Ok, galeria jeszcze nieprędko, ale koniec relacji już jest.

(tym razem bez zagadek)
Dzień III - udaję, że zdobywam szczyty...
Po wczorajszym 'wyczynie' doszłam do wniosku, że ze zdobywania szczytów najlepiej wychodzi mi... wjazd kolejką na Kasprowy. I tak też postanowiłam zrobić.
Zaczęłam od tego, że obiecałam sobie wcześnie wstać. Buahahaha! Naiwność jeszcze większa, niż wczorajsza pierwotna wiara w zdobycie Giewontu albo nawet czego wyższego! Ja i wczesne wstanie, kiedy nie ma bata nad głową typu praca! Ostatecznie, do Kuźnic dotarłam dopiero koło 13. Tu zastała mnie długaśna kolejka i dantejskie opowieści o tym, ile to ludzie czekają. A to ktoś tam ponoć od 8 rano i jeszcze jest na schodach... zaczęłam wymiękać i rozważać opcję pieszego dotarcia chociaż do Murowańca. Ale jak to tak, nie znaleźć się na żadnym szczycie? Obtarte wczoraj pięty mówiły, że jeśli teraz zdecyduję się włazić gdziekolwiek na własnych nogach, jutro nie zrobię ani kroku. Tymczasem kolejka zdawała się posuwać jednak szybciej, niż by to z opowieści grozy wynikało. Ponoć wcześniej były zorganizowane grupy wchodzące poza kolejnością i stąd ludzie tyle czekali... Wyszło na to, że dobrze, że tak późno dotarłam, bo im później, tym szybciej szło. Ostatecznie i tak stałam (a właściwie przeważnie kucałam)- bagatelka - ...4 godziny! Zrezygnowana, rozdarta między chęcią poddania się a niechęcią do zmarnowania na próżno spędzonego tam czasu. W końcu jednak upragniona chwila nadeszła! Znalazłam się przed kasą, kupiłam bilet. I w górę!!! Jaka byłam szczęśliwa, że jednak wytrwałam! Przy okazji zastanawiałam się, czemu w zasięgu mojego słuchu byłam jedyną osobą kupującą bilet w jedną stronę. Czyżbym popełniała głupstwo a wszyscy dookoła byli świadomi, że już za późno na schodzenie piechotą? Ale we mnie jakieś resztki honoru górskiego turysty jednak jeszcze się tliły. Wejść nie dałabym rady i tak, ale żeby nie zejść nawet?! Aż tak nisko nie mogłam upaść!
Zjadłam obiadek w tamtejszej restauracji, klnąc na ceny i zdając sobie sprawę, że z ich powodu jutro zostanie mi kasy co najwyżej na zapiekankę... Potem polazłam na sam szczyt, popatrzyłam w stronę Czerwonych Wierchów, zastanawiając się, czy nie przejść się w tamtą stronę choć kawałek. Ale, że nie zamierzałam tamtędy schodzić, nie bardzo mi się chciało, mimo, że kocham ten szlak. Skierowałam się w drugą stronę.
Skoro 'zdobyłam' już Kasprowy, w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, żeby zdobyć i Beskid. Chociaż, ze względu na godzinę, głos rozsądku wołał 'Późno już, schodź żółtym!' Jednak Beskid kusił i Beskid zwyciężył!

Doskonale wiedziałam, że chociaż widoki z Kasprowego są piękne, to prawdziwy czad zaczyna się tam dalej... Im dalej, tym lepiej, ale miałam świadomość, że idąc do Lilowego i tak ryzykuję, że nie zdążę potem na ostatni autobus. Iść jeszcze dalej byłoby już totalną głupotą. Kiedy przed moimi oczyma pojawił się w końcu zielony szlak, żal było mi strasznie schodzić, ale wiedziałam, że teraz naprawdę już muszę. Potrzeba pośpiechu nie przeszkodziła mi jednak stawać co krok i robić zdjęcia.

