Ten koncert był pod różnymi względami inny od tamtego w Progresji. Przede wszystkim był na dworze, ale na jakim dworze... Przez trzy kolejne wieczory Gizzardzi grali na dziedzińcu budynku byłego więzienia na Łukiszkach. Byłego, ale nie dawnego, bo funkcję więzienia pełniło do zaledwie pięciu lat temu (!) i zdecydowanie nadal wygląda na więzienie, bardzo ponuro, wręcz przygnębiająco, ale ktoś miał odwagę pójść wbrew pozorom i przemienić je w miejsce imprez kulturalnych. Nasz koncert odbywał się wśród okienek cel zabitych deskami, z drutem kolczastym okalającym teren. Brr. Po koncercie można było zresztą pozostać na drugim dziedzińcu i tam sobie usiąść (względnie stanąć w tłumie) i oglądać Ligę Mistrzów, która zaczynała się dokładnie na zakładkę, ale daliśmy spokój. Nawet nasi synowie nie zgłaszali ochoty pozostania - raz że zmęczenie, ale może nie mieli ochoty przełamywać atmosfery koncertu w taki sposób?
A koncert świetny, oczywiście również mocno inny (jak każdy od każdego? na całej tej trasie prawie w ogóle nie powtarzają żadnych utworów). Po raz kolejny okazało się, że goście nie mają ŻADNYCH zahamowań w mieszaniu stylistyk: tu po trash-metalowych łomotach bez mrugnięcia okiem wprowadzili na scenę stół pełen elektronicznych urządzeń i syntezatorów, wszyscy poza perkusistą porzucili instrumenty rockowe i zaczęli robić muzykę science-fiction. A potem wrócili do instrumentów i pograli jakieś psychodeliczne jazdy. Nie wiadomo też, jak są w stanie zapamiętać tyle utworów i się w tym nie pogubić. Wygląda jednak, jakby nie sprawiało im to żadnej trudności, bo grają na pełnym luzie. Generalnie - świetny koncert, na który warto było jechać tak daleko.
Szczegóły:
Najpierw na supporcie wystąpili inni Australijczycy o nazwie (cóż za odmiana) King Stingray. Fajnie się prezentowali na scenie (dwie długie tuby, chyba dziudziuridu, gość udający kangura), ale brzmieli jak dla mnie płasko, takie rockowe pitolenie.
Gizzardzi za to brzmieli o wiele lepiej, mimo że staliśmy w złym akustycznie miejscu, z boku - po to, żeby chłopcy mogli dobrze widzieć scenę, co się w pełni udało. Mam wrażenie, że oni grają jakoś znacznie subtelniej, perkusja nadaje całości groove, gitarzyście fajnie dialogują, tam się po prostu dużo dzieje w tej muzyce.
Myślałem, że naprawdę skończy się na tym, że nie będę znał żadnego z granych utworów - od czasu do czasu było coś, co brzmiało znajomo, ale niczego nie umiałem konkretnie zidentyfikować. I nic dziwnego, bo w większości grali z albumów, których nie słyszałem, albo słyszałem pobieżnie. Na tym występie najwięcej było z płyty Polygondwanaland, do której chyba więcej niż raz nigdy nie podszedłem. Przeważały potężne trashowe łomoty, które wypadły zaskakująco dobrze i energia od publiki kipiała. Rewelacyjnym momentem było wpuszczenie na scenę fana, który przyszedł z wypisanym ręcznie transparentem "Can I play Dragon on Stu's guitar, please?" - najpierw coś gadali, że zagrają 30 sekund, żeby się cieszył, ale w końcu wzięli gościa na scenę i rżnęli tego Dragona z 10 minut jak nic. Moim zdaniem cała akcja była totalnie spontaniczna i naprawdę pierwszorzędna.
Jak już zaznaczyłem, w pewnym momencie przesiedli się całkowicie na elektronikę i wystawili moją cierpliwość na próbę, kombinując różne glitche i trzaski, i robotyczne wokalizy

Muszę przyznać, że było to bardzo interesujące, ale dobrze, że nieprzesadnie długie. Tej elektronicznej płyty w ogóle nigdy nie słuchałem, więc choć wielokrotnie powtarzana była fraza "Gilga-mesh!", myślałem, że śpiewają "Gilder-mensch!", cokolwiek by to miało znaczyć, ponieważ brzmiało to wszystko bardzo po niemiecku

Czułem, że nie doczekam się niczego z Nonagon Infinity, do końca liczyłem na Rattlesnake'a, ale bez skutku - w ostatniej chwili jednak sprawę uratował Dripping Tap, o którym pisałem w tym wątku:
Crazy pisze:
best song: The Dripping Tap, z ogromną przewagą!
... i jeżeli z plusem, to za ów Dripping Tap, który kto wie, czy aby nie jest dla mnie w ogóle najlepszym utworem Gizzardów? 18-minutowy otwierający jammm, w którym mnóstwo się dzieje, tematy meandrują, instrumenty wariują, wszyscy się dobrze bawią.
- i to był jak dla mnie zdecydowanie highlight koncertu! Dwudziestominutowy czad na maksa.
W drodze powrotnej z Wilna gadałem z dwoma Australijczykami, którzy jak się okazało: a) przylecieli specjalnie z Australii, b) byli na wszystkich trzech koncertach w Wilnie, c) jechali teraz na kilka dni do Warszawy, żeby pozwiedzać (a jeden z nich ma jakieś dalekie korzenie, miałem skojarzenie z historią z Prawdziwego bólu), d) następnie zaś planują jechać do Aten na kolejne trzy koncerty..., e) ... po czym do Bułgarii na ostatnie trzy z tej trasy. To są fani!