|
"Killing Joke tickets! Killing Joke! Killing Joke!..." - te mocno akcentowane słowa londyńskich koników witają nas z bratem przy wyjściu ze stacji metra Kentish Town. Do "Forum" pozostało nam z dwieście metrów piechotą. Idziemy. Jest ciemnawo, ale dzielnica fascynująca! Widzimy po drodze coraz więcej odjechanych ludzi, w mijanych pubach spokojnie popijają piwko zaawansowani wiekiem punkowcy z kolorowymi czubami. Klimat niepowtarzalny.
Wchodzimy do oświetlonego z zewnątrz na niebiesko "Forum". Kontrola biletów bez macanek, dałoby się cholera wnieść jakiś aparacik foto... Nie. Nie tym razem. Ten koncert trzeba przeżyć na maxa.
"Forum" - klub marzenie. Na dolnym poziomie spory parkiet dla wariatów, na górze natomiast kinowe fotele dla statecznych. Wszystko w drewnie, żadnych rezonansów, odbić dźwięku... Na scenie jakiś support. Po nim drugi. W miarę przyzwoicie dają ognia, ale nie na to przecież czekamy. Jesteśmy w części dla świrów, czyli na dole. "Ciekawe, czy jest tu jeszcze poza nami ktokolwiek, kto przyjechał z Polski specjalnie na koncert Killing Joke..." - myślę, uśmiechając się przez moment. Po supportach z głośników sączą się bardzo dobrze przemyślane i dobrane dźwięki wprowadzające publiczność we właściwą atmosferę. Najpierw trochę dynamicznej muzy, prawie nic nie kojarzę, ale Angole owszem tak. Dźwięki sączące się z głośników powoli zmieniają się. Doktor Harford wchodzi w masce do tajemniczego pałacu, gdzie trwa niesamowity obrzęd. Młode półnagie kobiety w kręgu, a pośród nich mistrz ceremonii... Setki ludzi w maskach... Do tego wspomnienia sceny z filmu "Oczy szeroko zamknięte" z Tomem Cruis'em i Nicole Kidman pobudza mnie diaboliczna muzyka, która w filmie towarzyszy opisanej scenie, a właśnie słyszę ją na koncercie z głośników. Zapalają się lampy oświetlające napisy z charakterystycznie rozdzieloną nazwą Killing Joke umieszczoną po bokach sceny. Odpalane są telebimy umieszczone po obu stronach sceny. Panuje niepokojący klimat. Wreszczie pojawiają się muzycy, pierwsze dźwięki z pierwszej płyty...
Nie opisuję szczegółowo setlisty, bo nie lubię tego robić. Odbieram koncert jako całość, jestem w swoistym transie. Jak już pisałem wcześniej, zespół gra spory set składający się z 21 utworów głównie z pierwszej płyty oraz z "What's This For?". Pojawia się kilka utworów spoza tych płyt, na przykład z "Night Time". Najpiękniejszy moment tego koncertu udostępniłem Wam do posłuchania. Przemowa Jaz'a, sprzęgająca się pastelowo, gasnąca gitara, chwila całkowitej ciszy... "Paul Raven comes back to us tonight...". W tym momencie może wybrzmieć tylko "Love Like Blood" i tak się dzieje. Piękne wykonanie. Magiczny moment koncertu. Przypomina mi się wtedy dvd z dwudziestopięciolecia Killing Joke, gdy Jaz zapowiadając ten sam utwór mówił o niedawnej śmierci ojców - jego oraz gitarzysty. A tuż obok na scenie z basem w ręku stał wtedy Paul Raven... Przemijanie...
Widać, że panowie muzycy dobrze czują się w swoim towarzystwie po reaktywacji starego składu, sprawnie i bez większych wpadek odgrywają sprawdzony, klasyczny już repertuar z początkowego okresu działania zespołu.
Muszę koniecznie napisać kilka słów o liderze tej wspaniałej kapeli. Bardzo byłem ciekaw, jak na żywo sprawdza się to niesamowite zmienianie się głosu Jaz'a Coleman'a i muszę przyznać, że autentycznie chwilami można odnieść wrażenie, jakby w tym gościu wokalnie obcowały ze sobą dwie odrębne istoty - lekko nadąsany młodzieniec i jakiś diabelsko drapieżny demon. Jaz jest ponadto obdarzony umiejętnością panowania nad publicznością, swoistego zaklinania jej. Na koncercie, w kilku momentach dało się odczuć niezwykłe uniesienie i zapamiętanie, co przypomniało mi wiele podobnych chwil przeżytych na koncertach Armii, choć oczywiście charakter artystycznego przekazu jest w obu przypadkach odmienny.
Dwa słowa o publiczności. Na moje oko plasowałem się około średniej wieku uczestników koncertu. Z ciekawością obserwowałem ludzi, spośród których, jak sądzę, wielu mogło aktywnie uczestniczyć w rodzącym się przed ponad trzydziestu laty zjawisku punk rocka, bo przecież to tam, w tym Lądku, wszystko miało swój początek... Wielu ludzi o undergrondowo alernatywnym image'u. Nie było jednak żadnego bydła, wszystko odbyło się bez przejawów agresji, w przyjaznej wręcz atmosferze.
Kilkanaście minut po koncercie, Kishiro dzielnie walczy o album składający się trzech płyt CD - dwóch z właśnie zakończonym koncertem oraz jedną ze zdjęciami z występu oraz z garderoby. Jakość nagrania dźwiękowego zaskakująco dobra, mieliście próbkę. Zdjęcia poprawne. Generalnie - wspaniała pamiątka.
Po koncercie udajemy się do hotelu, gdzie laptop, wrzuta na forum i radosne oczekiwanie na następny dzień, gdyż... tego dnia wybieramy się znowu na koncert ulubionego zespołu KILLING JOKE!
Ostatnio zmieniony ndz, 19 października 2008 18:03:01 przez Erkej, łącznie zmieniany 2 razy
|