Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 kwietnia 2026 12:05:32

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1455 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42 ... 97  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 lipca 2009 13:48:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:20:04
Posty: 14601
Skąd: nieruchome Piaski
Swoją drogą, Tatry miały stanowić pierwotny cel pierwszej wyprawy forumowej.

_________________
Go where you think you want to go
Do everything you were sent here for
Fire at will if you hear that call
Touch your hand to the wall at night


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 lipca 2009 19:44:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Parzychwost? :D

Crazy, a co było dalej?

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 lipca 2009 22:32:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Forumowa wyprawa do Parzychwostu! Ha! :D

Co było dalej to powiem kiedy indziej, gdyż nadszedł czas na jakieś zdjęcie.


edit: :cry: imageshack najpierw działał strasznie wolno, a potem się okazało, że wcale mi nie zmniejszył zdjęć, skutkiem czemu wszystko musiałem skasować.
kiedy indziej.

Na pocieszenie świstaki:

Obrazek

Obrazek

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lipca 2009 13:05:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 31 maja 2007 22:28:36
Posty: 1082
Skąd: W-wa
arasek pisze:
Super relacja! Czyta się wyśmienicie... no i oczywiście budzi tęsknotę moją za Tatrami...

Moją też, uśpioną od dłuższego już czasu przez sprawy życia codziennego. A bardzo ciekawy rejon Tatr poznawaliście w tym roku, dla mnie znany tylko z przewodnika i mapy, muszę się tam kiedyś wybrać.

arasek pisze:
Podczas takich niespodzianek zawsze autentycznie się boję. Nie do opanowania. Mimo zasad, że wali raczej w to co wyżej albo w to co metalowe, kapryśność piorunów stanowi dla mnie zbyt duży stres.

Muszę przy okazji napisać, że pioruny fascynowały mnie już w dzieciństwie, teraz też lubię na nie popatrzeć, chociaż w górach to bardzo niebezpieczne. Kilka dni temu była u mnie silna burza w nocy, ok. 4 rano. Obudzony przez żonę (burza by mnie nie obudziła :wink: ) podszedłem do otwartego okna... i przeżyłem najbliższe do tej pory spotkanie z piorunami - ok. 30 m od mojego okna przebiega linia wysokiego napięcia i dwukrotnie, w to samo miejsce, na przeciwko mojego okna, raz za razem uderzył piorun w przewód odgromowy linii. Ciekawie to wyglądało! I tu się zgodzę, że pioruny są całkowicie nieprzewidywalne, bo wszystkie inne uderzały gdzieś w oddali.

Crazy, czekam na jeszcze, i na zdjęcia, i napisz trochę jak to wyglądało logistycznie - fajne to schronisko? jak do niego dotarliście?
A, i świstaki fajne, widziałem kilka razy, ale nigdy tak blisko.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lipca 2009 20:17:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11079
Świstaki super! Ale też czekam na resztę zdjęć!

Crazy pisze:
A, no i nie wiem jak to możliwe, że dotąd o tym nie wspomniałem, ale WSZĘDZIE są muchy.

Oj tak, mi też się dały we znaki! Nie zrażały sie nawet środkiem odstraszającym owady, którym spryskiwałam się ponad wszelką przyzwoitość. Ale ja czułam się jak padlina, więc mnie ich obecność w sumie specjalnie nie dziwiła. :lol:

A tymczasem pracuję nad własną relacją...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lipca 2009 21:13:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
do wklejania zdjęć na razie się zniechęciłem.

ale relacja dalsza - proszę bardzo. z tym, że następnego dnia opuściliśmy już Schronisko Żarskie, więc może najpierw odpowiem na pytanie Antonia

Antonio pisze:
fajne to schronisko? jak do niego dotarliście?


Moją kronikę zacząłem od następującego opisu miejsca naszego ubytovania, czyli po polsku accommodation ;-)

Siedzimy w kołchozie. Kołchoz jak kołchoz, wyjątkowo duży, podzielony na tzw. "koje", różniące się tym od komunalnego leża w Starym Moku, że pomiędzy kojami wznoszą się drewniane przepierzenia (skądinąd wygodne jako półki), tworząc kwadratowe boksy, teoretycznie na cztery osoby każdy. Na szczęście w naszej koji nr 5 jesteśmy sami i na szczęście do zapełnienia całego poddasza, w której mieści się ten ok. czterdziestoosobowy kołchoz jest bardzo daleko. W kącie przy schodach suszą się liczne buty, a schody na poddasze są tak strome, że potrzebna przy nich lina poręczowa (wyższym osobom przydałby się też kask). Na całym długim poddaszu są tylko dwa niewielki okna i tylko cztery niezbyt mocne lampy, więc spać można o każej porze. Natomiast prysznic na żetony, z zatkanym brodzikiem, jest naprawdę słaby.

Tak to wyglądało i kosztowało 6,60 za noc (euro) plus te nieszczęsne żetony prysznicowe, 50 centów za jeden, ale jeden niekoniecznie starczał na raz.
Poza tym w schronisku sporo pokoi o wyższym standardzie, ale i wyższej cenie, np. 11 euro.
Bufet okej, całkiem przyjemne dania w przyzwoitych cenach, choć mało korzystaliśmy, bośmy gotowali sami. Sala na dole bardzo fajna i weranda, która w okresach pozamuchowych może być jeszcze fajniejsza. Sporo ławek dookoła. Chatka w ogóle sympatyczna i całkiem estetyczna jak na generalnie niegustowną architekturę słowackiego podtatrza.

