Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 kwietnia 2026 13:13:42

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 138 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 5, 6, 7, 8, 9, 10  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: ndz, 26 stycznia 2025 10:51:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Crazy w innym wątku:

Cytat:
Słońce wschodzi raz na dzień, reż. Henryk Kluba - chyba odkrycie roku, bo nigdy nie słyszałem o tym filmie, który okazał się jednym z najwybitniejszych polskich filmów ever; i o! może tam jest to ogniwo, którego brakuje mi u Paradżanowa, bo pod wieloma (bardzo wieloma!) względami widzę pokrewieństwo podejścia do filmowej materii, ale tu mi się wszystko sklejało idealnie i nic a nic nie nudziło.


Tak! Tak, tak! Miałem wrażenie, że pisałem o tym filmie na forum - ale nie, tylko nawijałem o nim Witkowi na messangerze.

I taka smutna refleksja: w 1967 roku cenzura uwala "Słońce wschodzi raz na dzień" Kluby i "Ręce do góry" Skolimowskiego. Dwa filmy, które (już abstrahując od tego czy się komuś podobają czy nie, ja oba bardzo lubię) są czysto artystycznie totalnym rozpierdolem, eksplozją pomysłowości, świeżości i oryginalności, nie tylko w skali Polski, ale w skali Europy. Ciekawe co by było gdyby? Podejrzewam, że nic, kto miałby docenić, ten by docenił, ale wielkiej zmiany w historii Polskiego kina by to nie zrobiło...a może jednak? Kto wie?

Kiedyś byłem na wykładzie o tym filmie i wykładowca trochę pół-żartem, pół-serio, mówił, że gdyby istniało takie autentyczne kino ludowe - na zasadzie, że jest to technicznie możliwe, że gdzieś tam na wsi dekady temu, ludzie w wolnych chwilach biorą sobie domowe kamery i kręcą filmy, tak jak powstaje muzyka ludowa - to mogłby byc coś podobnego. Oczywiście mówione było to z dużym przymrużeniem oka, bo "Słońce" formalnie mocno siedzi w chłodno-intelektualnych nowofalowych eksperymentach epoki, ale lubię ten opis :)

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 26 stycznia 2025 13:17:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Ja zaś lepiej pamiętam książkę niż film. Kiedyś bardzo mi zależało, żeby go obejrzeć, wreszcie się udało, ale chyba w kiepskich warunkach czy coś, bo mocno się wszystko zatarło. A może było za blisko lektury?

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 12 marca 2025 00:05:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Często myślę o takiej scenie z filmu "Odwet" (1982) - filmu, który jest TOTALNIE odjechany, do tego stopnia, że ja nawet nie wiem czy on jest dobry czy zły, i szczerze mówiąc mam to gdzieś, natomiast wiem, że jest CIEKAWY, i to chyba dla mnie najważniejsze - gdzie Ewa Wiśniewska, z całą klasą i urokiem, stylem i elegancją, dykcją i tembrem Ewy Wiśniewskiej, wygłasza jakiś monolog i wrzuca do niego słowa "W DUPĘ JEBANY, ups, pardonsik, hehś". Potem się dowiedziałem, że p. Ewa (wtedy mniej więcej 40-letnia) była totalnie zestresowana na premierze tego filmu, bo ona w życiu takich słów ani w filmie ani w ogóle w życiu nie używała, a obok siedzieli jej rodzice i co oni sobie pomyślą...

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: czw, 20 marca 2025 09:16:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Wczoraj w Iluzjonie "Jak być kochaną" - jak się okazało, po raz pierwszy. Wybitny film. Ta hasowska trylogia Pętla - Pożegnania - Jak być kochaną, dziejąca się w większości w kameralnych, zadymionych wnętrzach, wśród smutnych ludzi z powojennymi traumami, to chyba jeden z najlepszych momentów całej polskiej kinematografii. A czemuż by i nie: europejskiej.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 21 marca 2025 08:28:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Dzięcioł (1970)

