Historii jugosławiańskiej nowej fali nie da się opowiedzieć bez kilku słów o zespole Ekatarina Velika (w skrócie EKV). W swoich postach bardziej skupiałem się na latach pionierskich, 1980-1983, opowiadając o tym jak hartowała się stal. EKV to dalszy ciąg tej historii, lata późniejsze, druga połowa lat 80, lokalny zespół, który odpowiadał na ówczesne trendy gdzieś na przecięciu ówczesnego rocka alternatywnego i rocka stadionowego - czyli gdzieś między U2 i Simple Minds, a dajmy na to, późno-ejtisowym The Cure. Zarazem jest to zespół szalenie ważny dla tamtejszych słuchaczy muzyki, wciąż obecny w ich sercach i duszach. Po części oczywiście to kwestia tego, że faktycznie druga połowa lat 80 należała tam do nich, każdy album generował przynajmniej kilka wielkich przebojów i chyba nie było w żadnej republice (EKV było akurat z Serbii) nikogo o takim formacie. Druga część legendy jest bardziej tragiczna. Wiele osób, które przewinęło się przez Ekatarinę zmarło młodo i tragicznie - łącznie z trójką filarów tego składu, frontmanem i gitarzystą Milanem Mladenovićem (zm. 1994, nowotwór), keyboardzistką Margitą „Magi” Stefanović (zm. 2002, heroina, HIV, bezdomność) i basistą Bojanem Pečarem (zm. 1998, zawał). Mladenović zresztą był wymarzonym, modelowym rockowym idolem - takim trochę chmurnym poetą z głową w chmurach, a trochę takim swojakiem w znoszonych jeansach. Wszyscy zresztą byli, poza byciem świetnymi muzykami, po prostu bardzo charakterystyczni, pewnie każdy młody człowiek z Jugosławii w 1988 kojarzył też twarze, więc tym bardziej ta tragiczna seria zrobiła na ludziach wstrząsające wrażenie. No i wreszcie - jakkolwiek tych, czasem tajemniczych tekstów nie interpretować, nie da się uciec od tego, że brzmią często jak zapowiedź mrocznej przyszłości regionu. Nie ma się co dziwić, jeśli w 1989 ktoś w Jugosławii śpiewał w popularnej, rockowej piosence "pozostało nam jeszcze kilka lat", to ten refren mógł kilka lat później wrócić ludziom do głów...Notabene Mladenović, póki żył, dość ostro się przeciwko tej wojnie wypowiadał, był zresztą w pewnym sensie Jugosławianinem totalnym, synem Chorwatki i Serba, urodzonym w Zagrzebiu, wychowanym w Sarajewie, młodość i dorosłość spędzającym w Belgradzie. Obecnie ma zresztą swoją ulicę w Zagrzebiu - jak możecie się domyślić, nie jest to honor, która spotyka w ostatnich dekadach wielu Serbów, więc też jakoś to świadczy o tej postaci.
Najpierw był Šarlo Akrobata, zespół, o którym pisałem obszernie wcześniej w tym wątku. Dwie straszliwie silne osobowości i jeden heroinista - nie jest to wymarzony skład, żeby grać ze sobą przez dekady, więc grupa szybko się rozpadła. Potem Mladenović założył Katarinę II - modernistyczny zespół rockowy, o którym pisałem również wcześniej, trochę jak Talking Heads, trochę jak kolorowy Crimson, gitarowe pejzaże, nowoczesne aranżacje...A potem z grupy odszedł gitarzysta, który wymyślił nazwę i tę nazwę ze sobą zabrał. Reszta stworzyła więc zespół Ekatarina Velika.
Trochę o płytach.
Ekatarina Velika (1985)
Ten album uchodzi za rzecz trochę przejściową, trochę poszukiwanie nowego siebie i faktycznie, coś w tym jest - dużo tu specyficznych, jakby niedomkniętych form, zarazem wszystko jest mocno gotyckie, dość mroczne i ejtisowe (i nie mówię tu tylko o upiornym światle jarzeniówek teledysku do głównego singla), zgrzytające gitarki, slapujące basy, cała gama brzmień klawiszowych...Za hicior robi tu "Oči boje meda", hit zresztą wielce nietypowy, bo zdaje się, że to utwór o heroinie i muzycznie również tak brzmi, ma swoj hit appeal, ale zarazem jest to rzecz dość dołująca i świdrująca. "Modro i zeleno" oraz "Tattoo", dwa mniejsze single, zdecydowanie bardziej chyba wpisują się w jakiś stereotyp radiowej piosenki. Resztą - trochę taki chaotyczny hit or miss, ale myślę, że ciekawa.
S' vetrom uz lice (1986)
Tutaj rodzi się nowa zespołowa tradycja, polegająca na tym, że strona A to generalnie hiciory, a strona B to perełki dla fanów. Przy czym tutaj te hiciory to prawdziwa potrójna salwa armatnia, coś porównywalnego z płytami naszych Maanaów czy Lady Panków, gdzie hit goni hit. Wszystkie trzy numery otwierające bardzo, ale to bardzo, ale to bardzo bardzo, zapisały się w Jugo kulturze, przy czym każdy jest mocno inny - "Budi sam na ulici" to taki wolno kroczący, simple mindsowy stadionowy hit (1986, wiadomo!), "Ti si sav moj bol" wzorowo rozkręca się od delikatnej miniaturki do rockowej, rozpędzonej petardy, a "Kao da je bilo nekad" ma w sobie sporo takiej mocno bałkańskiej melancholii. Dodatkowo dalej mamy jeszcze funkujący i żwawo pomykający "Novac u rukama", też znany i pamiętany. Przy całej mojej zajawie na bałkańską kulturę, ja już chyba w pełni zinternalizowałem te numery i chyba faktycznie traktuję je jak jakieś "Niezwyciężone"