W każdym razie czwartego dnia opuściliśmy już Żarską Chatę i przez (znowu) Smutną Przełęcz przeszliśmy do następnej doliny... w dół do Bufetu Rohackiego drogą znaną sprzed lat, i dalej w dół asfaltówką, aż do Zverovki.

Zverovka inna - zdecydowanie większa, zdecydowanie ładniej położona, choć wyraźnie niżej, no i w miejscu ogólnie dostępnym, asfalt, parking, nawet przystanek autobusowy! Dobrze, że niewiele nam już zostało do gotowania, bo i tak nie byłoby gdzie przyrządzić - tym razem zamiast normalnego schroniskowego bufetu Restauracie z zakazem konsumowania vlasnych jadel. Ale restauracyjka fajna, niedroga, jadaliśmy tam bez wstrętu i poczucia strasznego marnotrawienia pieniędzy ;-)
Warunki noclegowe bardzo dobre - znów wybraliśmy wieloosobówkę, znów była na poddaszu, ale tym razem tylko 8 osób i w dodatku bardzo ładnie urządzony pokój, mnóstwo półek, sznurki do suszenia rzeczy, umywalka w pokoju, sporo miejsca ogólnie. Pierwszego dnia pobytu mieliśmy komplet w pokoju, a wieczorem w Restauracie też kupa ludzi, myśleliśmy, że może wreszcie wakacje się rozkręciły na Słowacji, ale gdzie tam - to tylko z powodu soboty, a już następnego dnia pustki. W pokoju zostaliśmy sami! (cena za ów pokój 9 euro)


A, i jeszcze co do dotarcia - do Zverovki zdecydowanie można po prostu przez góry przejść, natomiast do Żarskiej... uff! Myślałem, że po przejściu granicy w Chochołowie będzie można w miarę prosto dojechać jakimś busem, autobusem - nic z tego. Busów takich jak u nas to chyba nie ma, PKSy (zwane SAD) są, ale akurat tam, pod Tatrami nie jeżdżą... żeby dotrzeć do wylotu Doliny Żarskiej, trzeba najpierw dostać siędo Liptowskiego Mikulasza, co samo w sobie jest już nieco naokoło, ale i tam żeby dojechać, wyszło, że drogą jest albo przez Rużemberok - albo przez Poprad (!). Wyszło mi, że w sumie czasowo na jedno wyjdzie i ostatecznie jechaliśmy (co za absurd) w Tatry Zachodnie przez Łysą Polanę i Poprad, z TRZEMA przesiadkami, zrobiwszy dobre 150 km w autobusach. Jeden plus - objechaliśmy wkoło całe SŁowackie Tatry. Bardzo ładnie i pouczająco!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lipca 2009 21:48:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:10:43
Posty: 3722
muchy:

Obrazek

Obrazek


Crazy pisze:
kołchoz, wyjątkowo duży, podzielony na tzw. "koje", różniące się tym od komunalnego leża w Starym Moku, że pomiędzy kojami wznoszą się drewniane przepierzenia


Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 06:18:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 18425
Skąd: Poznań
Ileż tych much! :shock:

_________________
hajfi super star super hit diskdżokej szczerzy kły znad konsolety


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 17:31:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11079
Ok, moja relacja po części gotowa. Chciałam całość wrzucić na raz, ale wychodzi mi taki długaśny post, że nikomu nie chciałoby się go czytać. :wink: No to postanowiłam przepołowić.
Tylko uprzedzam z góry, miejcie na uwadze, że tą relację pisze osoba o kondycji 90-letniej staruszki, której nie wiadomo, czy będzie dane obejrzeć następny poranek. Nie przesadzam, młodsze staruszki na szlakach przeganiały mnie gaaaalopem! :dresiarz:
Więc z góry uprzedzam: nie spodziewajcie się opisów żadnych imponujących wyczynów. Nie spodziewajcie się w żadnym razie, że przeczytacie o jakichkolwiek miejscach, w których żeście nie byli! O rewelacjach w stylu 'zaliczyłam wszystkie tatrzańskie szlaki' tudzież 'dotarłam do słowackiej granicy i postanowiłam sobie pójść dalej po graniach' zapomnijcie! Jak czytam relacje Crazego, tudzież paru innych forumowiczów, to po prostu wymiękam!

Dzień I - dojazd
Ten dzień upłynął cały pod znakiem dojazdu. Poważnie, myślałam, że dotrę o jakiejś przyzwoitej porze i uda mi się jeszcze zaliczyć chociaż jakiś mały spacerek choćby po okolicznych wzgórzach. Ale gdzie tam. Wyszłam z domu przed 10. Najpierw poważne opóźnienie pociągu, potem bus z Krakowa utknął na Zakopiance, która nawet nie byłaby wcale specjalnie zakorkowana, gdyby nie jechał nią akurat wóz z kopą siana. Powinni tego zabronić! :evil: Po drodze jedna rzecz mnie zadziwiła. Zawsze, kiedy zbliżałam się do Zakopanego, pierwszą górą, jaką z daleka już dostrzegałam, był oczywiście Giewont. A tu, tym razem, jadę, widzę coraz to inne szczyty (fakt, że ginące trochę w chmurach), ale Giewontu ani śladu. Już się zaczęłam zastanawiać, czy aby nie zapamiętałam źle jego kształtu i teraz nie umiem rozpoznać spośród tych, które widzę. Czy to możliwe, żeby aż tak źle z moją pamięcią było? Ale nie, na szczęście uspokoił mnie i w końcu się wyłonił, tak charakterystyczny i niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym, jak tylko może być. Ale dopiero na końcu! Zobaczyłam go jako ostatniego!
Na miejscu byłam dopiero przed 21. W rezultacie nie zjadłam obiadu, bo nie było tam żadnej knajpy ani wciąż jeszcze otwartego sklepu.
Po zakwaterowaniu się i jako takim rozpakowaniu przespacerowałam się już tylko do miejscowego kościółka, który okazał się być po prostu przepiękny i szczególnie bajkowe wrażenie robił właśnie wtedy, po zmroku, ze względu na zmyślne oświetlenie.

