rajza pisze:
gdzie najlepiej pojechać na wycieczkę, żeby pokazać dziatwie polskie Tatry?
dziatwa nie chodzo za bardzo po górach i szybko marudzo
i raczej nie Zakopane
hehe ostatnio sam przerabiałem ten temat i jestem nawet świeżo po
Pomysły były dwa i się nałożyły.
Z jednej strony znajomy mnie namawiał na jakiś wypad w góry, w sumie gdziekolwiek ale aby się wybrać. Ponieważ u mnie góry to pierwsze i najczęściej jedyne skojarzenie to Tatry więc pomysł wyprawy właśnie tu był oczywisty. Pomysł drugi to chytry plan, który tkwił wmej głowie już od dłuższego czasu aby tatrzańskim bakcylem zarazić mojego Mikołaja. I tu termin był też nieprzypadkowy gdyż sam w Tatry trafiłem dokładnie w takim samym wieku w jakim on się znajduje w tej chwili czyli lat 8 i pół. Jak już się te dwa pomysły spotkały to niewiele czekając się połączyły. Pozostawało tylko pytanie kiedy i gdzie konkretnie.
Co do terminu to od początku brany był pod uwagę przełom maja/czerwca ale nie weekend bożociałowy, gdyż zakładany w Tatrach i na drogach do nich tłum skutecznie ten termin odradzał. Stanęło na weekendzie tydzień wcześniej, który to weekend ostatecznie rozrósł się do okresu czwartek-niedziela.
Gdzie? Wypad miał być raczej niedługi więc aby z niego skorzystać należało dostosować miejsce do możliwości uczestników. A uczestnicy prezentowali się następująco: marecki - kiedyś dobry piechur, obecnie mężnie znoszący spacery z domu do samochodu, z samochodu do pracy itp. wytrzymałość bieżąca bliżej nieznana ze skłonnością do niskiej; syn Mikołaj - z racji uczestnictwa w klasie sportowej i niezłych wyników w pływaniu spodziewana kondycja dobra ale młody wiek, premierowy pobyt w Tatrach i zaobserwowana skłonnośc do marudzenia kazała spodziewaną kondycję podzielić przez dwa; kolega Darek - charakterystyka piechura bliżej nieznana, brak znanych umiejętności historycznych plus obecna marszruta codzienna (patrz marecki) minus kondycja lepsza wzrokowo dawała w wyniku niewiadomą; koleżanka Ela kolegi Darka charakterystyka piechura nieznana w stopniu jeszcze większym. Wobec tego równania z wieloma niewiadomymi obrano cel Tatry Zachodnie jako umiarkowanie wymagające a ciekawe. Aspekt historyczny (też tam zaczynałem swoje pierwsze wycieczki) był silnym implikatorem tego wyboru.
Pierwsze kroki (a raczej dzwonek telefonu) skierowane zostały do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. aaa no tak zapomniałem napisać - krótkość wycieczki podpowiedziała nam, że najlepiej (takoż i najfajniej) będzie zamieszkać bezpośrednio w schronisku. Niestety schronisko w Chochołowskiej okazało się być zarezerwowane już na akurat ten weekend przez jakąś zorganizowaną ekipę więc kolejne kroki (kolejny telefon) wykonalismy w stronę Kościeliskiej. I tu już się udało. Zatem termin i miejsce znane, rezerwacja dokonana, nic tylko cieszyć się i czekać wyjazdu.
Tak parę dni przed wyjazdem miny nam trochę zrzędły, bo prognoza pokazywała (i zdjęcia i w ogóle wszystkie znaki na niebie i w internecie), że będzie padać i do tego zimno a i w górach śnieg. Niezrażeni jednak ale wyposażeni w dodatkową porcję zimowych ubrań wyruszyliśmy z Warszawy w poprzedni czwartek rano. Omijając Kraków i większą część zakopianki pojechaliśmy drogą katowicką do Tych, tam na Oświęcim, Wadowice (obowiązkowy mały spacer i zjedzenie kremówki) do Rabki, Zakopanego i Kir. W Kirach zostawiliśmy samochód, przebraliśmy się lekko (głównie buty) i ruszyliśmy do schroniska. Pogoda była znośna ze skłonnością do słabego deszczu ale bez przeszkód dotarliśmy do schroniska.
