Dzięki inicjatywie Tylera rozegraliśmy w surwajworze płytę
Monolith of Phobos sygnowaną przez duet
Les Claypool / Sean Lennon. Oto link do początku zabawy:
SURWCo ciekawe, na tej płycie panowie grają na wszystkich instrumentach - obaj byli już wcześniej znani jako multiinstrumentaliści i tutaj świetnie sobie radzą we wszystkich rolach, szczególnie oczywiście przyciąga uwagę bas Lesa, ale także gitara Seana.
Dla mnie ta płyta ma znaczenie szczególne i w plebiscycie na najlepszą płytę uprzedniej dekady umieściłem ją na pierwszym miejscu, zaś jedynym albumem, który mógłby się dla mnie równać był i pozostaje do dziś Blackstar Davida Bowie (dziś pewnie uszeregowałbym je na odwrót, ale jak byłoby jutro?). Co ciekawe, obie zostały wydane w jednym roku, 2016.
Podoba mi się na Monolicie z grubsza wszystko, świetny songwriting dający świetne, zapadające w pamięć piosenki; ciekawe aranżacje przywodzące na myśl psychodeliczny klimat końca lat 60. (więcej w tym wczesnego Pink Floyd niż Beatlesów, mimo że głos Seana Lennona jest wręcz łudzaco podobny do głosu jego ojca, więc skojarzenia są nieuniknione); świetne wykonanie, o czym powyżej napisałem; a przede wszystkim: to, jak dwaj panowie uzupełniają się i tworzą ze swoich dwóch osobowości nową jakość.
Właśnie, bo można by pytać: kogo wolisz, Lesa czy Seana? Można, a może nawet należy, wzruszyć ramionami i powiedzieć, że to bez sensu pytanie, ponieważ chodzi nie o ich samych, tylko to, co rodzi się na skrzyżowaniu - to ta jakość sprawia, że rzecz jest tak niezwykła. Ale też wiadomo, dwa żywioły, i jeden słuchacz będzie lepiej czuł się, czując przewagę jednego z twórców, a inny - drugiego. Mi osobiście bliżej tu do Lesa, bardziej szarpie moje wewnętrzne struny, ale dopiero kiedy wchodzi ten lennonowski głos albo zabrzmi któraś z pamiętnych partii gitary Seana, to powstaje jakaś pełnia.
I dlatego utworem, który w moim odczuciu jest najbardziej tym
ultimate arcydziełem z tego albumu, jest
Cricket and the Genie i cieszę się, że wygrał. Przy czym dla mnie podział na Movement 1 i 2 jest podziałem wewnątrz jednego utworu (mini suity?). Co prawda, Tyler cytuje jakieś źródło, wg którego muzykę do Movementu 1 napisał Lennon, ale raz że sam słusznie wskazuje, że inny wpis w tymże źródle (jakoby to Claypool śpiewał o Bubblesie) jest jawnym absurdem, a dwa że jeżeli nawet kompozytorem jest tu Lennon, to muzycznie charakter temu utworowi nadał ewidentnie Claypool - od pierwszych tłustych basowych taktów to jest bardzo
claypoolowski numer, pulsujący i funkujący; ale śpiewa go Sean i tym samym robi się to również bardzo
lennonowski numer

Nigdzie indziej ta równowaga nie wydaje mi się tak doskonała. A druga, niemal instrumentalna część, to już pełen odlot!
W innym wpisie przejdę się po wszystkich utworach z płyty, jako że zabawa w odrzucanie dała mi sporo nowych doznań.
Nie zrobię na razie wpisu o drugiej płycie,
South of Reality, gdyż nie podobała mi się ona, prócz kilku utworów. Z kolei EP-ka
Lime and Limpid Green jest dla mnie raczej ciekawostką i deklaracją, jakie inspiracje panowie mieli. Dobrze się tego słuchało, ale nie wracałem.
Do usłyszenia!