Natomiast z mniej znanych perełek, warto wyróżnić orientalne "Sarajevo" i dwa najbardziej nowofalowe i chmurne numery zamykające. Całościowo - to na tym albumie ostatecznie wytapia się styl, tnące gitary, WIELKIE bębny z pogłosem, dość zapracowany basik, grający melodyjnie i dużo, dużo najróżniejszych melodyjek klawiszy. Osiemdziesiona as fuck, tak jak pisałem, trochę to taka muzyka na przecięciu ówczesnej alternatywy i ówczesnego stadionu. Ja to lubię, choć nie wszystko jakoś idealnie się zestarzało
Ljubav (1987)
Jeden z pierwszych jugosławiańskich albumów jakie poznałem, przyciągnięty
charakterystyczną okładką, ze wspomnianą keyboardzistką Magi. I znowu - salwa hiciorów na początku i perełki dla fanów na stronie B. Trochę osłabia mnie otwierająca "Zemlja ', oni mieli jakąś zajawę na otwieranie albumów potężnymi hymnami na cześć pokoju i ludzkiej solidarności

Dużo fajniejsze jest "Pored Mene", trochę jak U2 bez wielu wad U2, jest też ostro riffujący numer tytułowy i "7 Dana" - niby hit, ale bardzo długi i mocno mroczny. Strona B za to bardzo kolorowa - od folku przez synth pop po totalną deprechę. Solidny album.
Samo par godina za nas (1989)
O, to lubię! Mam wrażenie, że niby styl jest ten sam, ale jakby czuć, że na świecie wieją nowe wiatry, nowa dekada się zbliża, trochę inaczej się gra muzykę. Jest tu jakby więcej dziewiędziesionowego alt-rockowego luzu, choć flanelki jeszcze nie czuć, ale mam wrażenie, że jest tu więcej pewnego powietrza. Słychać to w "Krug" - największym hiciorze w całej karierze zespołu, trochę wręcz pop-punkowym, a trochę szeździesionowym, pełnym energii, supermelodyjnym i pędzącym do przodu. Do przodu pędzi też "Sinhro", zaś "Srce" mocno pobrzmiewa singlami Cure z epoki i uwodzi śliczną melodyjką klawiszy, której najbardziej urzekający moment pojawia się tylko na chwilę i znika

Pulsujący tytułowiec też jest dość nowoczesny, to by mogła być rzecz latająca w MTV na początku lat 90 i nikt by nie sądził, że odstaje. Nawet obowiązkowy otwierający hymn "Iznad Grada" jakoś mniej mnie osłabia niż poprzednie numery z tej serii... Niestety, strona B trochę mi się rozjeżdża, kilka długich numerów, ale nie zawsze ta długość jest usprawiedliwiona. Trochę szkoda, że w ostatniej chwili wywalili jeden numer, "Bežimo u mrak" (nagrany dużo słabiej kilka lat później), bo to była taka kolejna pędząca petarda. Ale to dobry album.
Płyty
Dum Dum (1991) i
Neko nas posmatra (1993) znam dużo słabiej natomiast zapamiętałem, że pierwsza była całkiem niezła, z jednej strony gładka, elegancka, popowa ale z drugiej miała w sobie masę mroku i jakoś ciekawie te dwa elementy się przeżerały. Natomiast druga była straszna i fatalna, jakaś kompletnie rozwodniona i pozbawiona weny wersja tego zespołu.
No i chyba tyle. Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali.