Bez wątpienia najbardziej niezapomnianym, poruszającym i filmowo satysfakcjonującym seansem roku było:
Męczeństwo Joanny D'Arc w reż. Carla Theodora Dreyera

obejrzane na wielkim otwarciu Timeless Film Festival w Filharmonii Narodowej, ze wspaniałą muzyką Stefana Wesołowskiego wykonywaną na żywo przez orkiestrę i chór Filharmonii. Cała oprawa była idealna, ale w tym wszystkim najlepszy pozostał SAM FILM, o którym potem napisałem, że kto wie, czy nie jest to najlepszy film, jaki kiedykolwiek zrobiono.
Zanim nastał Timeless, zanim mogłem marzyć, że wrócę do Joanny D'Arc w takich okolicznościach, miał miejsce seans w skrajnie odmiennych okolicznościach, po którym nie miałem już wątpliwości, że oto po kilku latach będę znowu mógł opowiedzieć o tym, że zobaczyłem coś, co jest w pełni tego słowa znaczeniu seansem roku. Było to podczas ferii zimowych, w Szklarskiej Porębie, w nocy, na laptopie i słuchawkach.
I z tym istotnym zastrzeżeniem, że to właściwie nie był film, tylko teatr telewizji, a konkretnie:
Portret, wg Sławomira Mrożka, w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Nie film, ale oglądałem tak, jak się ogląda filmy i tak też ten seans odebrałem. A był to wstrząs emocjonalny najwyższego stopnia, połączony z niemym zachwytem nad słowem, nad interpretacjami aktorskimi.
Teoretycznie oba te seans były powtórkami. Ale Joannę oglądałem wcześniej z youtuba, a Portret ponad 30 lat temu i być może nawet nie w całości. Wiedziałem, co będę oglądał, ale w obu przypadkach zupełnie nie spodziewałem się, z jaką siłą uderzy.
Poniższy spis z podziałem na kategorie podobania obejmuje tylko filmy, które widziałem po raz pierwszy albo po baardzo długiej przerwie. O powtórkach będzie osobno na koniec.
A.Filmy wybitne (kolejność trochę chronologiczna, trochę nie):
Siostrzeństwo świętej sauny, reż. Anna Hints - zupełnie magiczny film trochę dokumentalny, trochę poetycki, jak dla mnie to wkraczało w sferę sacrum; pierwszy seans kinowy roku i od razu wiedziałem, że to lepsze, niż cokolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat!
Biedne istoty, reż. Yorgos Lanthimos - wizjonerstwo najwyższej klasy w parze z aktorstwem najwyższej klasy; dla mnie arcydzieło.
Barry Lyndon, reż. Stanley Kubrick - owszem, nieco statyczne i chłodne; ale jaki rozmach, jaka swada w opowiadaniu historii i oczywiście wizualna uczta.
Dr Strangelove, czyli..., reż. Stanley Kubrick - moja, być może, największa zaległość filmowa w ogóle - wreszcie zobaczyłem i się nie zawiodłem, bo jest to dzieło porywające, zapadające w pamięć, momentami wisielczo zabawne, i ten Peter Sellers razy trzy (!)
Słońce wschodzi raz na dzień, reż. Henryk Kluba - chyba odkrycie roku, bo nigdy nie słyszałem o tym filmie, który okazał się jednym z najwybitniejszych polskich filmów ever; i o! może tam jest to ogniwo, którego brakuje mi u Paradżanowa, bo pod wieloma (bardzo wieloma!) względami widzę pokrewieństwo podejścia do filmowej materii, ale tu mi się wszystko sklejało idealnie i nic a nic nie nudziło.
Debiutantka, reż. Barbara Sass - to nie aż taki kaliber, tym niemniej gdybym miał dawać ocenę, to pozostaję w pięciu gwiazdkach; świetny portret epoki a na jej tle fascynująca historia bohaterów, mocno niejednoznaczna, mocno popaprana, ale bardzo przekonywująca.
Duchy Inisherin, reż. Martin McDonagh - świetna opowieść z bardzo zaskakującym motywem przewodnim, taka trochę ballada z elementami folkloru, trochę realizmu magicznego, wspaniale oddany nadmorski klimat i bardzo krwiści bohaterowie (krwawiący nawet).