Jeśli chodzi o samą kwaterę, to trafiłam świetnie. Czekał na mnie uroczy pokoik, czyściutki i co najważniejsze, a zarazem niewiarygodne - bez ANI JEDNEGO PAJĄKA!!! Rewelacja! Zawsze jak sama gdzieś jadę, to mam stracha, kto będzie mnie bronił przed tymi potworami i co ja biedna pocznę, jak będzie ich dużo. Tym razem zmartwienia nie było. :D
A mam takie pytanie - czy Wy też tak macie, że jak jedziecie w góry (czy gdziekolwiek) to się błyskawicznie zarażacie miejscową gwarą? Ja po sekundzie rozmowy z moją gospodynią gadałam z nią z mocno góralskim akcentem* i aż się bałam, że sobie pomyśli, że ją przedrzeźniam. Próbowałam się hamować, ale to było silniejsze ode mnie! :)

* Tylko akcentem, gwoli jasności, słówek tak szybko nie łapię...

Dzień II - forumowy :wink:
Skoro nocleg miałam w miejscowości nazwanej na cześć jednego z forumowiczów, wątek forumowy należało jak najbardziej kontynuować. :wink: W stosunkowym pobliżu miałam dwie forumowe doliny, to i od nich uznałam za stosowne łażenie po Tatrach zacząć. Pierwszą pokonałam szybko, w tą i z powrotem na przemian to biegnąc, to nucąc motyw ze stosownej piosenki. Do drugiej podeszłam poważniej. Uznałam, że to już porządna trasa i nie ma się co spieszyć, trzeba oszczędzać siły. Zakładałam, że jak dojdę do przełęczy i będzie jeszcze w miarę wcześnie, to może wejdę na którąś górę. Buhahaha! Cóż za optymizm wykazała ta staruszka znad grobu! Wysiadać zaczęłam już przy pierwszym podejściu pod górę. Ostatkiem sił dopełzłam do w sumie nisko przecież położonego odcinka wiodącego potem długo przez płaską łąkę. I nawet na tym płaskim terenie nogi odmawiały mi posłuszeństwa a w głowie kręciło się niebezpiecznie. Cholera, myślę sobie, to nie są normalne objawy nawet jak na mnie i moją leżącą poniżej wszelkiej normy kondycję! Doszłam do wniosku, że chyba daje o sobie znać wczorajszy brak obiadu i fakt, że w ogóle mało co zjadłam. Zawracać? Nie, no bez przesady, na pewno jeszcze nie teraz, na płaskim się nie poddam w żadnym razie! A potem zobaczymy, co będzie... Powoli zbliżałam się do końca płaskiego i zarazem do pięknych skalistych szczytów otaczających dolinę. Wyjęłam mapę, żeby zorientować się, ile już przeszłam a ile zostało do przełęczy. Na tym fałszywym papierze to co przede mną wyglądało już całkiem niegroźnie... A masywy skalne wzywały... Spojrzałam do góry. Nie widziałam faktycznej przełęczy, tylko coś, co za nią wzięłam. Dam radę! Nie zastanawiałam się długo. Idę dalej!
Ale cóż to - w końcu dotarłam do tego, co wzięłam za przełęcz, a jej ani śladu. Za to teraz widziałam znacznie więcej tego, co w górze i pozostała mi tylko nadzieja, że przełęczą nie jest to, co myślę... Nadzieja matką głupich, mówi mądre przysłowie. Stromo się zrobiło bardzo, zazwyczaj lubię takie podejścia, gdzie używać lepiej 4 kończyn, zamiast 2. Ale te zawroty głowy coraz silniejsze, hmmm... dość kiepsko byłoby tu zemdleć i spaść z takiego miejsca. I to tempo zabójcze - 5 kroków do góry, pół godz. odpoczynku (chociaż to, to u mnie norma, akurat). Czy dotrę tam jeszcze dziś? No, jeszcze kawałek spróbuję... przecież nie przyjechałam w Tatry po to tylko, żeby łazić po dolinkach! Litości!!! Tatry bez widoków z wysoka są nieważne! Nadzieja na niezbyt dużą odległość celu słabnie z każdą chwilą. Cielesna część mnie chce w dół. Duchowa ciągnie do góry. Im wyżej jednak jestem, tym mniej perspektywa schodzenia tym odcinkiem wydaje się atrakcyjna nawet tej części cielesnej. Po stromym fajnie się wchodzi, ale schodzi tragicznie. No i kwestia obiadu... jeśli zawrócę, pewnie znowu nie zjem, bo może się okazać, że nie będzie, gdzie... a jeśli pójdę dalej, po drugiej stronie czeka schronisko... wybór stawał się coraz bardziej oczywisty... Zachwyt nad otoczeniem coraz większy. Otaczające mnie z każdej strony groźne szczyty tonące w chmurach, kontrastujące z sielankową zielenią trawy, wysokość i przestrzeń! :aniolek:
Za to sił było coraz mniej. Zastanawiałam się, czy trzeba będzie wzywać GOPR, żeby mnie stąd ściągnął. Nadludzkim wysiłkiem woli nakazywałam sobie co jakiś czas zrobić jeszcze kilka kroków do przodu. Przełęcz uparcie nie chciała się zbliżyć. Kiedy w pewnym momencie odkryłam, że dzieli mnie od niej już tylko mały, prawie płaski odcinek drogi, uznałam to za prawdziwy cud. Kiedy do niej dotarłam, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę... Tęsknie popatrzyłam w stronę Giewontu. Był już tak blisko, zdawał się na wyciągnięcie ręki... Cholera, przecież byłam już na nim 2 razy, czemu teraz nie mogę?! Niestety, wiedziałam, że jestem bez szans. Posiedziałam trochę na skałach, popstrykałam zdjęć na wszystkie strony, zjadłam kilka ciastek. A w dole czekało schronisko na Kondratowej i obiadek.
Dochodziłam już prawie do niego, było coś między 18 a 19, kiedy napotkałam dziewczynkę równie samotną jak ja, tyle, że na oko z kilkanaście lat młodszą. Szła do góry i spytała czy wracam z Giewontu i czy coś stamtąd widać. Właśnie tam się wybierała. Ludzie to kamikadze, pomyślałam sobie. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak po zmroku próbuje schodzić tą drogą, którą ja przyszłam... Dopiero potem przyszło mi do głowy, że może mieszkała w schronisku. Tymczasem dotarłam wreszcie do tego cudownego przybytku. Obiadek dostałam natychmiast, bez ani chwili czekania! Byłam wniebowzięta. Pochłonęłam go z łapczywością Smoka Wawelskiego pijącego Wisłę. W takich chwilach człowiek uczy się naprawdę dziękować za wydający się pospolitym na co dzień dar posiłku! Ruszyłam w dalszą drogę i natychmiast zauważyłam u siebie oznaki cudownego odzyskania sił. Aż zaczęłam żałować, że się jednak nie skusiłam na ten Giewont! Dalszą trasę pokonałam dość szybko i beztrosko, dopiero brukowany odcinek tuż przed Kuźnicami dał mi się we znaki. Klęłam tego, kto tę drogę tak urządził. :evil:

