Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 kwietnia 2026 09:38:36

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 108 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 4, 5, 6, 7, 8  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: śr, 20 kwietnia 2022 16:52:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
ostatnio znów wracam, słucham całych płyt, choć chyba zostanę przy podejściu piosenkowym. Dobrze, że spojrzałem w ten watek, bo nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy i czemu słuchałem sporo "Nuclear device", a tu się znalazła odpowiedź. Tymczasem wrzucam bardzo fajny koncert sprzed niecałego miesiąca. Sporo z nowej płyty i te rzeczy jak najbardziej dają radę. Potem może jeszcze się tu wreszcie porządniej wpiszę.

phpBB [video]

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 08 sierpnia 2022 09:07:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Kurczę, do albumu "Feline" w wydaniu z 2001 dołączone są świetne bonusy! Zwykle wyłączam kompakt wtedy, kiedy kończy się program płyty, ale tu przestałem to robić, bo 7 dodanych utworów zaczęło mi się jawić jako Olimp muzyki The Stranglers. Minimalizm, hipnoza, wizja artystyczna plus dwa utwory w wersji z koncertu. Polecam sprawdzić :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 03 grudnia 2022 22:25:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:33:35
Posty: 4931
Hugh Cornwell wydał dwa miesiące temu płytę solową, która została tak bardzo niezauwa-kochanka, że aż mi się go żal zrobiło i muszę tu zalynkować

numer "Lasagna", gupkowaty ale ile radości: "Mo-ni-ka! Po-lo-nia!" (a może jednak "Bo-lo-gna"? trudno orzec, nawet w sieci tekstów nima)
https://www.youtube.com/watch?v=o_jxkHydKC8

a tu najlepszy numer, aż mnie przeszyło to, że - po rozstaniu - "spotkamy się dopiero na tamtym świecie"

way to go, Hju:

phpBB [video]

_________________
The Hilgrims spotify


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 04 grudnia 2022 00:31:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
Gero pisze:
a może jednak "Bo-lo-gna"

chyba tak, ale i tak fajne

faza na Stranglers mi nie mija, a swoją drogą chyba gwiazdkowanie nigdy nie zostało ukończone. Tych późniejszych płyt nikt nie słuchał już?

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 05 grudnia 2022 07:35:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
Ja nie słuchałem. Ale za to obejrzałem ostatnio dokument "Punk in London" (jest na Netflixie, jakby co) nakręcony w gorącym 1977 roku przez niemiecką ekipę. Wystąpienie Stranglersów (a konkretnie jednego Stranglersa) jest tam jednym z najbardziej... hmmm... niech będzie, że "barwnych" momentów w całym filmie. :D
Gorąco polecam. Tym bardziej, że obecnie, byłoby nie do pomyślenia, żeby jakakolwiek kapela zdecydowała się na taką wypowiedź. Przy niej blednie nawet pokazanie gołej dupy do kamery przez Jimmy'ego Purseya.

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 07 grudnia 2022 21:11:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
sprawdzę, natomiast posłuchanie tej ostatniej polecam, jest zdecydowanie powyżej półki "setna słaba płyta kapeli, która na koncertach gra tylko rzeczy sprzed 30 lat"

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 09 grudnia 2022 13:21:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
W trakcie prac nad wspomnianą wyżej ostatnią płytą, zmarł oryginalny klawiszowiec, Dave Greenfield, uczczony dopisanym i nagranym na nią utworem

phpBB [video]


Tymczasem w wieku 84 lat zmarł oryginalny perkusista, Jet Black, który kilka lat temu zdecydował się na emeryturę.

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Ostatnio zmieniony pt, 09 grudnia 2022 15:02:09 przez Budyń, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 09 grudnia 2022 13:29:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
Budyń pisze:
natomiast posłuchanie tej ostatniej polecam, jest zdecydowanie powyżej półki "setna słaba płyta kapeli, która na koncertach gra tylko rzeczy sprzed 30 lat"


Akurat tej ostatniej posłuchałem kiedy się ukazała. I zaskakująco mi się podobała, jak na płytę zespołu, którego rzeczy sprzed 30 lat mulą mnie mocniej niż ciepłe Królewskie. :)
Chyba nawet ze trzy i pół gwiazdki jej przyznałem. Aż muszę sprawdzić na RYM-ie