Po Fabelmanach i Biednych istotach dla mnie najlepszy z filmów nominowanych do Oskarów w tej dekadzie.
Furman śmierci, reż. Victor Sjöström - ach to kino nieme! Film kompletny, doskonale poruszający się w estetyce niemieckiego ekspresjonizmu, cóż że ze Szwecji?
Lobster, reż. Yorgos Lanthimos (pierwszą połowę filmu widziałem już wcześniej, ale dopiero teraz całość) - miałem wątpliwości, ale jednak tak: chcę go umieścić wśród filmów wybitnych, choćby ze względu na to, jak silnie wrzyna się w pamięć i wyobraźnię. Niespotykana sugestywność, bardzo celowa teatralność, która jednak nigdy nie traci komunikatywności (do czego wrócimy przy kategorii D...) i bohaterowie, którzy są marionetkami, ale jednak bardzo ludzcy w tym.
dorzucę tu jeden z ulubionych seansów roku:
Pianoforte, reż. Jakub Piątek - nie wiem, czy wybitne, choć na pewno doskonałe wykorzystanie formuły dokumentu, dla mnie to były wielkie dobre emocje i poczucie, że naprawdę mogłem coś przeżyć wraz z bohaterami filmu
i tu dorzucę jeszcze dwa kolejne filmowe seanse teatralne:
Emigranci wg Mrożka, reż. Kazimierz Kutz - ma nawet lepszą prasę, niż Portret, na mnie nie zrobiło AŻ TAKIEGO wrażenia, może oglądałem z większym dystansem, tym niemniej znakomite i poruszające, i świetni Zamachowski i Kondrat (nawet zwłaszcza ten drugi)
Wania - zmieniony w monodram Andy'ego Scotta, obejrzany w kinie, brawurowe i wirtuozerskie i cóż że dla efektu, skoro efekt pierwszorzędny!
a zważywszy okoliczności oglądania powinienem zakończyć kategorię A jeszcze tym:
Mały pływak (aka. Zwariowany weekend), reż. Robert Dhéry - prześmieszny film z Louisem de Funesem, oglądany w zeszłym roku dwa razy, w styczniu i w Sylwestra, chyba został ulubionym filmem naszego syna, a szereg scen (ambona! traktor! pływający kibelek!) jest po prostu do zrywania boków!
B.cztery gwiazdki i więcej (kolejność tym razem dość celowa - filmów w tej kategorii jest bardzo dużo i ze wszystkich jestem bardzo zadowolony, ale te u góry to takie naprawdę silne 4 i pół gwiazdki):
Co robimy w ukryciu, reż. Taika Waititi - niesamowity czad, o istnieniu którego do niedawna nie miałem pojęcia; zjazd wampirów i ich żywy kolega, filmowanie sekretów ich kuchni, w której nikt nie chce zmywać, ustawki z wilkołakami w parku... W tym przypadku mogło to być i pięć gwiazdek!
Flash Gordon, reż. Mike Hodges - cóż, właściwie tu również każda ocena poza zerem gwiazdek lub ich kompletem wydaje się bez sensu

Film jest absolutnie straszny (czyt.: strasznie zły), ale uzależniająco wciągający - widz zaczyna się zastanawiać, ile jest granic kiczu, które jeszcze można przekroczyć. Flash! - a-aa!
Śniadanie na Plutonie, reż. Neil Jordan - jaki piękny film i mimo wszystkich przeciwności i nieszczęść, jakie spotykają głównego bohatera, mimo wszystko pełen optymizmu i ciepła; cudowna transwestytywna rola Cilliana Murphy'ego.
Prawdziwy ból, reż. Jesse Eisenberg - prawdziwy ból i prawdziwy śmiech, i prawdziwa radość z przedpołudniowej wizyty w kinie
Przesilenie zimowe, reż. Alexander Payne - i podobna radość, choć zapewne wieczorna; w kategorii "feel good movies" bez wątpienia nowy klasyk, bo on nie tylko feels good, ale również feels true.
Gabinet figur woskowych, reż. Leo Birinsky, Paul Leni - świetny plon DKF-u, tym razem niemiecki ekspresjonizm z Niemiec i nieprawdopodobnie ekspresyjny Iwan Groźny!