Szczęśliwa byłam szczególnie z powodu stawów w dole, bo za ich widokiem stęskniłam się chyba najbardziej. Tymczasem sławetne muchy na tym odcinku najbardziej dały mi się we znaki.
Mijając Murowaniec, odniosłam wrażenie, że szlak na którym się znajduję, ma inny kolor, niż trzeba. Ale spojrzałam w mapę, a ta uspokoiła mnie, że tu nie da się pójść niewłaściwą drogą. Ostatecznie zamierzałam zejść Doliną Jaworzynki, żółtym szlakiem (bo wyglądał na najkrótszy), który po prostu wydawało mi się, że zaczyna się wcześniej. Słońce zaczęło powoli zachodzić, malując okoliczne szczyty na cudny kolor. Oczywiście uległam pokusie zdjęć i zachwytów, nie mniej jednak intensywnie przyspieszyłam kroku. Nie miałam ochoty na schodzenie po ciemku, z latarką z mocno nieświeżymi bateriami. W pewnym momencie zaskoczona ujrzałam przed sobą Skupniów Upłaz. Patrzę na szlak. Niebieski, k*#%a! A GDZIE JEST MÓJ ŻÓŁTY?!!! Panika - o której ja dotrę tam na dół?! Cholera, nic już na to nie poradzę. Przynajmniej wyjątkowo piękne jest to, co mam przed oczami. Trochę fotek jeszcze cyknęłam oczywiście, ale generalnie, przestraszona nie na żarty, puściłam się biegiem. Najlepsze jest to, że kiedy potem, na dole już, spojrzałam w mapę, żeby się zorientować, gdzie zgubiłam żółty, uświadomiłam sobie, że w chwili, gdy klęłam w myślach na jego zgubienie, stałam dokładnie pod drogowskazem, od którego się zaczynał.

Drogowskaz zauważyłam oczywiście, ale nie zwróciłam uwagi na to, co jest na na nim napisane, zakładając, że ta droga prowadzi w jakimś zupełnie mnie nie interesującym kierunku.

Cóż za przebłysk geniuszu!
Podczas drogi w dół zaczęłam po kolei wyprzedzać partie ludzi, którzy szli przede mną. Doświadczenie dla mnie w górach niebywałe. Nogi mi wysiadały, ale nie dałam im ani chwili wytchnienia. Kuźnice zjawiły się nagle i wcześniej, niż się spodziewałam.
Zmartwiłam się, że nie widzę żadnego busa, tylko same taksówki. Ale okazało się, że za taksówkę chcą tyle samo, ile za bus. Wsiadłam zadowolona i wkrótce dotarłam do dworca. Tu okazało się, że nie tylko zdążyłam na ostatni autobus, ale jak bym przyjechała chwilę wcześniej, zdążyłabym nawet na przedostatni. I miałam przed sobą półtorej godziny czekania. Żałowałam, że nie szłam wolniej tym upłazem i nie porobiłam więcej zdjęć. Zachód słońca był przecież taki przepiękny!
Kiedy dojechałam na miejsce, była już ciemna noc. I znowu miałam nad głową roje gwiazd! Tylko tym razem widnokrąg znacznie szerszy, niż wczoraj w ogródku przed domem. Szłam z głową zadartą go góry, przystając co chwila. Tym razem udało mi się zidentyfikować Wielki Wóz, ale jako jedyny. Próbowałam zrobić temu niebu zdjęcie, ale nie wyszło niestety. Załapały się tylko największe gwiazdy, zupełnie jak w Warszawie.