Teraz dla odmiany coś lżejszego! Niezwykle frywolny film jak na czasy PRLu, wtedy dostało mu się za to rozpasanie (miał miażdżące recenzje, które zmieszały go z błotem), dzisiaj pewnie nie przeszedłby z innych powodów obyczajowych: w każdym razie film jest o tym, że Gołasa przygniata tłamsząca żona (Alina Janowska), więc postanawia ją zdradzić, a na liście kandydatek jest zarówno Violetta Villas, jak i cały tabun młodych panien, wszystkie w przepięknych późno-szeździesionowych, wczesno-siedmedziesionowych stylówkach. Fabuła fabułą, super się bawiłem przy tym JAK ta historia opowiedziana, jest to prawdziwy sen filmowego erudyty z 1970 roku: Hitchcock w komediowym wariancie, francuska nowa fala i Tati z "Playtime" tańczą wesoło trzymając się za ręce na sfilmowanym w Technicolorze osiedlu Za Żelazną Bramą w Warszawie. Prawie każdy kadr i każde rozwiązanie montażowe to małe arcydziełko. Błahy film, mimo wszystko, ale Gruza to jednak był fachura, fun jak cholera.

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 23 marca 2025 18:17:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Poszedłem śladem starych dokonań filmowych Jerzego Gruzy. Fascynująca postać: "Wojna Domowa" i "Czterdziestolatek", super popularne seriale i świetnie zrobiona telewizyjna rozrywka, przystępna, ale na wysokim poziomie, dopracowana, zabawna, świetnie zagrana. A z drugiej strony, kurczę, ten sam facet kręcił sobie w podobnym czasie bardzo wymagające, trudne i niewygodne filmy, które zresztą zwykle uwalała mu cenzura. Fascynująca ta dwoistość!

Przeprowadzka (1972) to kompletny psychodeliczno-surrealistyczny sen wariata, nowofalowy odlot, bad trip w wielu kolorach. Wojciech Pszoniak jako pogubiony, przytłoczony facet we współczesnym świecie, który coś próbuje zrobić, gdzieś uciec, coś zmienić w swoim życiu, ale w sumie kończy się to żałośnie i wpada w jakiś niemalże lynchowski wieczny loop, a i Kafki w tym sporo moim zdaniem. Może jednak są jakieś wspólne wątki w tej twórczości Gruzy, może tak skończyłby w końcu Stefan Karwowski, gdyby pod wpływem stresów na budowie doznał kompletnego załamania nerwowego? Dobra, a tak serio... Dziwny, niejasny, ale na swój sposób przerażający film, krzyk rozpaczy niemalże.

Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy (1973) czyli bardziej skromna czarno-biała forma, satyrka na PRL i jego doły społeczne, bardzo daleka od tego co było przedstawiane w propagandowych laurkach (bo ani proletariat nie jest tak fajny, mądry i świadomy, jak państwo udaje, że jest, ani to państwo tak za bardzo się nim w sumie nie przejmuje, tylko proponuje mi ciężką pracę za psie pieniądze, trochę ochlaju i trochę wyżery), zresztą ze scenariuszem Himilsbacha, który w filmie jest, ale tylko głosowo. W ogóle świetny ten scenariusz, niektóre dialogi i odzywki 10/10, trochę rejsowego humoru.

Noc poślubna w biały dzień (1982) to już kompletny hardkor, naprawdę hardkor, nie widziałem chyba filmu sprzed 1989, który byłby tak brutalny, tak dawałby po ryju bez ostrzeżenia - to już rejony w jakie ćwierć wieku później zwędruje Smarzowski, a i jest to trochę home invision ala "Funny Games". Zaczynamy niewinnie, od kolejnej satyry na gierkowski PRL (geodeci przyjeżdżają na wieś, żeby zaplanować drogę do ośrodka wypoczynkowego dla dygnitarzy, zakłócających zresztą wszystkim spokój, a gdy już przejeżdżają, zaczynają uzyskiwać coraz większe przysługi od chłopa, których ich nocuje i boi się, żeby nie zaplanowali drogi przez jego gospodarstwo), ale potem całość niespodziewanie eskaluje aż do absolutnej kumulacji kompletnie bezsensownego, demonicznego zła. Ciężki film, czułem się po nim niemalże brudny i miałem ochotę wziąć prysznic. Notabene cenzorzy chyba uwalili to nie przez wątki polityczne, ale przez to, że uznali, że to jakiś popis nihilizmu, który może zryć widzom banie. Cóż, myślę, że to jednak moralitet. Nie wiem czy chciałbym ten film kiedykolwiek obejrzeć drugi raz, ale wrażenie robi olbrzymie.