Droga do zapomnienia (The Railway Man), reż. Jonathan Teplitzky - poruszająca historia powojennej traumy ze wspaniałym zakończeniem, które napisało życie; potencjalnie bardzo duży kaliber i może ten film winien być wyżej, ale jakoś ciut "telewizyjny" mi się wydał, stąd na razie jest tu i półkę niżej, niż Łowca jeleni.
Powrót do marzeń, reż. Isao Takahata - bardzo piękny film z Ghibli o marzeniach, o rozliczeniu z dzieciństwem i nieudanymi relacjami; ciepły i piękny, jak to w Ghibli potrafią.
Setki bobrów, reż. Mike Cheslik - niemożliwe do opowiedzenia pomieszanie z poplątaniem tysiąca różnych konwencji, od niemieckiego ekspresjonizmu po teleranek, nieskrępowana wolność artystyczna i dużo dobrej zabawy.
Perfect Days, reż. Wim Wenders - tutaj bałem się nadmiaru "feel good", a dostałem film daleki od wszelkiej niejednoznaczności, gdzie owszem, pan słucha fajnych kaset i ma w dupie zdobycze cywilizacji, ale z tym szczęściem i perfekcyjnymi dniami wcale nie musi być tak łatwo.
Boy, reż. Taika Waititi - film ujmująco lekki, zabawny i ze wszech miar godzien polecenia, niestety oglądany w dość kiepskiej jakości; bardzo chętnie do powtórki kiedyś.
Labirynt, reż. Jim Henson - przeurocze, prawdziwy klasyk fantasy.
Scott Pilgrim kontra świat, reż. Edgar Wright - niezły odlot, film totalnie komiksowy, ale zrobiony z takim jajem, że przyjemność popatrzeć.
Naprzód, Indie! (Chak de! India), reż. Shimit Amin - wspaniała pochwała kolektywnego trudu dla dobra wspólnego

Mnie wzruszył i przekonał.
Don't Look Up, reż. Adam McKay - netfliksowy przebój, oczywiście doskonale zrealizowany etc.etc., ale najbardziej jego wartość niesie zakończenie, które uważam za naprawdę wartościowe, a cały film obejrzałem z dużą satysfakcją.
Opadające liście, reż. Aki Kaurismäki - rzecz niespotykanie kameralna, delikatna jak te opadające liście; ciepłe spojrzenie na życiowych nieudaczników. Chyba stuprocentowe przeciwieństwo filmu powyżej, a satysfakcja nie mniejsza, duża.
Jak daleko stąd, jak blisko, reż. Tadeusz Konwicki - bardzo dziwne, bardzo oniryczne i może aż za bardzo obsesyjne, tym niemniej ta poetyka robi duże wrażenie, i aktorzy wielcy.
Roztańczony buntownik (Strictly Ballroom), reż. Baz Luhrmann - po roku od obejrzenia jakoś niewiele pamiętam, ale pamiętam, że bardzo mi się podobał i wtedy postanowiłem obejrzeć Australię i zakończyć filmografię Luhrmanna.
Anatomia upadku, reż. Justine Triet - niektórzy widzą arcydzieło, ja widzę tylko interesującą historię z oryginalnie rozłożonymi akcentami, ale owszem: bardzo dobrze mi się to oglądało, zwłaszcza w letnim kinie plenerowym w Łazienkach, z rowerem pod pachą, był to jeden z fajniejszych seansów roku
Imagine, reż. Andrzej Jakimowicz - niezwykle interesująca historia z problemam ludzi niewidomych i z oryginalnym spojrzeniem na proces nauczania, rozegrana w doskonale wykreowanym klimacie portugalskiego miasteczka nadmorskiego; z jakiegoś powodu oglądało mi się jednak nie aż tak dobrze, haj brzmi powyższy opis, więc daję na koniec kategorii.
Na pewno powinienem też gdzieś tu zmieścić
Paradżanowa Barwy granatu i Cienie zapomnianych przodków, ale nie wiem, co z nimi zrobić.