Tu czekały na nas dwa pokoje (na pierwsze dwie noce) ja z Mikołajem dostałem szczytowy pokoik, niezbyt duży ale w sumie ok. Gorąco może w nim nie było ale można było wytrzymać. Dla Mikołaja i tak wziąłem śpiwór a sam jestem raczej chłodnolubny więc koc mi zupełnie wystarczał. Darek z Elą dostali trzyosobowy pokoik w środku piętra, bardzo ładny i widny (jakby ktoś rezerwował nr 8 a i 7 obok była podobna). Łazienki w podziemiach nowe, jak na warunki schroniskowe bardzo ok. Woda ciepła wieczorem tak gdzieś do 22. Światło częściowo gaszone ok. 22-22.30.
Jedzenie – dobre zupy – całkiem dobra pomidorowa, podobnie żurek i chyba najlepsza z nich gulaszowa. Wieczorami natomiast brak było potraw typowo obiadowych, za dnia jak raz byliśmy wcześniej trafił się schabowy z kapustą ale wieczorami już znikał z karty, więc ratowaliśmy się kiełbaską, naleśnikami itp. Wrzątek za darmo więc tym bardziej opłacało się przytargać dwa kubki i trochę herbaty.
Planowane wycieczki wyglądały następująco: piątek rekonesans po dolinie, Wąwóz Kraków ze Smocza Jamą, Mroźna może Mylna i Raptawicka, ew. wypad nad Smreczyński Staw; sobota Iwaniacka Przełęcz, Ornak i w maksymalnym zasięgu Starorobociański + powrót tą samą drogą. Na miejscu plany musiały jednak ulec weryfikacji. Po pierwsze szczyty już od Ornaku pokryte były śniegiem a nasze mizerne w tej kwestii umiejętności chodzenia po nim w górach + brak doświadczenia takowego + brak jakiegoś sprzętu kazały odrzucić marzenia o podbojach wyższych rejonów. Z drugiej strony pogoda cały czas była mocno niepewna a prognozy zapowiadały względnie małozachmurzony piątek i maksymalnie opadową sobotę więc na pojedyncze wyjście dalsze wybraliśmy się od razu w piątek.
Obraliśmy planowy szlak na Iwaniacką. Jednakże już z niej nie skręciliśmy na Ornak a kontynuowaliśmy marszrutę w kierunku Chochołowskiej przez Starorobociańską. Droga na przełęcz była bardzo przyjemna. Systematycznie w górę, w dużej mierze wzdłuż żlebów w których jeszcze zalegało sporo śniegu. Słonko czasami się wychylało zza chmur a i na zimno nie mogliśmy narzekać więc droga mijała sprawnie. Na zejście starorobociańską okazało się, że nadal jest to dolina pełna roboty bo akurat mijaliśmy drwali, którzy czyścili las po wichurach i spławiali żlebem drewniane bale do momentu gdzie dał radę dojechać traktor. Miało to swój urok a zapach świeżego drzewa unosił się po całym lesie. W dole doliny było już bardziej błotnisto ale za chwilę doszliśmy do Chochołowskiej a nią po krótkim spacerze do Polany, która zgodnie z moim planem i stanem faktycznym wyglądała wspaniale.
Schronisko spełniło nasze oczekiwania choć mieliśmy szczęście gdyż duża grupa wycieczkowa kończyła w nim swój pobyt gdy doszliśmy a następna wkroczyła gdy już wychodziliśmy. Rozczarowaniem dla Mikoałaja był strumień lekko powyżej schroniska, gdzie miał obiecaną budowę tamy. Czy wy również budowaliście syzyfowe tamy z kamieni na górskich strumieniach? Dla mnie to nieodłączny element wspomnień z pierwszychh wizyt w Tatrach. Niestety teren wspomniany wyżej zajmuje w tej chwili ujęcie wody, zagrodzone spiętrzenie i w ogóle teren zabroniony. Ale odbiliśmy to sobie następnego dnia w Kościeliskiej

.
Trochę poszwendaliśmy się jeszcze po polanie, odwiedziliśmy kościółek i zaczęliśmy kierować się w dół doliny zastanawiając się jaką obrać drogę powrotną. Tej samej nam się już nie chciało, droga nad reglami doliną Lejową wydała się niezbyt wystarczająco atrakcyjna aby skusić nas do dłuższego chodzenia tego dnia więc zeszliśmy w dół doliny do Hucisk gdzie planowałem zabrać się do busika do Kir i stamtąd już spacerkiem Kościeliską drogą znaną zdnia poprzedniego. W Huciskach okazało się, że parking już tam nie istnieje (w sumie nawet nie wiem od kiedy ta zmiana bo ja byłem tam ostatnio chyba 13 lat temu) a całość transportu dochodzi 4 kilometry niżej do polany Siwej. Na szczęście ktoś wpadł tam na bardzo fajny pomysł i z Hucisk można dalej było pojechać rowerem. Stało ich tam sporo, do wyboru a na dole się je oddawało i płaciło piątaka. Z radością wskoczyliśmy na rowery i po paru minutach byliśmy już na Siwej. Stamtąd busikiem do Kir i Kościeliską znów do schroniska.
