arasek pisze:
Ależ oczywiście! Zawsze siadaj z tyłu, to przede wszystkim daje większą sterowność kajakiem!
Dzięki, na przyszłośc zapamiętam!

A tymczasem obiecana rela:
Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. Pojechałam na dwa dni do Tomaszowa Mazowieckiego i pierwszego dnia spłynęłam Pilicą na odcinku Tomaszów - Teofilów, który wg. mojej wypożyczalni wynosi 19 km, a wg. innej - 17.5. Nie wiem, kto ściemnia, a kto nie, ale faktem jest, że rzeka na tej trasie wije się niesłychanie, więc może przez to trudno jest policzyć jej długość i może prawda leży gdzieś pośrodku. Gdziekolwiek by nie leżała, była to najdłuższa trasa, jaką kiedykolwiek do tej pory płynęłam, mimo to nie zmęczyłam się specjalnie. Pilica pozostała Pilicą - nie trzeba na niej cały czas machać wiosłem, spokojnie można sobie odpoczywać w trakcie spływu, gdyż sama niesie człowieka ładnie i do przodu. A przy okazji trzeba jej też przyznać, że sterowność na niej była idealna - jak już używałam wioseł, to kajak płynął dokładnie tam, gdzie chciałam, nawet, kiedy spróbowałam zawrócić i płynąć pod prąd. Co za miła odmiana po tej ostatniej przygodzie na jeziorze!

Tegoroczny odcinek przez jakiś czas wydawał mi się zdecydowanie urodziwszy, niż zeszłoroczny, chociaż ostatecznie nie jestem pewna, czy różnica faktycznie jest taka znacząca, choć tym razem krajobraz istotnie bardziej urozmaicony i rzeka troszeczkę węższa. I na pewno wyjątkowo malowniczy był odcinek jeszcze sprzed startu, choć woda w nim akurat paskudna.
W każdym razie początkowo płynęłam przez bardzo urokliwy las. Później dość długo rzeka wiła się przez łąki, których jednak nie sposób było dostrzec przez wodne zarośla, a pod koniec znów pojawiły się lasy, najpierw w tle, aż w końcu dookoła. Dużo było skarp, choć w większości raczej niskich, polnych, zamieszkałych przez jaskółki

, ale zdarzały się i takie leśne, z prawdziwego zdarzenia. Co jest potencjalną zaletą głównie dla Araska, bo ja muszę przyznać, że wolę na brzegach bujne zieloności, no, ale i tych nie zabrakło.

To, co zdecydowanie odróżniało ten spływ od poprzedniego, to ważki! W zeszłym roku mi ich bardzo brakowało, w tym roku latało ich mnóstwo, w tym większość to moje ulubione, całe granatowe. Pląsały dookoła, siadały mi na dziobie kajaka, czasem pojedyncze, czasem parki, a ja im wszystkim mówiłam, że je kocham. Bo kocham!

Pogodę miałam wyśmienitą. Trochę się bałam, jak to będzie, skoro w ostatnim czasie ciągle tyle burz i wiatru, ale akurat na ten czwartek, w który zaplanowałam sobie spływ, prognozy wróżyły okno pogodowe. Prognozy, jak to prognozy, nie bardzo można im wierzyć, ale tym razem sprawdziły się idealnie - dzień był upalny a niebo błękitne i wietrzyk co najwyżej leciutki. Przy okazji nieźle spaliło mnie słońce i to mimo użycia kremu z filtrem.
Minusy?
W całą tą niebiańską sielankę, wody szum i plusk, ptaków śpiew w pewnym momencie wtargnął helikopter, czarny i złowrogi. I gdyby tylko przyleciał i poleciał, to pół biedy, ale on zawisł tak w jednym miejscu i wisiał całkiem długo, z pół godziny - godzinę?, nieznacznie tylko zmieniając położenie. W pewnym momencie przepłynęłam niemal dokładnie pod nim, nieźle wtedy woda falowała, chociaż to akurat było dość zabawne, znacznie mniej zabawny był hałas, który on robił, zagłuszając przy okazji wszelkie odgłosy przyrody. I to, że był jak mroczny zwiastun wojny w środku raju.

