zrealizowane!