...nie mogłem jednakowoż oglądając wszystkie 4 filmy wspomniane w moich powyższych dwóch postach, zapomnieć o fakcie, że wiele lat później ich autor stworzył takie arcydzieła jak Gulczas, a jak myślisz? i Yrrrek, kosmiczna nominacja, bardzo była ta myśl dla mnie abstrakcyjna :mrgreen:

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 26 marca 2025 10:08:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 18425
Skąd: Poznań
O kurde, przeczytałem opis tej "Nocy poślubnej..." i jest faktycznie ciężar.

A co do "Dzięcioła" (oglądałem jakieś wieki temu), tu ciekawa recka:
https://www.dialog-pismo.pl/w-numerach/ ... lbo-voyeur

_________________
hajfi super star super hit diskdżokej szczerzy kły znad konsolety


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 29 marca 2025 11:07:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
O kurde, mam dokładnie takie skojarzenia i refleksje jak autor tej recki!

Tymczasem przypomniałem sobie o istnieniu takiego filmu Wolny Strzelec (1981) reż. Wiesław Saniewski. To raczej zapomniana rzecz, film telewizyjny, który premierę miał w 1987 roku, 71 minut. I nie chodzi mi o to, że to arcydzieło czy coś, ale jest to bardzo ciekawa rzecz, która bardzo mnie zafrapowała, bo wszystkie te typowe elementy kina moralnego niepokoju (fabuła: niepokorny dziennikarz dąży do prawdy o wypadku w pewnej fabryce, przebijając się przez prawdziwą dżunglę układów, interesików, zależności, znajomości itd.) są przedstawione dosłownie w stylistce NOIR i mam wrażenie, że jest to całkowicie świadomy, przemyślany wybór reżysera i nawiązanie do konkretnej epoki kina. Dziennikarz Garlicki i fotograf Linda krążą przez świat kolegiów redakcyjnych, dyrektorskich gabinetów z potężnymi palmami, prowincjonalnych hoteli i knajp, w czerni i bieli, niekiedy nocą, z ciemnością przerywaną pojedyńczymi jasnymi światłami, w deszczu, w papierosowym dymie, a niekiedy nawet - z jazzem grającym w tle. Dosłownie brakuje, żeby wjechał tam jeszcze Humphrey Bogart, który jako detektyw Marlow pomoże im w znalezieniu prawdy o przekrętach w lokalnej fabryce gdzieś w Polsce lat 70. Dla mnie stylowa ciekawostka, a i serio dobry film.

phpBB [video]

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 30 marca 2025 19:44:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Prazeodym pisze:
Wodzirej, uznany klasyk, spodobał mi się po latach mniej! Oczywiście Stuhr jest znakomity, diagnoza konkretna i ostra - ale czegoś mi w tym filmie brakuje. Wydaje mi się jakiś zbyt prosty i zbyt zerojedynkowy - po prostu zdemoralizowany bohater w zdemoralizowanym mikroświatku przełamuje kolejne granice łajdactwa i nigdy się nie zatrzymuje, ot tyle. Brakuje mi jakieś pogłębienia tego wszystkiego, ale rozumiem, że w 1977 roku takie jebnięcie obuchem mogło być bardziej potrzebne i odświeżające. Falk mówił o tym filmie coś takiego, że chciał, żeby bohater był ciągle w ruchu, bo jak jest w ruchu to nie ma czasu usiąść i zastanowić się nad sobą. Rozumiem, ale ja bym uważał, że gdyby usiadł i się zastanowił, to może byłby to lepszy film jako film. Najbardziej podobały mi się pojedyńcze sceny, szczególnie jak wodzirej konkretnie już odpina wrotki i leci po równi pochyłej (wpierdol sprzedany Kryszakowi, pinczer do łózia!), w ogóle to jest jednak aktorski koncert Stuhra. Generalnie: wciąż jestem na tak, ale z pewnym ALE.