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 02 maja 2023 08:01:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
na YT pojawiły się ostatnio dwa koncerty

z Osaki, z 1979 roku - niestety tylko audio i jakość właśnie taka, jakiej sie spodziewamy, ale jest:

phpBB [video]


i z Sidney, dosłownie sprzed kilku dni, jakość tym razem profesjonalna, krótko i bardzo konkretnie. Muszę napisać, że uważam obecny skład za optymalny, wszyscy muzyki "zastępczy" znakomicie wypełniają miejsce po nieżyjących lub tylko nieobecnych wielkich poprzednikach

phpBB [video]


Natomiast co do wątku tych wszystkich płyt "pomiędzy", trochę sobie ich słuchałem i myślę, że co prawda dużo jest tam czegoś, co nazwałbym "syndromem późnego Kultu", niemniej np. płyta "About time" z 1995 jest bardzo przyzwoita, na płycie "Coup de grace" z 1998 numery są nierówne, ale kilka daje radę, natomiast przedziela je słabiutka "Written in red", którą bym potraktował trochę jak odpowiednik Kultowego "Poligono industrial" - płyta powstała tylko dlatego, że dwóch, niespecjalnie długo związanych z kapela muzyków, napisało nowe kawałki i bardzo chciało je nagrać.

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 22 maja 2023 21:03:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
spojrzałem sobie na stronę Stranglersów i z lektury widzę, że ta ostatnia płyta po wszystkim okazuje się statystycznie (lista brytyjska) równać popularnością do największych ich osiągnięć; tymczasem słucham sobie płyty "Norfolk Coast" z 2005 roku, której nie wiem czemu nie ma na Spotify i okazuje się, że to kolejna perełka ukryta w tej dość przeciętnej późnej dyskografii. Tu chyba kopa dało im dołączenie Warne'a.

phpBB [video]


phpBB [video]

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 14 czerwca 2023 08:13:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
Obecnie jestem na etapie odkrywania płyt z Paulem Robertsem, które są chyba nierówne. Pierwsza byłaby fajna, gdy ktokolwiek wierzył (łącznie z zespołem i nowymi muzykami), ze dadzą radę bez Cornwella. Druga jest dla mnie najlepsza rzeczą, jaką Stranglers nagrali od czasu "Aural sculpture", a może i "Feline", tu już jest wiara w siebie i jakiś zupełnie nowy oddech. Co ciekawe, bardziej, niż jak Stranglers, ta płyta brzmi jak... Faith No More w takim eleganckim wydaniu. Posłuchajcie sami:
phpBB [video]

Potem było już chyba trochę gorzej, aż do wspomnianej już przeze mnie płyty "Norfolk Coast", wydanej dekadę później. Ale uważne przesłuchania jeszcze przede mną.

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 14 czerwca 2023 22:48:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 14:36:56
Posty: 7800
Skąd: 52,2045 N, 20,9694 E
Budyń pisze:
ta płyta brzmi jak... Faith No More w takim eleganckim wydaniu


Rzeczywiście. A za to piosenki z wokalem Cornwella obecnie brzmią mi jak Fontaines D.C.

_________________
zostaw władzę... pociąg "Gdańsk" odjeżdża już


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: czw, 04 kwietnia 2024 19:53:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Od lat znałem trzy pierwsze płyty The Stranglers plus "Feline". Nie bardzo się kwapiłem, żeby poznawać więcej, choć słuchałem kiedyś też "La Folie".

Niedawno nie wiedzieć czemu sięgnąłem jednak po płytę "The Raven". Bardzo spodobał mi się taki balans, że jeszcze jest twardo, ale już słychać późniejsze subtelne tendencje. I wrażenie, że to granie typu 'robimy repertuar, który niekoniecznie się spodoba, ale wciąga nas jego ogrywanie w sali prób, aż popadamy w dziwne stupory'.

Wrażenie było na tyle silne, że poszedłem tropem odjechanegoprzedostatniego na płycie utworu "Meninblack" i zapoznałem się z "The Gospel According to the Meninblack". Jak wiadomo, była to płyta odrzucana w epoce i niezbyt popularna później - raczej traktuje się ją jako ciekawostkę do jednorazowego sprawdzenia. Tak przynajmniej zawsze słyszałem. Tymczasem bardzo być może, że mi teraz podoba się nawet bardziej niż "The Raven". "Gospel" naprawdę ma coś w sobie!

