Widziałem tego lata kilka koncertów.
Najpierw
Titanic Sea Moon w Poznaniu - Nowe Amore, 29 czerwca. Ale o ile bardzo lubię TSM i podobał mi się wcześniejszy ich koncert, to tu jakoś nie mogłem się odnaleźć. Może to kwestia mojej dyspozycji dnia, ale wydaje mi się raczej, że to miejsce pod niejednym względem było do dupy. Jakoś się męczyłem i wyszedłem przed końcem.
Następnego dnia
The Hilgrims - też (my name is) Poznań. Poznań Rock Festival. Był to debiutancki występ tego zespołu, w dodatku w okrojonym składzie – bez perkusji. Ale co, utwory dobre, oryginalne, gitarzysta zadbał o drive, wokalista przykuwał uwagę, pizgał na tamburynie i świetnie śpiewał. Dla mnie super i chętnie wybiorę się jeszcze na Hilgrimsów.
Miesiąc później
The Cult w Warszawie - na Letniej Scenie Progresji. Niby krótko i przez to bez mojego ulubionego utworu, ale i tak warto było się wybrać. Ian i Billy w formie, a ich trudno z kimś pomylić. Perkusja trochę odstawała, ale gdy nie poświęcałem jej uwagi, to wszystko było ok. Najbardziej byłem ciekaw gry Duffiego, brzmienia jego White Falconów. No i tu pełna satysfakcja: stałem po właściwej stronie sceny i czułem dreszcze ekscytacji gdy pozwalał sobie przypieprzyć. Publiczność drętwawa, ale co sobie poskakałem to moje. Na Cultów też bym jeszcze poszedł.
Wreszcie wybrałem się do Zdyni, na DIY Fest (9-20 sierpnia). Pojechałem rowerem i trochę tym dałem sobie w kość. Rozbijając namiot wypiłem butelkę piwa z Grybowa, więc zaraz na terenie festiwalu zalała mnie fala entuzjazmu i upojenia chwilą. Ale gdy opadła, to poczułem się osłabiony i introwertyczny, więc mój udział w koncertach był ograniczony ilościowo i specyficzny - odbierałem je z dystansu fizycznego i mentalnego.
Schizma łupała solidnie i zza angażowaniem. Obserwowałem z zainteresowaniem przywiązanie do pewnych hardcore-owych rytuałów, jak dzielenie się mikrofonem z publicznością pod sceną.
Seized Up to też twarda muzyka. Mniej oczywista, pokręcona, ale szorstka i konkretna, co budziło mój szacunek.
Potem wreszcie wyjaśniło się dlaczego perkusiści innych kapel musieli się cisnąć po bokach sceny – to zestaw Grabowskiego czekał pod pokrowcem na podwyższeniu w centrum sceny.
Dezerter rozwiał resztki wątpliwości co do festiwalowego nagłośnienia – zabrzmieli super. W tej kapeli najbardziej fascynuje mnie gra Robala na gitarze – tu żałuję, że nie wbiłem pod scenę. W ogóle dwa poprzednie koncerty tej kapeli były dla mnie rozczarowaniem, a tu byłem zadowolony. Może niepotrzebnie wciąż porównuję ich występy do totalnego koncertu w 1996, a tu... wiele się zdążyło zmienić. Np. nie ma już Toniego, a Jacek Chrzanowski, choć bardzo sprawny, ale jakoś w Dezerterze mniej mnie przekonuje, zwłaszcza wokalnie. Ale mówię, tym razem było bardzo fajnie. Repertuarowo bardzo przekrojowo, z lekkim przechyłem ku rokowi 1984. Organizm, mimo osłabienia, reagował dość żywo, ale fajnie było też zobaczyć w pewnym momencie, jak na „Spytaj milicjanta” zareagowali dostrzeżeni wśród publiczności Rolf i Smok, bo ich też ewidentnie wzięło

.
No a potem to niestety poszedłem spać. I zasnąłem tak mocno, że przestały docierać do mojej świadomości dźwięki następnych koncertów festiwalowych, czyli Ignite i Sorrow. A zwłaszcza ten drugi podobno był godny uwagi.
Następnego dnia trochę za późno wróciłem z rowerowej przejażdżki po Beskidzie Niskim, ale zdążyłem na
Czerń. Było ciekawie, bo muzyka w duchu mojego jakby ulubionego ostatnio Bolt Throwera, a ja rzadko bywałem na takich koncertach. Potem
Komety – też nie widziałem ich wcześniej, a koncert był bardzo fajny. Dużo wdzięku ma ten Lesław, fajnie brzmi mu gitara (przyjemny pogłos plus zbite szkło), grają sprawnie, nienachalnie, a ich piosenki mają, jak wiadomo, bardzo dużo uroku. No, podobało mi się, choć nie zagrali „Teraz wreszcie jesteś w ciąży…”.
Dalej
Ye.stem. Kiedy miałem ochotę odpuścić tegoroczną Zdynię, to mówiłem sobie „ale przecież Ye.stem”. Nie odpuściłem. No i co? No i w dechę! Ja uwielbiam ich płytę, a zastała zagrana z czadem i w prawie całości. Ona sama w sobie brzmi bardzo organicznie, ale wersje na żywo i tak miały większego kopa. Bardzo cieszyłem się słuchając jak Smok używa swojego Gibsona, niekonwencjonalnie i stylowo zarazem. Leciutkie zastrzeżenie do studyjnej realizacji wokali tu nie istniało, a pojawił się jeszcze Wojtas (kiedyś Sanctus Iuda). Tak że dla mnie emocjonujące wydarzenie, warto było ruszyć się do Zdyni. Kiedy Dymitr dedykował moją ulubioną „Tatianę” kobietom, w tym swojej żonie, dołączył się Rolf ze znaczącą dedykacją dla „patologii, która wczoraj zgubiła tu dziecko”. Teren festiwalu z włączeniem pół namiotowych jest dość rozległy, bardzo zielony, kręci się tam kilkaset (sanctus) luda, często w stanie lekkiego upojenia, klimat bardzo zrelaksowany i przyjemny, ale jak widać i pogubić się łatwo