Last but not least - świetne dokumenty, które w zasadzie wszystkie mogłyby też być w kategorii A, tylko ja nie potrafię tak bardzo się zaangażować w dokumenty:
Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego, reż. Ireneusz Dobrowolski - fascynujące odkrycie kompletnie nieznanej mi historii dziwnego człowieka
Totalna katastrofa: Woodstock '99, reż. Jamie Crawford, trzy odcinki - fascynujący wgląd w to, co poszło źle na słynnym festiwalu
Spirits in the Forest, reż. Anton Corbijn - fascynujące historie kilkorga ludzi, których z różnych stron świata przyciągnęła miłość do muzyki Depeche Mode
Stop Making Sense, reż. Jonathan Demme - nie wiem, czy jest to "najlepszy koncertowy film świata", ale zaraźliwa energia z ekranu i radość z muzykowania są tu również fascynujące

(skoro już o dokumentach, to napiszę od razu, ale to raczej w dół do kategorii C):
Wanda Rutkiewicz: ostatnia wyprawa, reż. Eliza Kubarska - trudno mi ocenić, czy to film dobry, bardzo dobry, czy nie, ale w naszym przypadku miał nieocenioną wartość edukacyjną (a nawet rodzinno-edukacyjną) ze względu na dzieci.
Fugazi - centrum wszechświata, reż. Leszek Gnoiński - bardzo ciekawy obraz epoki, którą dobrze pamiętam, ale pod wieloma względami byłem wtedy gdzieś obok, więc jednak nie pamiętam...; cenna rzecz.
Na antypodach kategorii B. umieszczam też jedyny obejrzany w tym roku serial:
Mare z Easttown - z doskonałą Kate Winslet jako policjantką nie pierwszej świeżości i wciągającą intrygą kryminalną
oraz
serię bardzo dobrych krótkometrażówek:
W teatrze (The Play House) oraz Policjanci, reż. Buster Keaton - oba znakomite, w tym pierwszym Buster gra całą furę ról dzięki zadziwiającym jak na 1921 rok efektom specjalnym!
Madame a des envies (Madame's cravings), reż. Alice Guy-Blaché - pięciominutowa perełka z roku 1906 (!)
Nimic oraz Necktie, reż. Yorgos Lanthimos - może te nie były aż takie dobre, ale ciekawie uzupełniły obraz greckiego reżysera.
C.zadowolony jestem również - mniej lub bardziej (góra tej kategorii, to w sumie nadal bardzo!) - z obejrzenia:
Drive My Car, reż. Ryūsuke Hamaguchi - film prawdopodobnie o wiele lepszy, niż na to miejsce w zestawieniu, stylowy, wielowarstwowy i w ogóle; ale z jakiegoś powodu mnie nie przekonuje, a co gorsza usypia.
Strefa interesów, reż. Jonathan Glazer - kolejna kontrowersja, bo dla wielu pewnie film roku; dla mnie mógłby być koncept roku, ale, jak pisałem, to, co w teorii wygląda na doskonały pomysł na opowiedzenie filmu o tak ciężkiej tematyce, w (mojej) praktyce sprawdziło się nie do końca.
Australia, reż. Baz Luhrmann - bardzo, że tak powiem, epicko, ale też i nierówno, bo momentami naprawdę można się zachwycić, ale kiedy indziej idzie to w rejony nieco ... zbyt epickie
Godzilla Minus One, reż. Takashi Yamazaki - w zasadzie super, i jako film godżillowy z górnej półki, i jako film o Japonii i jej specyfice; muszę jednak przyznać, że bardzo udany seans równie szybko mi wyparował z głowy i nie pozostawił większego śladu - może dlatego, że remake?
Super 8, reż. J.J.Abrams - bardzo fajne kino nowej przygody w wersji retro; to też właściwie remake - jakiegoś filmu, który mógłby zrobić Spielberg

Buena Vista Social Club, reż. Wim Wenders - ciepło, sympatycznie i bujająco; miałem tylko wrażenie, że historie ludzkie takie trochę pourywane i ostatecznie zapamiętałem bardziej klimat miejsca i muzyki, niż któregokolwiek z bohaterów
Chłopiec i czapla, reż. Hayao Miyazaki - być może gdyby był to pierwszy film mistrza, jaki zobaczyłem, padłbym z zachwytu; a tak, to po pierwszym zachłyśnięciu się, jakie to piękne na dużym ekranie, przeszedłem do lekkiego zniechęcenia wyraźnym przerostem formy nad treścią.