Czy on był wojskowy? Nie wiem, nie znam się. Zdawało mi się, kiedy przepływała blisko niego, że widzę na jego boku szachownicę, ale nie jestem tego pewna. W każdym razie wyglądał jak wytwór Mordoru. Swoją drogą strasznie jestem ciekawa, co on tam właściwie robił?
Druga sprawa - długi czas płynęłam całkiem sama, mając rzekę tylko dla siebie i to było super, ale na wysokości Spały nagle zrobiło się tłoczno i w zasadzie do końca już miałam towarzystwo, mniej lub bardziej hałaśliwe, choć na szczęście najgłośniejszą grupę dało się łatwo i szybko wyminąć, bo oni nie mieli cienia ambicji, żeby się wysilać na wiosłowanie. Większość z nich pozczepiała się kajakami w różne grupki i pozwalała nieść się z prądem.
Trudności?
W przeciwieństwie do zeszłego roku, kiedy całą trasę pokonałam gładko, bez żadnych przeszkód, tym razem kilka razy wpakowałam się na mieliznę. Na szczęście obyło się bez konieczności wychodzenia z kajaka, choć raz niewiele brakowało, bo dość niezręcznie zaklinowałam się między kamieniami - no, ale w końcu udało mi się opanować sytuację ręcznie, a nie nożnie.
Pojawiło się kilka zwalonych drzew, jednakowoż łatwych do ominięcia i przy okazji malowniczych, trochę mniej fajne i groźniejsze były kłody leżące pod wodą, ale te też przeważnie udawało mi się wymijać, choć raz się na taką wpakowałam - i jakoś nawet nad nią przepłynęłam, pokonując drewnianą górkę.
Co ciekawe, spokojne generalnie wody Pilicy w paru miejscach nagle a niespodziewanie zamieniały się w całkiem konkretne bystrza, co dostarczało mi nieco adrenalinki, gdyż miałam świadomość, że właśnie tam dno jest kamieniste i ryzyko wyrżnięcia w podwodną skałę spore - ale i tu szczęśliwie obyło się bez groźnych kolizji.

Pod koniec ogarnęły mnie wątpliwości, czy dobrze zapamiętałam wskazówki odnośnie mety i nawet zastanawiałam się' czy nie będę musiała się cofać (właśnie wtedy sprawdzałam, czy dam radę płynąć pod prąd), ale na szczęście ostatecznie wylądowałam w dobrym miejscu i zawracanie nie było konieczne.
Żałowałam, że nie wzięłam sobie dłuższego spływu, do Inowłodza (Inowłodzu?), gdzie znajdują się ruiny zamku, o których początkowo myślałam, że są w Tomaszowie i na które miałam chrapkę, a które ostatecznie odpuściłam. No ale nie przypuszczałam, że będzie mi się płynąć tak lajtowo, że po tak długim odcinku nie będę jeszcze zmęczona. Trudno, może kiedyś...











Skrobnę jednak jeszcze kilka słów o innych, pozaspływowych atrakcjach w okolicy. Przede wszystkim Niebieskie Źródła! Przepiękny cud natury, gorąco polecam! Tak naprawdę to cała ta wyprawa zaczęła się od tego, że w zeszłym roku plątała mi się po smartfonie reklama jakiejś wypożyczalni kajaków, która obiecywała trasę przez te źródła właśnie i to napaliło mnie na Tomaszów i powrót na Pilicę. Niestety w tym roku ani tej relkamy nie widziałam, ani takiej wypożyczalni nie znalazłam, a skoro już widziałam to miejsce, to w ogóle wątpię, żeby jakieś spływy były możliwe w tym rezerwacie, zresztą jego połączenie z Pilicą jest mocno wątpliwe, choć widziałam mapę, na której teoretycznie istnieje. No, ale gdyby były, byłoby to płynięcie przez Niebo! Miejsce jest przemalownicze i przecudne. Cały rezerwat, nie tylko bezpośrednio tam, gdzie są źródła, jest po prostu piękny - woda płynie pomiędzy mnóstwem małych drzewo - wysepek, co daje klimat iście baśniowy. A same źródła niesamowite. Na zdjęciach tego nie widać, te - w sumie bardziej zielone niż niebieskie - plamki wyglądają, jakby to były jakieś glony na wodzie. W realu absolutnie to tak nie wygląda, doskonale widać, że one nie są na powierzchni wody, tylko na dnie, choć wydaje się, że jest to płytko, a w rzeczywistości jest tam ponoć kilka ładnych metrów głębokości. I w tych plamkach widać małe, pulsujące źródełka, po kilka na jedną plamkę. Urocze! Podobno jest to jakiś unikat w skali Europy. Naprawdę warto ów rezerwat zobaczyć!





Tuż obok znajduje się Skansen Rzeki Pilicy, niewielki, ale ciekawy, jest tam piękna stacyjka, sporo obiektów militarnych, schron z okopami, różne drewniane budynki, do których można wejść i w środku zobaczyć mnóstwo eksponatów, m.in ruchome modele młynów wodnych (te na mnie zrobiły największe wrażenie). Jest i szopa z kolekcją starych kajaków. Fajne miejsce.



Widziałam też Groty Nagórzyckie, dawne, dziko powstałe kopalnie piasku, dziś przerobione na atrakcję do zwiedzania, taką z lekkim dreszczykiem pt. 'Wiedzą państwo, w tym miejscu, gdzie teraz jesteśmy, ileś lat temu miał miejsce zawał, no, nie da się ich uniknąć'.

W sumie fajne miejsce, ale też nic wielkiego, z tego typu podziemnych tras widziałam już lepsze i ciekawsze.


Tomaszów jako miasto natomiast nie jest jakoś szczególnie ciekawy, chociaż parę zabytków wartych uwagi się znajdzie. I są bunkry jeszcze, ale do nich nie dotarłam.