O północy, kiedy już położyłam się spać, patrzę, a tu coś ciekawie świeci za oknem. Zaintrygowana podniosłam się, odsunęłam firankę... kurde! GWIAZDY!!! Jak stałam, tak wybiegłam w piżamie przed dom. Zadarłam łeb do góry, rozdziawiłam gębę i nie mogłam się napatrzeć. Nie byłam w stanie rozpoznać żadnego gwiazdozbioru, za dużo ich tam było! I taka piękna Mleczna Droga!

cdn...

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 18:32:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
a Giewont to aby nie zamknięty nadal?...

Widze, że koleżanka postanowiła urozmaicić relację o elementy zagadkowe :D W końcu nie na darmo jest ona (ta koleżanka) założycielką wiadomego wątku... Niestety na razie rozszyfrowałem tylko część :oops:
Chyba że mamy na forum jakiegoś Zabramka naprzykład! I idąc sobie tą dolinką nuciłaś na melodię Epitafium dla Wysockiego "za bramką! za bramką!" ;-)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 19:23:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:10:43
Posty: 3722
Fengari pisze:
w miejscowości nazwanej na cześć jednego z forumowiczów


Crazy pisze:
Chyba że mamy na forum jakiegoś Zabramka

hmmm, a może Witów? Choć ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że musi chodzić o Nędzówkę ;-)

Fengari pisze:
w tą i z powrotem na przemian to biegnąc, to nucąc motyw ze stosownej piosenki.

to natomiast nieodparcie kojarzy mi się z jakąś piosenką z "Kubusia Puchatka", typu
Biegnę w górę, potem w dół
hop hop hop
albo w dół a potem w górę
hip hip hip

W sumie nie wiadomo do czego była stosowna piosenka... :)


Fengari pisze:
pierwszą górą, jaką z daleka już dostrzegałam, był oczywiście Giewont.
może zawsze jechałaś pociągiem, kuszetką i otwierałaś oczy, kiedy pociąg mijał Harendę i wtedy - ŁUP - Giewont! :D


Fengari pisze:
nie spodziewajcie się opisów żadnych imponujących wyczynów.

a tu na serio napiszę - nie ma obiektywnego czynnika wskazującego na "imponujący wyczyn". Nie mówię tego jako ktoś, kto sobie biega po urwiskach i z wyższością klepie ludzi po ramieniu. Mam za sobą bardzo ciężkie przejścia (bez)kondycyjne i niejedno uważam za większy wyczyn, niż to, co przeszłam w tym roku. Jeśli ma się złą formę, to trzeba uważać. Nie przeholować, bo po co TOPRowcom głowę zawracać. Wyczynem jest wtedy spokojne wejście Doliną Białego i ZDROWY POWRÓT!!


Fengari pisze:
wiodącego potem długo przez płaską łąkę.
ja nie wierzę w płaskie łąki w górach!!! Zawsze jest ktoś, kto mówi "teraz po płaskim", a ja tam dyszę jak... dyszel!
:-)


Fengari pisze:
chyba daje o sobie znać wczorajszy brak obiadu i fakt, że w ogóle mało co zjadłam.