.
Przy zapadających ciemnościach zagrali sądeccy Awariat Nato – ich występ miał walor spotkania z publicznością po długiej rozłące, co było bardzo fajne, ale za dużo zajmowałem się innymi sprawami, kręciłem tu czy tam, więc nie zaliczam sobie tego koncertu. Trochę lepiej było z
Booze & Glory, bo z dystansu, ale i owszem, i w sumie wciągało ich granie, człowiek się kiwał i przytupywał. Dopracowane widowisko, z puszczaniem baniek mydlanych

. W domu bym pewnie wyłączył, choć przyznam – nie próbowałem, ale na żywo to całkiem fajna imprezka i nie dziwię się ich popularności.
Potem na scenie zainstalowali się
Orphanage Named Earth. Centralnie, co mnie zaskoczyło, Rolf ze swym basem i wzmacniaczem. Po jego bokach, lecz oddaleni na skraje sceny, gitarzyści – też każdy przy swoim wzmaku. W głębi, znów symetrycznie dwóch bębniarzy. A kiedy pojawił się wokal – znów Wojtas z Sanctus Iuda – to… przechadzał się swobodnie. Ale jego obecność sceniczna, nawet bez dawania czadu z gardła, sama w sobie robiła wrażenie. Ogólnie koncepcyjna sytuacja. No i był to przeskok w zupełnie inną rzeczywistość. Kolejne segmenty dźwięków. Przytłaczający, jakby trochę popsuty walec, ale wciąż skuteczny w szerzeniu zniszczenia. Obrazy świata, w którym człowiek ze swoim ciepłem, jest mgnieniem jeno. Naprawdę mocny, dobrze pomyślany katartyczny koncert.
Tak, Zdynia nie tylko punkiem i hardkorem stoi. Miały to jeszcze pokazać dwa ostatnie koncerty. Tym razem nie miałem żadnego problemu, żeby dotrwać do końca pod sceną.
Omega Tribe, ta nazwa nic mi nie mówiła. Dopiero następnego dnia wyczytałem, ze zdziwieniem zresztą, że zespół ma korzenie crassowo-anarchopunkowe. Pewnie chodzi o szczupłego lidera, któremu towarzyszyła damsko-męska sekcja. Wyróżniłbym perkusistkę, bo wzbogacała piosenki o harmonie wokalne. No właśnie – piosenki. Całkiem zgrabne – tu nie było anarchołupania. W teksty zaś za bardzo się nie wsłuchiwałem, gdyż moją uwagę przykuwało brzmienie Les Paula lidera. O kurde. To było super, stałem na wprost jego wzmacniacza, a moje ciało pławiło się w tych dźwiękach. Aż bywałem niezadowolony gdy ciął krótkie akordy, nie pozwalając im wybrzmieć. Na szczęście wybrzmiewania było też w brud.
Tekla Goldman dała znak już podczas próby dźwięku, kiedy basista na swym Rickenbakerze zagrał motyw z "White Rabbit". Co prawda nie było coverów ani sześćdziesiony, ale był odjechany klimat i sporo dynamicznej, przyjaznej słuchaczowi psychodelii. Dwa wokale, zwłaszcza dziewczyna super sprawnie, do tego pazurki na gitarze, dobry bas i bardzo dobry drive na perkusji. Trochę odjazdów i sampli z klawisza, ale... to też było dobre. Tak że bardzo fajna i mało punkowa przedłużająca się na życzenie niedobitków publiczności zabawa na koniec festiwalu dopiero jakoś przed trzecią zadowolony wróciłem do namiocika.
A następnego dnia w upale znów długa droga rowerem. Po drodze gdzieś w Boguszy kupiłem litr mleka. Cztery kilometry przed domem musiałem zatrzymać się na przystanku na ponad pół godziny odpoczynku. Mleko pyszne, po 30 latach przerwy stałem się znów mlekopijem. Ale wreszcie dojechałem i mogę powiedzieć, że całość wydarzeń związanych ze Zdynią spowodowała, że jeszcze kilka późniejszych dni lekko unosiłem się nad ziemią.
Tak, Zdynia DIY Fest jest w pytę - dobry festiwal w dobrym miejscu - ciekaw jestem co będzie za rok

.
PS. A gdyby komuś było mało informacji, ciekawy był szczegółów, to proszę pytać

.