Ciąg dalszy powoli następuje, tym razem bez większych przygód.

Dzień 3
Tego ranka obudziłam się z potwornym bólem mięśni. Początkowo niezbyt się tym przejęłam i nie zwróciłam na to większej uwagi – ot, normalka po takim dniu jak wczoraj. Wyjdę z chałupy, trochę pochodzę i przejdzie…
Zresztą od początku zakładałam, że dzisiejszy dzień będzie lekki i raczej wypoczynkowy. Postanowiłam przejść się do Wodospadu Kamieńczyk.
Niestety, ból ani trochę nie ustępował, wręcz z każdym krokiem robił się coraz większy. Do wodospadu dotarłam, choć zdziwiona trochę, że aż tyle się tu idzie pod górkę, zapamiętałam tą trasę jako całkiem płaską i tylko ze schodami tuż przed samym celem.
Podtrzymałam swoją opinię, że Kamieńczyk to dla mnie najpiękniejszy wodospad w Polsce, nacieszyłam się nim, potem jeszcze poszłam do schroniska obok i poplątałam się tam trochę po okolicy.
Do domu wróciłam czarnym szlakiem, dziwiąc się, czemu on aż tyle trwa, bo ból mięśni był coraz większy i większy… Przyznam, że wystraszyłam się nieźle tego, co mi jest, bo takich sensacji ‘dzień po’ jeszcze w życiu nie zaliczyłam. Pozrywałam sobie te mięśnie czy jak? Przejdzie mi, czy będę się tak męczyć do końca wyjazdu i nigdzie już nie wlezę?

Dzień 4.
Jeszcze bardziej przestraszyłam się następnego dnia, kiedy ból ani trochę nie zelżał. Zrezygnowałam z jakichkolwiek wycieczek i postanowiłam całkiem odpocząć. Połaziłam tylko trochę po miasteczku, poszukałam apteki, kupiłam sobie maść, próbowałam też rozmasować te mięśnia, ale od tego rozbolały mnie tylko mięśnia rąk, a nogom wciąż nie udało mi się pomóc jak należy.
Dzień 5.
Coś jednak te zabiegi dać musiały, bo kolejnego dnia poczułam się już nieco lepiej. Zabiegi kontynuowałam, a trasę znów postanowiłam zrobić sobie lekką, więc tym razem odwiedziłam wodospad Szklarki. W tamtą stronę poszłam czarnym szlakiem, zahaczając po drodze o Chatę Walońską, która niestety okazała się nieczynna. Sam wodospad podobał mi się bardziej, niż poprzednim razem i stwierdziłam, że jednak go nie doceniałam.



Potem postanowiłam przejść się jeszcze dalej, zielonym szlakiem w stronę Michałowic, bo tam mapa obiecywała na wzgórku „Złoty widok”. Ale kiedy doszłam na miejsce, okazało się, że żadnego widoku nie ma, widocznie zarósł. Za to był kamieniołom, i pewnie, gdybym wdrapała się na górę, to bym widok dostała, ale drogi tam nie było widać ani śladu. Darowałam sobie dalsze jej szukanie, żeby nie przesadzać z wysiłkiem i zielonym szlakiem wróciłam do domu.

Dzień 6.
Następnego dnia uznałam, że mam się już na tyle lepiej, że czas przestać się lenić. Wybrałam się na Wysoki Kamień, bo to super góra jest. Szłam przez Górkę Hutniczą, którą pamiętałam jako niższą i mniej ciekawą, a tu o dziwo i wyżej było, i fajne skały pojawiały się w okolicach szczytu, które kiedyś musiałam chyba całkiem przegapić. Tylko potem, za tą górką rozczarował mnie widok – bo oto kolejne miejsce na świecie, gdzie zamiast zieleni widać trwające budowy. Nic to, minęłam ten obszar dość szybko. W końcu zaczęła się bezpośrednia droga na Wysoki Kamień. A tam odbiłam w bok, skuszona obietnicą punktu widokowego. No i fajnie, widok nawet jakiś był, ale właśnie tam nagle piękna pogoda postanowiła zniknąć i lunął deszcz i zerwał się wściekły lodowaty wiatr. Uciekałam w pośpiechu między drzewa, na szczęście szlak wiódł cały czas przez las. Padało całą drogę i tak jakoś fartownie przestało akurat wtedy, kiedy zaczęłam zbliżać się do szczytu. Wyszło słońce i już wtedy parująca woda stworzyła pierwsze efekty specjalne, a ja byłam zła, bo akurat kiedy chciałam pstryknąć śliczną focię, wysypało się stado schodzących ludzi. No i oczywiście w tej sytuacji nie mogło obyć się bez tęczy. Góra mnie nie zawiodła, okazała się jeszcze bardziej efektowna, niż pamiętałam. Jakoś więcej miała skał i fajniejsze widoki, i bardziej malownicze schronisko, w dodatku tym razem czynne (co poprzednio z całą pewnością nie miało miejsca). Dużo czasu spędziłam na szczycie i okolicach, ciesząc się tym wszystkim, co oferuje. Najlepsze zaczęło się jednak w drodze powrotnej – wtedy efekty świetlne dały czadu w całej okazałości. Nie byłam w stanie się oderwać od tego widowiska, narobiłam mu oczywiście pierdyliard zdjęć i filmów i pewnie bym już nigdy stamtąd nie zeszła, gdyby nie to, że nagle zaczęło iść mnóstwo ludzi w górę i w dół. W tej sytuacji dalsze robienie zdjęć straciło sens i dzięki temu wróciłam jednak tego dnia do domu.