Beloved (Pokochać), reż. Jonathan Demme - tu zaś, hmm, być może gdybym zobaczył film nie przeczytawszy genialnej książki Toni Morrison, też padłbym zachwytu; a może nie - nie umiem jakoś (d)ocenić tej adaptacji, mającej wiele niewątpliwych zalet, ale nie wychodzącej chyba poza formułę ekranizacji lektury (a może wychodzącej?...).
Indeks, reż. Janusz Kijowski - kino moralnego niepokoju w mocnej formie i scenami biorąc, na pewno w wyższej kategorii, ale film jako całość wydaje mi się kiepsko sklejać.
Światła variété, reż. Alberto Lattuada, Federico Fellini - debiut a nawet pre-debiut Felliniego, w którym czuć już wizjonera, są charakterne postaci i ten melancholijny sznyt, który tak lubię u Felliniego, ale jeżeli czasem ktoś mówi, że coś mu przeszkadza w starych filmach, to ja rzadko tak mam, a tu miałem.
Bezdroża (Detour), reż. Edgar G. Ulmer - film noir odmierzony według wzorca z Sevres i może dlatego nie wciągnął mnie tak bardzo, bo aż za dużo tego gatunkowego wzorca.
Ukraińska rapsodia, reż. Sergiej Paradżanow - tego Paradżanowa akurat wiem, gdzie umieścić i to dokładnie obok Felliniego, bo takoż: bardzo wyraźnie czuć już wizjonera kina, ale jednak mi całość oglądało się z trudem, raz z powodu programowości (od której twórca właśnie zaczynał uciekać), dwa z powodu dziwności nie do końca "mojej" (którą twórca właśnie zaczynał odkrywać), trzy z powodu przeszywających śpiewów (które trudno mi wytrzymać).
Jutro będzie nasze - wyszedłem z kina z przekonaniem, że mi się zupełnie nie podobało, po czym rozmowa o filmie okazała się bardzo ciekawa, a film powoli zaczął dojrzewać - może był znacznie lepszy, niż mi się zdawało?
Porządna kobieta (DVD pt. "A Good Woman"), reż. Mike Barker - bardzo przyjemny film z życia wyższych sfer w okresie międzywojennym, fajni aktorzy, ciekawa historia rodzinna.
Prawdziwa historia, reż. Roger Donaldson - Hopkins świetnie gra starzejącego się miłośnika szybkich motocykli, który wcale nie chce się starzeć; bardzo przyjemny film również wylosowany z półki z DVD.
Dream Scenario - to z kolei w kinie, tu z kolei Nicholas Cage świetnie gra, a film niby bardzo oryginalny, ale za to w moim odczuciu bardzo nieprzyjemny.
Mój pies Artur - w kinie z klasą i jako taki bardzo okej, pouczająca historia o przyjaźni i wytrwałości; a sam z siebie to bym wolał obejrzeć coś innego.
Mars Express. Świat, który nadejdzie, reż. Jérémie Périn - na przykład poszliśmy obejrzeć tę nowoczesną animację; ale szału nie było, choć film w porządku.
Carte blanche, reż. Jacek Lusiński - niezły film o nauczycielu, który traci wzrok, ale cała ta historia (mimo że pono oparta na prawdziwej) dość nieprzekonywująca.
Marnie. Przyjaciółka ze snu, reż. Hiromasa Yonebayashi - jak to Ghibli bardzo ładne, ale coś mi ta "przyjaźń ze snu" toksycznie pachniała.
Kung-fu szał, reż. Stephen Chow - obejrzane w złym momencie, bo akurat miałem ogromną niechęć do spraw chińskich (patrz D.), no i nie wszedłem w konwencję; ale chyba fajne?
Pieśń wielorybów, reż. Jean-Albert Lièvre - widziałem w kinie, chyba było fajne, ale obecnie nic a nic nie pamiętam.
Ucieczka z Alcatraz, reż. Don Siegel - niby dobry thriller, ale włączyło mi się dość znaczące odłączenie emocjonalne od pokazywanego materiału.