Tu z kolei znów uwaga ogólna i przepraszam, że w komentarzu do fajnego posta Fengari napiszę o sobie.
Kilka dobrych lat zajęło mi odkrycie jaki styl jedzenia/picia w górach mi odpowiada. Nauczyłam się, że to kiedy coś zjem ma kluczowe znaczenie dla mojego samopoczucia. Niestety najwłaściwsza dla mnie pora porannego posiłku nie pokrywa się z porą żadnej wędrującej ze mną osoby. Czyli - wstać wcześnie, wyjść, przejść pod podejście lub najdalej do połowy, zjeść śniadanko, wyruszyć dalej. A inni... wolą zjeść przed wyjściem albo po osiągnięciu jakiegoś konkretnego celu. Rozwiązaniem są wędrówki samotne :twisted: 8)
Podobnie "dopalacze" (typu czekolada) - nie działają na mnie najlepiej :( Natychmiast chce mi się pić, co owocuje szybkim brakiem wody w butelkach... Jedynie sezamki, których normalnie nie znoszę, dają mi jakiegoś sensownego, pozytywnego "kopa" na szlaku. Wada - totalnie posklejane kieszenie polara ;-)


Fengari pisze:
Stromo się zrobiło bardzo, zazwyczaj lubię takie podejścia, gdzie używać lepiej 4 kończyn, zamiast 2.

:piwo:

Fengari pisze:
Na tym fałszywym papierze to co przede mną wyglądało już całkiem niegroźnie...

to znaczy jak? :-)

Fengari pisze:
Tatry bez widoków z wysoka są nieważne!
NIEPRAWDA!!!!!!

Fengari pisze:
natychmiast zauważyłam u siebie oznaki cudownego odzyskania sił.
to by wskazywało na konieczność bardziej rozważnego gospodarowania posiłkami; popróbuj, a wszystko może się stać łatwiejsze ;-)

Fengari pisze:
popstrykałam zdjęć na wszystkie strony

Fengari pisze:
GWIAZDY!!!

galeryjka? :-)

Fengari - czekam na dalszą część!! I jakieś podpowiedzi dotyczące zagadek...? :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 20:22:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11079
Crazy pisze:
a Giewont to aby nie zamknięty nadal?...

Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, tam gdzie byłam nie widziałam żadnych oznakowań świadczących o jego zamknięciu. Ale może były gdzieś dalej...

elsea pisze:
Crazy napisał:
Chyba że mamy na forum jakiegoś Zabramka
hmmm, a może Witów? Choć ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że musi chodzić o Nędzówkę Wink

Elsea (i może Crazy też), przede wszystkim mieszasz 2 rzeczy - miejscowość w której mieszkałam, to jedno skojarzenie, a pierwsza dolina, którą szłam, to drugie. Witów, owszem, zgadłaś! :) Za to ja teraz nie wiem, kogo miałaby dotyczyć Nędzówka :shock: - chyba, że jakiegoś dawno nieaktywnego forumowicza, którego nie kojarzę...
Natomiast dolinę odgadł Crazy, teraz odgadnięcie piosenki nie powinno być już trudne! :)

elsea pisze:
może zawsze jechałaś pociągiem

Zgadza się! Chociaż raz jechałam już busem, i prawdę mówiąc nie pamiętam, co wtedy w jakiej kolejności widziałam. Za to tkwi we mnie głębokie przekonanie, że jechał on jakąś zupełnie inną - i przede wszystkim krótszą - trasą, niż ten autobus teraz.
elsea pisze:
galeryjka?

Będzie! :) Ale czuję, że dopiero w przyszłym tygodniu...
Cytat:
to znaczy jak?

Niedaleko...

Cytat:
ja nie wierzę w płaskie łąki w górach!!!

A byłaś na tej "Twojej"? :wink:
Toć ona płaska jak stół!

elsea pisze:
Jeśli ma się złą formę, to trzeba uważać. Nie przeholować, bo po co TOPRowcom głowę zawracać.

Z tym TOPRem to trochę żartowałam... Natomiast kondycję mam całe życie fatalną i to nie zależnie od tego, jaki tryb życia prowadzę. Jasne, że jak byłam piękna i młoda, miałam nieco więcej sił niż teraz i powłaziłam na szlaki, na które dziś nie miałabym szans wleźć... ale to wciąż nie było nic nadzwyczajnego. Tylko, że tym razem faktycznie doszło jakieś nienormalne osłabienie. Że nie mogę złapać oddechu, że boli mnie serce - to u mnie normalne. Ale nie zawroty głowy (no, chyba, że przy upale, ale upału akurat tego dnie nie było), ani nie nogi roztrzęsione jak galareta. Masz rację, że:
Cytat:
to by wskazywało na konieczność bardziej rozważnego gospodarowania posiłkami

Ale ja z reguły jem tak, jak mi potrzeba. Tylko wtedy po prostu nie zjadłam, bo nie miałam jak i gdzie. No i nie przewidziałam, że to się aż tak może odbić na mojej formie. Kiedyś tam zdarzały mi się wyjazdy, na których był problem ze znalezieniem jedzenia i jakoś sobie radziłam. :)
Fakt, że nie były to aż tak wysokie góry...

elsea pisze:
NIEPRAWDA!!!!!!

A prawda! :wink: Widoki z dolin, owszem, potrafią być piękne. Ale dla mnie są absolutnie niewystarczające! Mogę sobie poświęcić jakieś dni na łażenie dolinami. Ale nie może być tak, żebym spędziła w nich cały pobyt w Tatrach!

