Niedawno zauważyłam, że pewne dziwne rzeczy wydarzają mi się łańcuszkowo, a jedna pociąga drugą o ile daję im spokój. W tym tygodniu punktem odniesienia jest czytana właśnie powieść Haruki Murakamiego pt. "Śmierć Komandora". Konkretnie tom drugi.
Murakami jest Japończykiem, jednym z moich ulubionych pisarzy. Potrafi pisać prostym językiem o sprawach codziennych w taki sposób, że widać w nich drugie dno, a gdy się tam zajrzy to zmienia się cały obraz rzeczywistości. W tej książce, ogólnie mówiąc, mieszkający samotnie w górach facet słyszy nocami dźwięk dzwonków dobiegający z lasu. Wreszcie zaniepokojony idzie tam i odkrywa, że dzwonienie dobiega z dołu w ziemi. Gdy już zdesperowany odgrzebuje ten dół przy pomocy firmy budowlanej, znajduje tam pęk zwyczajnych starych dzwoneczków. Wtedy następuje cała seria niewytłumaczalnych zdarzeń. Ale nie myślcie że pomyliłam wątki, bo chodzi nie tylko o książkę.
Ale od niej to się zaczęło. Tom I miał podtytuł
Pojawia się idea. Czytając w pokoju młodszej córki która niedawno się wyprowadziła, spojrzałam raz w górę i zobaczyłam wiszące na ścianie pod sufitem potrójne gliniane dzwoneczki. Jakoś wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi, bo moja córka malowała tu obrazy na ścianach, co przyciągało całą uwagę. Ale musiały tu być chyba już wcześniej, nie?
Mniej więcej w tym czasie w mojej głowie
pojawiła się idea, że fajnie byłoby sprawić sobie do tego pokoju lampę witrażową na biurko. Czekając na przesyłkę, doszłam w czytaniu do tomu II, z podtytułem
Zmienia się metafora. W tej części facet nie ma już wogóle spokoju. Rozmawia z obrazami z których postacie wyłaniają się i znikają kiedy chcą. Przedziera się wąskim korytarzem wykutym w skale, przeprawia się przez rwącą rzekę przy pomocy człowieka bez twarzy, zabija też Komandora (jest on tylko ideą, ale nie brakuje krwi).
Dziś dostałam przesyłkę z lampą. Jechała do mnie długo, prawdopodobnie z Chin przez Kazachstan. Gdy odpakowałam karton, wyglądała jak rozłożona na części lampa Aladyna. Zupełnie zaskoczył mnie jeden z elementów. Znienacka usłyszałam dźwięk dzwoneczków, służących do umocowania witrażowego abażura.
Ta lampa już stoi na moim biurku i świeci pięknymi nasyconymi kolorami. Są tam różnokolorowe kwiaty i kiście winogron. Co zrobię, jeśli w środku nocy usłyszę dzwoneczki? Przyglądam się teraz freskom na ścianach. Nie ma tam żadnych postaci, tylko owoce, kwiaty, drzewa, usta i ręce.
Zostały mi jeszcze ze dwa rozdziały, pewnie skończę do wieczora. Ciekawa jestem jak
zmieni się metafora i czy na przykład nie przepadnę w skalnej szczelinie?