Przypadkiem obejrzałem sobie "Wodzireja". Nie wiem skąd, bo w pamięci tylko przebłyski jakichś scen, ale znałem przesłanie tego filmu, w związku z tym miałem wątpliwości czy jest sens oglądać. Ale przeciwnie niż u Ciebie, mimo zerojedynkowości, seans był bardzo udany. Przykuwały moją uwagę rzeczy z tła, począwszy od krakowskich plenerów, przez te różne klimaty i klimaciki, aż po anegdotyczność całości - bo tych historii, mniej lub bardziej bulwersujących, a przy tym wyrazistych i barwnych, to jest tam całe mnóstwo. Zaskoczył mnie dość subtelnie zarysowany wątek gejowski - przed laty chyba bym w ogóle tego nie wyłowił. Dźwięk chwilami jak z pomiętej taśmy na brudnej głowicy, ale spoko anty-nieco-kino, aż się zdziwiłem jak mi to podeszło. (Może chodzi trochę o to, że pamiętam tamten świat, może nie na poziomie intryg, bo bródką sięgałem wtedy ledwie ponad stół, ale ogólnego klimatu, papierosów, szklanek, strojów i scenerii).

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 30 marca 2025 21:00:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 24907
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Gdy płyną dźwięki tej piosenki…. :mrgreen:

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 01 kwietnia 2025 08:03:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Bluszcz (1982) - kolejny film, który poznałem tropem śledzenia tego co stan wojenny zabił w polskim kinie. "Bluszcz" co prawda powstał w całości w owym stanie wojennym, na ekrany trafił w 1984 roku, ale w trakcie procesu powstawania i trafiania na ekran, reżyserka Hanka Włodarczyk została tak poturbowana, tak poobijana, tak sobie nagrabiła i zamknęła przed sobą tyle drzwi, że już nigdy nie nakręciła filmu fabularnego. Sam film zaś w momencie premiery był już nieco dziełem historycznym, gdyż ambicją autorki było przedstawienie diagnozy i portretu Polski 5 minut przed strajkami w stoczni i karnawałem Solidarności - z premedytacją jest tam wyraźnie podkreślone, że akcja dzieje się w 1979 roku. I cóż - jest to szaro-bure, wręcz brzydkie kino moralnego niepokoju, z licznymi scenami dużej ilości osób palących szlugi w małym pomieszczeniu w mieszkaniu i z dialogami prowadzonymi na luzie między znajomymi, które brzmią czasem nie jak dialogi ziomków na imprezie, ale konwersatorium na wydziale filozofii. Ale jest jednak coś w tym filmie, co przykuło moją uwagę. Raz, że ta diagnoza reżyserka jest bardzo dobijająca, bo PRL 1979 jawi się tam jako zepsuty nie przez politykę, układy, znajomości itd. ale jest krajem całościowo, do szpiku kości, tkwiącym w jakimś bagnie dziwności i niemożności, jak ze złego psychodelicznego tripu, gdzie nogi wszystkim pęta ogólny paraliż, który nie wiadomo skąd się do końca bierze, jest w powietrzu i w wodzie w kranach. Myślę, że być może film byłby bardziej optymistyczny, gdyby faktycznie trafił na ekrany w 1980 czy 1981 roku, wtedy można byłoby po seansie pomyśleć "jednak żyjemy, przełamaliśmy ten impas, wyrwaliśmy się choć na moment z pętli ogólnej niemożności" - ale w mrokach stanu wojennego to musiało dowalać jeszcze bardziej. Ale co najistotniejsze: cała historia jest opisana z punktu widzenia kobiet, szlugi w mieszkaniu palą nie Zapasiewicz ze Stuhrem, ale Ewa Błaszczyk z Szapołowską, a problemy bohaterów to nie tylko stojący nad nimi nieuczciwy dyrektor czy cyniczny docent, ale rzeczy jakby bardziej ludzkie, zakorzenione w codzienności, dotyczące choćby tak podstawowych i przecież najważniejszych spraw, jak relacje z małym dzieckiem czy partnerami życiowymi, które często jednak w kinie moralnego niepokoju bywały przedstawione trochę na wywaleniu (nie wiem wciąż czemu ta baba z "Bez Znieczulenia" tak znęcała się nad tym Zapasiewiczem, widocznie Wajda uznał, że z kobietami tak bywa i tyle). Więc w sumie jest w tym brzydkim, nieprzyjemnym, zgrzebnym filmie jakaś nietypowa dla polskiego kina wrażliwość, otwarte szeroko uszy i nasłuchujące uszy, zwykła ludzka empatia, którą muszę jednak docenić.