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 21:30:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11079
Ok, galeria jeszcze nieprędko, ale koniec relacji już jest. :) (tym razem bez zagadek)

Dzień III - udaję, że zdobywam szczyty...
Po wczorajszym 'wyczynie' doszłam do wniosku, że ze zdobywania szczytów najlepiej wychodzi mi... wjazd kolejką na Kasprowy. I tak też postanowiłam zrobić.
Zaczęłam od tego, że obiecałam sobie wcześnie wstać. Buahahaha! Naiwność jeszcze większa, niż wczorajsza pierwotna wiara w zdobycie Giewontu albo nawet czego wyższego! Ja i wczesne wstanie, kiedy nie ma bata nad głową typu praca! Ostatecznie, do Kuźnic dotarłam dopiero koło 13. Tu zastała mnie długaśna kolejka i dantejskie opowieści o tym, ile to ludzie czekają. A to ktoś tam ponoć od 8 rano i jeszcze jest na schodach... zaczęłam wymiękać i rozważać opcję pieszego dotarcia chociaż do Murowańca. Ale jak to tak, nie znaleźć się na żadnym szczycie? Obtarte wczoraj pięty mówiły, że jeśli teraz zdecyduję się włazić gdziekolwiek na własnych nogach, jutro nie zrobię ani kroku. Tymczasem kolejka zdawała się posuwać jednak szybciej, niż by to z opowieści grozy wynikało. Ponoć wcześniej były zorganizowane grupy wchodzące poza kolejnością i stąd ludzie tyle czekali... Wyszło na to, że dobrze, że tak późno dotarłam, bo im później, tym szybciej szło. Ostatecznie i tak stałam (a właściwie przeważnie kucałam)- bagatelka - ...4 godziny! Zrezygnowana, rozdarta między chęcią poddania się a niechęcią do zmarnowania na próżno spędzonego tam czasu. W końcu jednak upragniona chwila nadeszła! Znalazłam się przed kasą, kupiłam bilet. I w górę!!! Jaka byłam szczęśliwa, że jednak wytrwałam! Przy okazji zastanawiałam się, czemu w zasięgu mojego słuchu byłam jedyną osobą kupującą bilet w jedną stronę. Czyżbym popełniała głupstwo a wszyscy dookoła byli świadomi, że już za późno na schodzenie piechotą? Ale we mnie jakieś resztki honoru górskiego turysty jednak jeszcze się tliły. Wejść nie dałabym rady i tak, ale żeby nie zejść nawet?! Aż tak nisko nie mogłam upaść!
Zjadłam obiadek w tamtejszej restauracji, klnąc na ceny i zdając sobie sprawę, że z ich powodu jutro zostanie mi kasy co najwyżej na zapiekankę... Potem polazłam na sam szczyt, popatrzyłam w stronę Czerwonych Wierchów, zastanawiając się, czy nie przejść się w tamtą stronę choć kawałek. Ale, że nie zamierzałam tamtędy schodzić, nie bardzo mi się chciało, mimo, że kocham ten szlak. Skierowałam się w drugą stronę.
Skoro 'zdobyłam' już Kasprowy, w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, żeby zdobyć i Beskid. Chociaż, ze względu na godzinę, głos rozsądku wołał 'Późno już, schodź żółtym!' Jednak Beskid kusił i Beskid zwyciężył! :) Doskonale wiedziałam, że chociaż widoki z Kasprowego są piękne, to prawdziwy czad zaczyna się tam dalej... Im dalej, tym lepiej, ale miałam świadomość, że idąc do Lilowego i tak ryzykuję, że nie zdążę potem na ostatni autobus. Iść jeszcze dalej byłoby już totalną głupotą. Kiedy przed moimi oczyma pojawił się w końcu zielony szlak, żal było mi strasznie schodzić, ale wiedziałam, że teraz naprawdę już muszę. Potrzeba pośpiechu nie przeszkodziła mi jednak stawać co krok i robić zdjęcia. :) Szczęśliwa byłam szczególnie z powodu stawów w dole, bo za ich widokiem stęskniłam się chyba najbardziej. Tymczasem sławetne muchy na tym odcinku najbardziej dały mi się we znaki.
Mijając Murowaniec, odniosłam wrażenie, że szlak na którym się znajduję, ma inny kolor, niż trzeba. Ale spojrzałam w mapę, a ta uspokoiła mnie, że tu nie da się pójść niewłaściwą drogą. Ostatecznie zamierzałam zejść Doliną Jaworzynki, żółtym szlakiem (bo wyglądał na najkrótszy), który po prostu wydawało mi się, że zaczyna się wcześniej. Słońce zaczęło powoli zachodzić, malując okoliczne szczyty na cudny kolor. Oczywiście uległam pokusie zdjęć i zachwytów, nie mniej jednak intensywnie przyspieszyłam kroku. Nie miałam ochoty na schodzenie po ciemku, z latarką z mocno nieświeżymi bateriami. W pewnym momencie zaskoczona ujrzałam przed sobą Skupniów Upłaz. Patrzę na szlak. Niebieski, k*#%a! A GDZIE JEST MÓJ ŻÓŁTY?!!! Panika - o której ja dotrę tam na dół?! Cholera, nic już na to nie poradzę. Przynajmniej wyjątkowo piękne jest to, co mam przed oczami. Trochę fotek jeszcze cyknęłam oczywiście, ale generalnie, przestraszona nie na żarty, puściłam się biegiem. Najlepsze jest to, że kiedy potem, na dole już, spojrzałam w mapę, żeby się zorientować, gdzie zgubiłam żółty, uświadomiłam sobie, że w chwili, gdy klęłam w myślach na jego zgubienie, stałam dokładnie pod drogowskazem, od którego się zaczynał. :lol: Drogowskaz zauważyłam oczywiście, ale nie zwróciłam uwagi na to, co jest na na nim napisane, zakładając, że ta droga prowadzi w jakimś zupełnie mnie nie interesującym kierunku. :oops: Cóż za przebłysk geniuszu!
Podczas drogi w dół zaczęłam po kolei wyprzedzać partie ludzi, którzy szli przede mną. Doświadczenie dla mnie w górach niebywałe. Nogi mi wysiadały, ale nie dałam im ani chwili wytchnienia. Kuźnice zjawiły się nagle i wcześniej, niż się spodziewałam.
Zmartwiłam się, że nie widzę żadnego busa, tylko same taksówki. Ale okazało się, że za taksówkę chcą tyle samo, ile za bus. Wsiadłam zadowolona i wkrótce dotarłam do dworca. Tu okazało się, że nie tylko zdążyłam na ostatni autobus, ale jak bym przyjechała chwilę wcześniej, zdążyłabym nawet na przedostatni. I miałam przed sobą półtorej godziny czekania. Żałowałam, że nie szłam wolniej tym upłazem i nie porobiłam więcej zdjęć. Zachód słońca był przecież taki przepiękny!
Kiedy dojechałam na miejsce, była już ciemna noc. I znowu miałam nad głową roje gwiazd! Tylko tym razem widnokrąg znacznie szerszy, niż wczoraj w ogródku przed domem. Szłam z głową zadartą go góry, przystając co chwila. Tym razem udało mi się zidentyfikować Wielki Wóz, ale jako jedyny. Próbowałam zrobić temu niebu zdjęcie, ale nie wyszło niestety. Załapały się tylko największe gwiazdy, zupełnie jak w Warszawie. :evil: Potem dopiero uświadomiłam sobie, że trzeba było użyć zoomu. Ale już było za późno...