Wakacje pana Hulot, reż. Jacques Tati - razej nie doceniłem wielkiego klasyka, mi się to zdało mało zabawne (z wyjątkami oczywiście) i dość dziwacznie poprowadzona narracja, nie mogłem się w tym odnaleźć.
Żandarm w Nowym Jorku - no niby zabawne, ale tak jakoś tego...
D.rozczarowania:
Ferrari - to raczej film do kategorii wyżej, ale oglądałem go plenerowo, za darmo i po prostu mi się znudził, więc wróciłem do domu.
Kieł, reż. Yorgos Lanthimos / Alpy, reż. Yorgos Lanthimos
- zachwycony Biednymi istotami i Lobsterem zapragnąłem zobaczyć te wczesne, greckie klasyki Lanthimosa, niestety odbiłem się od nich jak od ściany; jak wiadomo, lubię dziwność, ale te filmy wydały mi się dziwne i chore w sposób, z którego kompletnie nic nie wynikało, a także całkowicie niekomunikatywne, a na domiar złego wizualnie wprost okropne.
Zła nie ma - reż. Ryūsuke Hamaguchi - najwyraźniej nie doceniłem albo czegoś nie skumałem; dla mnie jednak ten film nie miał rąk i nóg, nie wiem, co obejrzałem i po co.
Blue Jasmine, reż. Woody Allen - okropnie mi się nie podobał Woody Allen na smutno.
Emma i czarny jaguar - podobnie jak Pies Artur widziane z klasą w kinie, ale to było jednak słabe; może nawet nie byłoby aż takie słabe, gdyby nie koszmarny dubbing.
Napad na bank - z Louisem de Funesem - jakieś strasznie głupie.
Atalanta, reż. Jean Vigo - nie jestem fanem Spoilermastera, ale skoro określił on ten film swoim numerem 1 wszechczasów, chciałem go obejrzeć; niestety nie znalazłem w nim ani ułamka czegoś, co mogłoby mi się podobać i dużo rzeczy, które mi się wyraźnie NIE podobały. Mogłoby to być rozczarowanie roku, ale...
Żegnaj, moja konkubino, reż. Chen Kaige - przeżyłem ten film traumatycznie, strasznie mi się nie podobał i wzbudził we mnie uczucia kulturowej nie obcości nawet, ale wrogości. Wyszedłem z kina, ale o wiele za późno. Rozczarowanie roku, a nawet wielu lat.
I jeszcze na koniec rozczarowanie raczej sobą

Poszedłem w ramach Timelessa na świetnie zapowiadający się seans pt. "Dziesiątka Jerzego Armaty", z 10 krótkometrażowymi filmami z czasów PRL-u. Wyglądało to bardzo ciekawie, ale cały czas walczyłem ze zmęczeniem, zasypiałem i budziłem się przy każdym filmiku, w efekcie byłem tak zmęczony, że ledwo dowlokłem się do domu i nie zapamiętałem nic z żadnego z filmów.
--
Oprócz tego było jeszcze sporo powtórek, w tym tak ważne i mocne, jak:
1. W imię ojca, obejrzane po 30 latach, zostałem ponownie rozłożony, znokautowany, zachwycony.
2. Jasminum, obejrzane po raz n-ty, z dziećmi, którym podobało się równie bardzo, a ja powoli dojrzewam, że to jeden z moich ulubionych filmów ever.
3. 2001: odyseja kosmiczna, pamiętana dobrze, ale w kinie po raz pierwszy od liceum, z absolwentami, świetne doświadczenie.
4. Nowy początek, po raz kolejny dobrze i mocno, ale nawet lepiej i mocniej tym razem.
5. Rozmowa, odrestaurowana w kinie, więc uczta wyjątkowa, ale zaledwie rok wcześniej odświeżyłem i już wtedy zrobiło ogromne wrażenie, więc teraz mniej świeżych doświadczeń.
Dużo innych, w tym dwa razy obejrzany Dzień świstaka, klasyka lat 80. z dziećmi (E.T., Gliniarz z Beverly Hills, Ghostbusters, a zwłaszcza Robin the Hooded Man!), wszystkie trzy Władce pierścieni w wersjach reżyserskich...
Takiego roku nie miałem od nie wiem kiedy.