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 09 maja 2025 17:48:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 5375
Golem (1979) reż. Piotr Szulkin

Ojoj! "Golema" widziałem lata temu i byłem chyba mniej wytrawnym kinomanem niż teraz, bo mam poczucie, że dużo mniej zrozumiałem co się dzieje w tym filmie. Swoją drogą pomysł 29-letniego, debiutującego reżysera był wyjątkowo ambitny i wyjątkowo łatwo można było przy nim przeszarżować, przedobrzyć, przeAMBITNIĆ, i stworzyć pretensjonalnego gniota: legenda o Golemie i motywy powieści Meyrinka z 1915 przeniesione w post-apo świat przeszłości, podane w iście kafkowski sposób, a jednocześnie całość jest (moim zdaniem, ale to co reżyser sam mówił o swoim kinie to potwierdza) absolutnie czytelną i przejrzystą krytyką ówczesnego PRL-u, z tym paradoksalnym miksem władzy zamordyzmu i regulaminów z żywiołem chaosu i bałaganu. Czy Szulkinowi udało się uniknąć pułapek i mielizn, którymi groziła realizacja tego pomysłu? I tak i nie - czasem ta opowieść jest porywająca i poruszająca, czasem wpada w piach nadmiaru symbolizmu i alegorii, robi chyba o jeden krok za daleko...

...ale w oderwaniu od głównego przesłania, konceptu, idei: jest to film piękny! Zachwyciło mnie to, że trochę zapomniałem, że były takie czasy, kiedy normą w filmie bywały takie filmy jak ten, że żaden kadr, żaden kolor, żaden ruch na ekranie nie jest przypadkowy (widać to świetnie w wersji zrekonstruowanej), to jest po prostu namalowany kamerą piękny obraz za obrazem na tej wystawie nieco przerażających osobliwości. Ale przede wszystkim całość trzyma się na Marku Walczewskim, grającego tytułowego Golema: twór naukowców, człowieka z laboratorium i nieudany eksperyment, który przez to, brakuje mu pewnych cech, jest przypadkiem tak naturalny, tak dziecięco prostolinijny jak jakiś post apokaliptyczny Myszkin, że okazuje się bardziej ludzki niż prawdziwi ludzie z tego świata. I Marek Walczewski pięknie to odgrywał, mądrym spojrzeniem, uśmiechem, gestami, tembrem głosu. Chyba to jest największa wartość tego filmu i coś co zostanie ze mną na długo. Nie no - żartuję. Jeszcze Józef Skrzek, który ciśnie na basie Kramera, a szlug założony na główce puszcza dymek.

Końcówka lat 70, echh. Wydaje się, że niby był tylko moral niepokój (który moim zdaniem był jednak lepszy artystycznie niż się wydaje, zresztą to rok "Amatora" i "Aktorów Prowincjonalnych", świetnych filmów), a tu jednocześnie Szulkin debiutuje tym "Golemem", Bajon uznaje, że zacznie kinową karierę od odlotu ala Fellini w "Arii dla Atlety", a Marczewski skacze do Galicji w "Zmorach" (też debiut!). Co za czasy by być fanem polskiego kina! :)

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


FORZA NAPOLI SEMPRE!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: czw, 18 września 2025 15:14:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 18:49:54
Posty: 2371
Skąd: Warszawa
Ryś (1981) reż. Stanisław Różewicz

Z kinem moralnego niepokoju nie zawsze jest mi po drodze. W przypadku filmu Różewicza jestem zdecydowanie na tak, ponieważ dostrzegam uniwersalny wymiar jego filmu.
Do księdza Konrada, granego przez Jerzego Radziwiłowicza przychodzi wyspowiadać się żołnierz z lasu. Rozmawia o rozterkach moralnych, które go trapią. Otrzymał rozkaz zlikwidowania człowieka, który jest zdrajcą. Pyta o stelmacha Alojzego, gdzie mieszka. Chce wiedzieć, czy dostanie rozgrzeszenie po wykonaniu wyroku. Ksiądz prosi aby Ryś wstrzymał się jeden dzień, nie rozwiązując problemu z którym młody człowiek do niego przyszedł, potrzebuje się dowiedzieć, czy słabo znany mu parafianin, faktycznie ma coś na sumieniu.