Dzień IV - nic już nie próbuję udawać...
Sobota. Od początku wiadomo było, że nie ma się co zbyt daleko zapuszczać. W weekendy z komunikacją kiepsko i ryzyko braku środka powrotu wzrasta drastycznie. Dziury na piętach coraz boleśniejsze. Poziom ogólnego zmęczenia... no cóż... zobaczymy, może gdzieś tam wlezę, ale na pewno nie za wysoko... Najbliżej miałam do Kościeliskiej. Wreszcie coś stosownego dla staruszek!
Wstałam, oczywiście późno, a jakże. Potem, po śniadaniu, spojrzałam na jakiś rozkład busów wiszący w przedpokoju. Cholera, najbliższy dopiero za półtorej godziny. Kiedy na niego wyszłam, nie przyjechał. Zgodnie z rozkładem wiszącym na przystanku, zresztą, który to drastycznie różnił się od tego wiszacego na kwaterze. Wg niego (tego przystankowego) na autobus mogłam liczyć dopiero za dwie godziny! Posterczałam jeszcze trochę, licząc, że może żaden z tych rozkładów nie mówi prawdy i może coś się zjawi... na próżno. Wróciłam do domu i przyszłam na ten zapowiedziany na przystanku. Na szczęście przyjechał!
Ale było już tak późno, że po tym, jak kupiłam i zjadłam na obiad zapiekankę, zorientowałam się, że zostały mi tylko 2 i pół godz. do ostatniego powrotnego busa. No to nici z wlezienia gdziekolwiek! Przejdę się tylko tą doliną tak daleko, jak się da i tyle...
Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do Wąwozu Kraków. Absolutnie uwielbiam ten zakątek! W żaden sposób nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapuszczenia się tam. Miałam zamiar wracać oczywiście przez Polankę. Tylko, że jakoś zupełnie zapomniałam, że jedyna droga tam wiedzie przez jaskinię. Jaskinie jako takie, owszem, lubię. Tylko, że kiedy szłam poprzednio Smoczą Jamą, była stanowczo dla mnie za śliska i za pochyła i sama pokonać jej nie dałabym rady. Wtedy miałam towarzystwo. Teraz nie. Wtedy miałam latarkę czołową, teraz ręczną i o wątpliwej sprawności. Nie będę ryzykować... Zła z powodu niebezpiecznej utraty czasu zawróciłam. Groźny i posępny wąwóz przemierzany od drugiej strony jednak zachwycał równie bardzo, jak od pierwszej. Wynagradzał mi całkowicie zawód spowodowany koniecznością cofnięcia się. Ale kiedy dotarłam już do prostej drogi doliny, rzuciłam się dalej biegiem. Na busa zdążyć trzeba!
Do przystanku dotarłam przed czasem. Zaczęła nadciągać burza. I wtedy porwała mnie nieoznakowana czarna wołga... :wink: A tak naprawdę, podjechał czarny bus bez żadnej tabliczki wskazującej na cel podróży. Kierowca wychylił się, spytał dokąd jadę, zaprosił do środka. Wsiadłam. W środku pusto, tylko jakaś mała dziewczynka, może jego córka. Zaczęłam się zastanawiać, czy mądrze zrobiłam. Ale bus w sumie wyglądał jak normalny bus... nawet kasę miał. Może ten kierowca po prostu wracał po pracy do domu? Z drugiej strony trochę dziwne było to, że nie znał przystanków i nie wiedział, gdzie chcę wysiąść. Ale jakoś w sumie czułam się spokojna. Sytuacja jednak była dość czadowa, bo jechałam porwana tym tajemniczym wozem, gwałtownie nadciągnęły chmury dosłownie CZARNE, grzmiało i się błyskało, lunął deszcz, a z odtwarzacza leciała jakaś fajna metalowa muzyka pasująca ogólnie do całego kontekstu. :)
Ostatecznie, wszystko się dobrze skończyło, kierowca wysadził mnie nie na przystanku, tylko w miejscu, z którego mi było najbliżej do kwatery i wziął za kurs zwyczajne, przepisowe 3 zeta. :) Wysiadłam prosto w największą ulewę i pobiegłam do domu, szczęśliwa, że pogoda popsuła się dopiero teraz.

