Generalnie zgadzam się, że gaduły pociągowe to głównie starsze pokolenie, i co za tym idzie, jest ich coraz mniej i z czasem pewnie wymrą.
Na pewno nie jest tak, że człowiek natyka się na nich zawsze, więc wierzę, że Crazy mógł podróżować w tą i z powrotem i się na nikogo takiego nie nadziać.
Co nie zmienia faktu, że takie gaduły wciąż się zdarzają i żaden typ wagonu - przedziałowy, bezprzedziałowy (jeśli siadamy na podwójnym siedzeniu), ani nawet sypialny przed nimi nie chroni.
Nie mam problemu z krótkimi technicznymi, czy nawet nietechnicznymi gadkami - gdybym miała to bym pewnie uciekała do stref ciszy od początku ich istnienia. A tymczasem takie gadki są czasami potrzebne.
Mam problem z ludźmi, którzy chcą gadać całą drogę, a już zwłaszcza z takimi, co opowiedzą wszystko o swoim życiu a potem oczekują tego samego w zamian ode mnie.
Mi w tym roku trafiła się taka pani, nawet nie bardzo stara, chyba niewiele starsza ode mnie, właśnie w przedziale zamykanym kluczem kwadratowym od środka.
Na początku byłam z nią sama i zastanawiałam się, ile tak będzie gadać, zanim zdecyduje się iść spać. Na szczęście wkrótce dosiadła się jakaś starsza pani, bardziej chętna do rozmowy, więc ja zakopałam się na swojej pryczy i udawałam, że śpię. Po jakimś czasie nawet starsza pani miała dosyć i uciekła na korytarz...
A i tak jedno z najgorszych wspomnień to takie sprzed paru lat, kiedy siedziałam w przedziale sama z jakimś starszym facetem. Zaczęło się dość niewinnie, od głupich, niby-technicznych pytań, chociaż podejrzanie zbyt głupich. Potem próbowałam czytać książkę, ale facetowi to nie przeszkadzało. Zaczął coś o tym, jak to kiepsko, że dziś pasażerowie się odcinają od dyskusji, a to tak fajnie sobie z kimś pogadać w podróży. A potem się zaczęło...
- A dokąd pani jedzie? A po co? A nie zabrałaby mnie pani ze sobą? Napewno nie? A dlaczego nie? A ja bym bardzo się cieszył, jakbym mógł wyjechać z taką piękną panią! No może jednak mógłbym?
I tak dalej w tym stylu... Nie wiedziałam, czy żartuje, czy na serio mam się zacząć bać. Na szczęście wysiadł już w Łodzi, odetchnęłam z ulgą...
Natomiast, pomijając tegoroczny wyjazd, kiedy kuszetki były dla mnie zdecydowanie najlepszą opcją, od paru lat mam sposób na bezstresowe podróżowanie, i nawet jak mój budżet jest cienki, to kasy na tą opcję nie żałuję. Kupuję sobie z dużym wyprzedzeniem w pierwszej klasie, taką pojedynczą miejscówkę na końcu wagonu. Jest tam miejsce na postawienie bagażu na podłodze, więc nie muszę się martwić, że nie mam siły wsadzić go na górę, ani że stracę go z oczu. A najważniejsze, że mam gwarancję, że nikt nie usiądzie koło mnie! Przy czym nawet perspektywa gaduły nie jest dla mnie tak straszna, jak perspektywa baby kokoszącej się jak kura na grzędzie. Naprawdę, z każdym kolejnym rokiem mój ocierajowstręt jest coraz silniejszy. Niech żyje covidowy dystans społeczny

Niestety z żalem muszę przyznać, że bezprzedziałowce na dziś dzień u mnie pokonały przedziałowce. Przedziałowce były fajne za młodu, jak się jeździło ze znajomymi i miało cały przedział dla siebie, można było otwierać okna, wychylać się przez okna i ogólnie dowolnie szaleć. Ale te czasy niestety bezpowrotnie minęły, nie ma się co oszukiwać...
Bezprzedziałowce mają jeszcze jeden plus, coraz bardziej istotny na stare, dziadowskie lata. Jest miejsce na nogi! I nie muszę się obawiać, że znowu wrócę z wakacji z podejrzeniem zakrzepicy...