Rola Radziwiłowicza jest znakomicie zagrana, dopełniają ją sceny koszmarów sennych, jakie zaczynają dokuczać księdzu Konradowi, po pierwszej próbie spowiedzi Rysia. Film zmienia się w wiwisekcję człowieczeństwa i sumienia głównego bohatera, ukazuje dość rzadko poruszany w kinie, problem poradzenia sobie z ciężarem zwierzeń innych ludzi. Różewicz naszkicował jedynie kontekst społeczny w jakim jego bohater się znalazł, tak aby całą uwagę widza skupić na głównym problemie swego filmu. Reżyser podrzuca w trakcie seansu tropy świadczące za i przeciw Alojzemu (Franciszek Pieczka). Na koniec pozostawia otwartą furtkę do interpretacji połączonego losu stelmacha i księdza.

_________________
"Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu!"


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 19 września 2025 19:55:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 18:49:54
Posty: 2371
Skąd: Warszawa
Mam dylemat, czy film powinien się znaleźć w tym temacie. Stare polskie filmy kojarzą mi się ze szkołą polską, moralnym niepokojem, socrealizmem, a film, który chce po krótce opisać jest z 1991 roku - jest młodszy ode mnie, a ja jeszcze tkwię w przekonaniu, że jestem młody (choć w pracy ponad połowa koleżanek i kolegów jest młodsza). Do tematu "nuda, nic się nie dzieje, proszę pana" nie pasuje jeszcze bardziej, ponieważ w filmie się dzieje, a tamten temat zaczął się od narzekania na nową generację aktorów. Jakby nie było, minęły 34 lata od oficjalnej premiery, nie żyje już Jan Łomnicki - reżyser, nie żyje Anna Strońska - scenarzystka filmu (więcej scenariuszy nie napisała), nie żyje w końca fenomenalna w swojej ostatniej roli kinowej Ryszarda Hanin. Temat filmu i sposób realizacji tegoż też należą raczej do tamtego świata, którego nie ma. Z kolei Joanna Friedman, grająca 10-12 latkę nie zagrała więcej w żadnym filmie, więc nie możemy sobie przypominać przy okazji nowych produkcji, że kiedyś była młoda i debiutowała w takim towarzystwie.

"Jeszcze tylko ten las" (1991), reż. Jan Łomnicki

Getto warszawskie, widzimy scenę w której matka rozmawia ze starszą kobietą (Ryszarda Hanin jako Kulgawcowa), aby ta zaopiekowała się jej córką, Rutką (Joanna Friedman). Starsza kobieta tytułuje swoją rozmówczynię mianem Doktorowej (w tej roli Marzena Trybuła - grała w podobnym czasie Esterkę u Wajdy w "Korczaku".) Kiedy kamera pada na dziewczynkę, za sprawą jej urody, widz zdaje sobie sprawę, że wyprowadzenie jej z getta i bezpieczne ukrycie będzie bardzo trudne. Rozmowa między kobietami jest mieszaniną uniesień, wyrazów szacunku, ale też poczucia wyższości ze strony tej gorzej sytuowanej, spracowanej sprzątaczki, leczącej się na żylaki Kulgawcowej, i umniejszania samej sobie, wciąż pięknej Doktorowej. W końcu główna bohaterka przyjmuje zapłatę i zabiera Rutkę ze sobą.
Nie chce dalej wchodzić w szczegóły, ponieważ potem zaczyna się popis aktorski Ryszardy Hanin, która to na zmianę, klnie na los, raz boi się, a raz wręcz brawurowo podchodzi do swej misji dostarczenia dziewczynki do własnych krewnych na wsi. Raz pomstuje na Żydów, a raz w uniesieniu broni. Film płynnie przechodzi od momentów luźnych, wręcz komediowych, do przepełniających widza grozą, huśtawka emocjonalna wychyla się to w jedną stronę, to w drugą. Zakończenie nabrało podwójnej symboliki, ale nie zdradzę dlaczego - myślę, że każdy się domyśli. Moim zdaniem film na *****.

_________________
"Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu!"


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 19 września 2025 23:03:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
O, to ciekawe. Nie widziałem tego filmu, ale pamiętam z tego samego okresu, co inne malownicze tytuły: Nad rzeką której nie ma, Diabły diabły, Śmierć dziecioroba... jakoś w podobnym czasie była też Ucieczka z kina "Wolność". Pamiętam, że miałem wtedy poczucie, że polskie kino jest w głebokim kryzysie, i mimo że Kino "Wolność" owszem bardzo dobre, i czasem coś tam, to nie chciało mi się tego oglądać. A tu taka rekomendacja!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 138 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 5, 6, 7, 8, 9, 10  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group