Dzień V - powrót
Niedziela. Miałam do wyboru - iść do kościoła na 9 czy na 11. Komu by tam się chciało wstawać na 9? Ale z drugiej strony, 11 to ryzyko. Pamiętałam, ile czasu zajęło mi dojechanie tutaj. Co, jeśli tyle samo zająłby mi powrót? Zdecydowałam się iść na 9. I dobrze zrobiłam. Trafiłam na odpust. O 11 miała być suma z procesją. Dopiero bym utknęła! Tymczasem kościółek w środku okazał się być prześliczny. Z zewnątrz nie wyglądał aż tak pięknie, jak wieczorem, kiedy był oświetlony, więc trochę żałowałam, że nie zrobiłam mu zdjęć wtedy, pierwszego dnia. Ale wciąż prezentował się bardzo ładnie.
Kiedy wracałam, na straganach wszędzie było pełno jakchś dziwnych, kolorowych żelko-pianek, czy czegoś w tym stylu. Praktycznie każde stoisko to miało i to w ogromnych ilościach, przy jednoczesnym nieomalże braku czegokolwiek innego. Zastanawiałam się, czy to jakiś miejscowy specyfik i może nawet bym się z ciekawości skusiła, ale już byłam spłukana do zera. Musiało mi starczyć na pociąg! no i na autobus, do Krakowa, rzecz jasna. Na szczęście starczyło.
I tak oto, ok. 20 znalazłam się z powrotem w Warszawie. :(

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 21:51:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:10:43
Posty: 3722
Fengari pisze:
Witów, owszem, zgadłaś!

fajnie! lubię zgadywać ;-)

Fengari pisze:
dolinę odgadł Crazy

Za Bramką?

Fengari pisze:
teraz odgadnięcie piosenki nie powinno być już trudne!

hym... naprawdę?

Fengari pisze:
Nędzówka Shocked
hym... przepraszam, mogę natychmiast założyć takiego użytkownika :oops: (tak jakoś do siebie to wzięłam ;-))


Fengari pisze:
jechałam już busem, i prawdę mówiąc nie pamiętam, co wtedy w jakiej kolejności widziałam.
bo Tatry są widoczne z daleka, ale raczej Giewont to trzeba dostrzegać... Dowodem zagadka Kamika z wątku zagadkowego i wiele innych zdjęć. Nie wyobrażam sobie innej sytuacji, niż nagle obudzić się tuż przed Tatrami, żeby Giewont był dominujący.


Fengari pisze:
Niedaleko...

ale poziomice jak były? blisko siebie? ;-) ;-) ;-)
Fengari pisze:
A byłaś na tej "Twojej"?

znaczy się na Małej Łące? Byłam. Uważam, że pnie się w górę. Początkowo nieznacznie, ale jednak.
Obrazek
Fengari pisze:
Jasne, że jak byłam piękna i młoda, miałam nieco więcej sił niż teraz
a ja mam więcej teraz :) Im jestem starsza, tym lepiej mi się chodzi. Być może nie wymagam od siebie nie wiadomo czego :) Od razu powiem, że mam więcej niż 30 lat :)


Fengari pisze:
wtedy po prostu nie zjadłam, bo nie miałam jak i gdzie. No i nie przewidziałam, że to się aż tak może odbić na mojej formie
Właśnie ja niestety jestem pewna, że odbija się to bardzo wyraźnie na mojej formie. Spodziewam się, że nie jestem wyjątkiem, zatem... W górach trzeba rozsądnie jeść i koniec :)


Fengari pisze:
elsea napisał:
NIEPRAWDA!!!!!!

A prawda! Wink
ale wcześniej napisałaś, że
Fengari pisze:
Tatry bez widoków z wysoka są nieważne!
- z tym się nie zgadzam! Jeśli chodzi Ci o to, że żeby mieć satysfakcję z chodzenia, musisz mieć WIDOK jako ukoronowanie wysiłku (jak Gero chyba), to po prostu ja jestem z innej frakcji. W zeszłym roku przeszłam Ścieżkę nad Reglami i właściwie tylko przez to, że wlazłam też na Sarnią, można było mówić o widokach. A mimo to była to kapitalna wycieczka. Radość z Tatr mam również bez widoków. :)


Podsumowując - ja chcę w Tatry! :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 lipca 2009 22:44:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Z relacji Twej wynika mi jasno, że wybrałaś sobie mało dogodny punkt mieszkania ;-) Kłopoty z busami przebijają się na każdym kroku.

Za to Twoje wycieczki - bardzo fajne. Przełęcz Kondracka, Liliowe, Wąwóz Kraków. Same świetne miejsca.

Fengari pisze:
Szczęśliwa byłam szczególnie z powodu stawów w dole, bo za ich widokiem stęskniłam się chyba najbardziej.

o, bardzo to rozumiem! zwłaszcza w kontekście TYCH stawów!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1455 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42 ... 97  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group