Pierwszy dzień zatem był bardzo udany, trochę w górę, trochę przy śniegu no i nieplanowo zaliczyliśmy też Chochołowską a dodatkowo przejechaliśmy się rowerami. Pogoda dopisywała więc byliśmy zadowoleni. Sobota miała być przynajmniej pogodowo gorsza ale byliśmy dobrej myśli.
Następnego dnia rzeczywiście pogoda się popsuła, lekko mżyło bądź zapowiadało się na deszcz ale w sumie przez cały dzień się trzymało i lunęło porządnie dopiero wieczorem jak już byliśmy w schronisku. Wcześniej udało nam się zaliczyć kilka atrakcji okołokościeliskowych. Na pierwszy ogień poszedł Wąwóz Kraków. Fascynujące miejsce. Powyżej niego drabinka w górę i Smocza Jama. Trudności umiarkowane ale latarka przydaje się bardzo o ile nie jest konieczna bo śodek z zakrętem jest całkowicie ciemny, do tego idzie się dość ostro w górę a całość wyślizgana niemiłosiernie. Mikołaj sobie poradził czym mocno zawstydził idącą przed nami licealną wycieczkę, która próbowała marudzić przewodnikowi ale po wyjściu z Jamy Mikołaja dyskretnie ucichła. Potem łagodne zejście w dół do Hali Pisanej i dalej doliną.
Punkt drugi wycieczki Jaskinia Mroźna, zawsze ją lubiłem ale odwiedzałem sporadycznie więc nadal stanowi dla mnie atrakcję. Dla pozostałych była premierowo więc znów dostarczyła wielu wrażeń. Mylną i Raptawicką już sobie chwilowo darowaliśmy bo pogoda robiła się coraz gorsza ale tam jeszcze wrócimy. Natomiast po krótkim posileniu się w schronisku wybralismy się jeszcze na spacer nad Smreczyński Staw. Zawsze mi się to miejsce bardzo podobało i przyciągało swoją aurą tajemniczości. Jest w tym miejscu coś dzikiego, wręcz thrillerowatego ale bardzo pięknego. Do tego akurat się przejaśniało i nad Stawem górowała przepiękna panorama zaśnieżonych szczytów. Bajka. A i droga na wśród rezerwatowych mokradeł w pieknej zieleni bujnej wiosny niezapomniana. Zabawaliśmy tam dłuższą chwilę upajając się widokiem i robiąc też całe serie zdjęć. Coś powrzucam w najbliższych dniach.
A tak jak już pisałem jak wróciliśmy do schroniska to wieczorem lunęło porządnie. Najpierw ściana deszczu tak na granicy zmroku, potem lekka przerwa a potem już lało i grzmiało i błyskało przez całą noc. Noc na którą zostaliśmy przeniesieni ze swoich dwóch pokoików do jednego czteroosobowego (nr 13). Pokój wielkości naszej poprzedniej dwójki ale zmieszczono w nim dwa piętrusy więc w efekcie końcowym był lekko klaustrofobiczną czwórką z niewielkim dostępem do światła. Ale atrakcją było spanie na górze więc miał atuty
Niedziela przywitała nas pięknym słońcem i coraz wyższą temperaturą więc nasze wyjście ze schroniska udawało nam się skutecznie opóźnić. Potem już w dół Kościeliską z plecakami do Kir i samochodu a potem krótki wypad do Zakopanego. Zaopatrzeni w zapas oscypków, bundza itp. po posileniu się w knajpce na odejściu z Krupówek w stronę placu Niepodległości (gen.Galicy) – rewelacyjny rosół z kurkami – mogliśmy w końcu opuścić Tatry i pojechać do Warszawy.
Po całości wyjazd spełnił nasze oczekiwania. Może nie dotarliśmy zbyt wysoko ale za to leżący tam śnieg wyglądał bardzo malowniczo. A nasze cele czyli wyrwanie się na kilka dni z Warszawy plus zaszczepienie bakcyla tatrzańskiego kolejnym ofiarom udało się chyba dość skutecznie. Mikołaj radził sobie bardzo dobrze, chodził dzielnie mało marudził, nauczył się wieczorami pierwszej gry w karty więc same pozytywy
