Tegoroczny Timeless zakończyłem nadrobieniem dwóch wielkich amerykańskich klasyków z lat 30 (dobrze że zdążyłem przed stuleciem):
Czarnoksiężnik z Oz (1939), reż Victor Fleming* - trudno uwierzyć, że nigdy go dotąd nie widziałem, bo poza wszystkim innym był to ulubiony film Lyncha, o czym nieraz czytałem. Nie dziwię się statusowi tego filmu - ma on wszelkie cechy tego, by stać się nieśmiertelnym klasykiem. Archetypiczność, ikoniczność, a przy okazji całkowity brak dbałości, jeżeli chodzi o psychologię czy jakikolwiek "realizm" (czy to nie brzmi, swoją drogą, jak opis Gwiezdnych wojen?). Jest w nim dużo teatralnej umowności, trochę fajnych piosenek (i trochę nudnych), bardzo fajne rozwiązania wizualne i trochę badziewnych efektów specjalnych, które chyba bardzo zainspirowały Lyncha, bo po ponad 75 latach w nowym Twin Peaks uznał, że nie ma sensu używać bardziej zaawansowanych

Sama historia nie należy do moich najbardziej ulubionych, może to bardziej skierowane do amerykańskiej duszy, ale doceniam. Film też doceniam, choć nie wejdzie do mojego kanonu ukochanych filmów dla dorosłych dzieci (tu jednak E.T. poza zasięgiem).
*tenże Fleming w tymże roku zdołał jeszcze dokończyć Przeminęło z wiatrem!!
Dziwolągi (1932), reż. Todd Browning - to zupełnie inna historia, bo to film, który w swojej epoce poniósł klęskę, a nawet w różnych krajach był zakazany. A szkoda, bo tytułowe dziwolągi, ukazujące przeróżne pokręcenia i deformacje ciała, przedstawieni są z czułością, a ci, co się z nich wyśmiewają, zostają solidnie ukarani. Nie zmienia to faktu, że odwaga w pokazaniu tych deformacji bardzo wprost, bywa szokująca. Czysto filmowo: piękna robota pod względem wizualnym, kadrowanie, światłocień itp.; mniej przekonany jestem pod względem narracyjnym, bo dramaturgia mi tam siadała i niekoniecznie rosła, kiedy było to potrzebne. Najlepsze są więc scenki rodzajowe pokazujące po prostu kolejnych freaków w różnych sytuacjach codziennych, a także poszczególne zapadające w pamięć (i budzące grozę!) kadry takie jak pokraczna sylwetka czająca się gdzieś w mroku lub oczy wyzierające spod cyrkowej przyczepy.
W obu przypadkach miałem jeszcze jeden problem, który mam niemal z całym kinem amerykańskim od początku dźwięku gdzieś do połowy lat 60: dla mnie tam jest sprasowany, nieprzyjemnie metaliczny dźwięk, a wszyscy aktorzy mówią dziwnie za głośno, jakby próbowali przekrzyczeć fakt, że kiepsko ich słychać. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie? Nie wiem też, czy również w filmach z innych krajów takie coś występuje, ale nie kojarzy mi się, podczas gdy zjawisko to dotyczy nawet najlepszych filmów USA z tamtych czasów, od Obywatela Kane przez westerny i czarne kryminały z Bogartem, po Bulwar zachodzącego słońca i 12 gniewnych ludzi, aż po moment, w którym w jakiejś Odysei kosmicznej, Absolwencie czy Butchu Cassidy zupełnie nie mam tego problemu.