|
To może tylko dwa słowa o koncercie w Poznaniu, bo nie umiem w rele. Pomyliliśmy bramy i kiedy znaleźliśmy odpowiednią, okazało się, że ogonek ciągnie się na kilkadziesiąt metrów albo i dalej. Nie, nie było to nic złego, wręcz przeciwnie, miało się poczucie czekania na coś fajnego. Wszyscy wyglądali jak za czasów mojego liceum, tylko średnia wieku wynosiła 50+. Wesoła kolejka, która z jakichś powodów wchodziła przez dwa różne wejścia - i do teraz nie mam pojęcia, dlaczego ludzie stali do tego z długim ogonem, jak można było wejść szybciej. Hala wielka, więc tłum, który na zewnątrz mnie nie przerażał, ale zwiastował armagedon w środku, okazał się nie taki straszny (byłam tam dwa razy, ale wtedy było mniej ludzi). Stoiska z gadżetami z lekkim sercem ominęłam, bo zupełnie nie mam parcia na koszulki Acidów, a w tych cenach to już w ogóle. Zaczynał Hope, w którym chyba gra syn Ślimaka (nie wiedziałam, że ma syna) - i to było całkiem fajne, bliższe mi estetyką niż późniejsze Turbo. Dało się potupać i pokiwać. Turbo mnie nie porywa, ale na Dorosłych dzieciach, zwłaszcza jak dołączył Kupczyk, poczułam lekki wzrusz. Kupczyk brzmiał. Utworu z gościnnym Litzą też się całkiem dobrze słuchało. A potem wszedł Acid. Wchodził długo na tym Królu lwie (?), zaczął - i trochę zdębiałam, bo czułam się, jakby mnie zdmuchnęło za jakąś szybę. Do końca starałam się wierzyć, że tak miało być i zwyczajnie się nie znam na nagłośnieniu (bo się nie znam), ale okazało się, że jednak nie. Grali same starocie, więc znałam i rozpoznałam, ale na przykład Litzę dało się wyłuskać chyba dopiero przy Poplin Twist i potem było już jakby lepiej. Koncert dla mnie raczej w stylu "wspomnienie z młodości", bo wracały w głowie różne momenty z Acidami w tle. Czasem coś tam pokrzyczałam, z ulgą patrzyłam na szalejący tłum i latające buty - to oznaczało, że nie wszyscy jeszcze przerzucili się na kręcenie telefonem kolejnych utworów, choć sporo niestety musiałam oglądać na ekranikach. Tu warto zapisać dla potomności cudowne zachowanie jakiegoś młodzieńca (zdecydowanie nie 50+), który przebijał się przez tłum w stronę młyna z grzecznym: "Przepraszam, ja na pogo". Przez te lata, kiedy nie widziałam Acidów na scenie, w sumie niewiele się zmienili. Wszyscy dają radę, wszyscy wydawali się dobrze bawić. Gdyby nie nagłośnienie, pewnie byłby to potężny koncert, a tak - gratka dla fanów, bo tylko cztery występy na trasie, możliwość posłuchania VVV, Infernala i innych staroci. Trochę męczące było słuchanie jednego jedynego "Pasuje?" rzucanego przez Titusa, zwłaszcza że chyba wcale do końca wszystkim nie pasowało. Nogi mnie trochę bolały, ale mogło być gorzej. Wyjście przy Always look było za to super radosne. I tak tanecznym krokiem udaliśmy się na przystanek, do Żabki i do akademika.
_________________ Bez zbroi wychodzić się boję.
|