Potem dopiero uświadomiłam sobie, że trzeba było użyć zoomu. Ale już było za późno...
Dzień IV - nic już nie próbuję udawać...
Sobota. Od początku wiadomo było, że nie ma się co zbyt daleko zapuszczać. W weekendy z komunikacją kiepsko i ryzyko braku środka powrotu wzrasta drastycznie. Dziury na piętach coraz boleśniejsze. Poziom ogólnego zmęczenia... no cóż... zobaczymy, może gdzieś tam wlezę, ale na pewno nie za wysoko... Najbliżej miałam do Kościeliskiej. Wreszcie coś stosownego dla staruszek!
Wstałam, oczywiście późno, a jakże. Potem, po śniadaniu, spojrzałam na jakiś rozkład busów wiszący w przedpokoju. Cholera, najbliższy dopiero za półtorej godziny. Kiedy na niego wyszłam, nie przyjechał. Zgodnie z rozkładem wiszącym na przystanku, zresztą, który to drastycznie różnił się od tego wiszacego na kwaterze. Wg niego (tego przystankowego) na autobus mogłam liczyć dopiero za dwie godziny! Posterczałam jeszcze trochę, licząc, że może żaden z tych rozkładów nie mówi prawdy i może coś się zjawi... na próżno. Wróciłam do domu i przyszłam na ten zapowiedziany na przystanku. Na szczęście przyjechał!
Ale było już tak późno, że po tym, jak kupiłam i zjadłam na obiad zapiekankę, zorientowałam się, że zostały mi tylko 2 i pół godz. do ostatniego powrotnego busa. No to nici z wlezienia gdziekolwiek! Przejdę się tylko tą doliną tak daleko, jak się da i tyle...
Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do Wąwozu Kraków. Absolutnie uwielbiam ten zakątek! W żaden sposób nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapuszczenia się tam. Miałam zamiar wracać oczywiście przez Polankę. Tylko, że jakoś zupełnie zapomniałam, że jedyna droga tam wiedzie przez jaskinię. Jaskinie jako takie, owszem, lubię. Tylko, że kiedy szłam poprzednio Smoczą Jamą, była stanowczo dla mnie za śliska i za pochyła i sama pokonać jej nie dałabym rady. Wtedy miałam towarzystwo. Teraz nie. Wtedy miałam latarkę czołową, teraz ręczną i o wątpliwej sprawności. Nie będę ryzykować... Zła z powodu niebezpiecznej utraty czasu zawróciłam. Groźny i posępny wąwóz przemierzany od drugiej strony jednak zachwycał równie bardzo, jak od pierwszej. Wynagradzał mi całkowicie zawód spowodowany koniecznością cofnięcia się. Ale kiedy dotarłam już do prostej drogi doliny, rzuciłam się dalej biegiem. Na busa zdążyć trzeba!
Do przystanku dotarłam przed czasem. Zaczęła nadciągać burza. I wtedy porwała mnie nieoznakowana czarna wołga...

A tak naprawdę, podjechał czarny bus bez żadnej tabliczki wskazującej na cel podróży. Kierowca wychylił się, spytał dokąd jadę, zaprosił do środka. Wsiadłam. W środku pusto, tylko jakaś mała dziewczynka, może jego córka. Zaczęłam się zastanawiać, czy mądrze zrobiłam. Ale bus w sumie wyglądał jak normalny bus... nawet kasę miał. Może ten kierowca po prostu wracał po pracy do domu? Z drugiej strony trochę dziwne było to, że nie znał przystanków i nie wiedział, gdzie chcę wysiąść. Ale jakoś w sumie czułam się spokojna. Sytuacja jednak była dość czadowa, bo jechałam porwana tym tajemniczym wozem, gwałtownie nadciągnęły chmury dosłownie CZARNE, grzmiało i się błyskało, lunął deszcz, a z odtwarzacza leciała jakaś fajna metalowa muzyka pasująca ogólnie do całego kontekstu.
Ostatecznie, wszystko się dobrze skończyło, kierowca wysadził mnie nie na przystanku, tylko w miejscu, z którego mi było najbliżej do kwatery i wziął za kurs zwyczajne, przepisowe 3 zeta.

Wysiadłam prosto w największą ulewę i pobiegłam do domu, szczęśliwa, że pogoda popsuła się dopiero teraz.
Dzień V - powrót
Niedziela. Miałam do wyboru - iść do kościoła na 9 czy na 11. Komu by tam się chciało wstawać na 9? Ale z drugiej strony, 11 to ryzyko. Pamiętałam, ile czasu zajęło mi dojechanie tutaj. Co, jeśli tyle samo zająłby mi powrót? Zdecydowałam się iść na 9. I dobrze zrobiłam. Trafiłam na odpust. O 11 miała być suma z procesją. Dopiero bym utknęła! Tymczasem kościółek w środku okazał się być prześliczny. Z zewnątrz nie wyglądał aż tak pięknie, jak wieczorem, kiedy był oświetlony, więc trochę żałowałam, że nie zrobiłam mu zdjęć wtedy, pierwszego dnia. Ale wciąż prezentował się bardzo ładnie.
Kiedy wracałam, na straganach wszędzie było pełno jakchś dziwnych, kolorowych żelko-pianek, czy czegoś w tym stylu. Praktycznie każde stoisko to miało i to w ogromnych ilościach, przy jednoczesnym nieomalże braku czegokolwiek innego. Zastanawiałam się, czy to jakiś miejscowy specyfik i może nawet bym się z ciekawości skusiła, ale już byłam spłukana do zera. Musiało mi starczyć na pociąg! no i na autobus, do Krakowa, rzecz jasna. Na szczęście starczyło.
I tak oto, ok. 20 znalazłam się z powrotem w Warszawie.