Naturalnie nowymi uszami posłuchałem też "La Folie". Uzupełniłem w ten sposób trzypłytową wyrwę w znajomości dyskografii The Stranglers, co dało mi to dużo przyjemności i wielką satysfakcję. Mam poczucie, że lepiej rozumiem ten zespół, urósł znacznie w moich oczach i niespodziewanie stał się bardzo bliski. Niewykluczone, że za jakiś czas pójdę nieortodoksyjną ścieżką Budynia.

I nie jest to element spisku przeciw Petowi!

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 14 kwietnia 2024 10:32:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
antiwitek pisze:
Jak wiadomo, była to płyta odrzucana w epoce i niezbyt popularna później - raczej traktuje się ją jako ciekawostkę do jednorazowego sprawdzenia. Tak przynajmniej zawsze słyszałem. Tymczasem bardzo być może, że mi teraz podoba się nawet bardziej niż "The Raven". "Gospel" naprawdę ma coś w sobie!


ja tej płyty nie lubię, czy może raczej - ja do niej nie wracam; poza otwierającym "Waltz in black" i wieńczącym "Tomorrow was the hereafter"i, nieobecnym na niej, ale będącym promocyjnym singlem "Who wants the world?" Natomiast chyba ceni ją sobie bardzo sam JJ Bournel, ponieważ na obecnej trasie na 50-lecie zespołu jest mocno reprezentowana ("Just like nothing on the earth", "Hollow to our men", "Genetix", "Who wants the world").

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 26 lipca 2025 11:39:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 23797
Obrazek
Rattus Norvegicus (1977) ****1/2

W 1977 roku punk rock jeszcze nie okrzepł w swej późniejszej, zdefiniowanej tak naprawdę pięć lat później ostrzejszej i brutalniejszej postaci. Stranglersi nie grali zresztą również punka '77, grali coś swojego. Z mocnym, często transowym basem, który potem mocno zainspirował Nomeansno (czego długo nie słyszałem, ale po przeczytaniu o tym w książce o NMN pomyślałem "no faktycznie!"). Doorsowskie klawisze w motorycznym, przesyconym duchem punka rocku wpłyną mocno na grę Janusza Grudzińskiego z Kultu i na muzykę Kultu jako taką. Na razie jednak to te klawisze sprawiły, że choć Stranglersi mieli wielu fanów i sporo sukcesów, część sceny punkowej ich jednak odrzucała, co prowadziło do sporów, a czasem i konkretnego mordobicia.

Są tu dwa kawałki, do których wracam bardzo często - "Sometimes" (które brzmi dla mnie jak fajniejsze "Strzeż się tych miejsc") i "Hanging Around", które najpierw znałem raczej z koweru Hazel O'Connor, w którym jest szersze instrumentarium i który ma genialny, Pythonowski teledysk, więc musiałem się długo przekonywać - ale się przekonałem. mamy tu też inne przeboje, seksistowskie, bujające "Peaches". Na singlu wyszło też szybkie i najbliższe chyba klasycznego rozumienia punk rocka "Get a grip (on yourself)" z gościnnym udziałem znajomego górnika, grającego na saksofonie. Ale i to, co jest pomiędzy hitami, jest dużo powyżej zwykłego wypełniacza. "Princess of the street" dziś chyba wywołałoby skandal przedmiotowymi komplementami wobec bohaterki, najładniejszej w całej załodze, ale złej dla narratora. na końcu płyty mamy długie i rozbudowane "Down in the sewer", które miejscami brzmi bardzo Kultowo, ale przede wszystkim jego echa po latach słychać mocno w "Cats. sex and nazis" NMN.
Dodajmy, że od pierwszej płyty pojawia się kolejna rzecz, która będzie wyróżniać zespół. Choć jako o wokaliście Stranglersów częściej mówi się o Hugh Cornwellu, to w wielu kawałkach główny głos należy do basisty i lidera kapeli, JJ Burnela. Do Cornwella należały jednak wszystkie przeboje z tej płyty, łącznie z "Hanging Around", które nie zdążyło wyjść jako czwarty singiel, bo nadchodziła już kolejna płyta.

Obrazek
No More Heroes (1977) *****

Płyta wydana jeszcze w tym samym roku. Tytuł zawdzięcza jednemu z największych przebojów zespołu, prostemu punkowemu kawałkowi ze złośliwym tekstem i dodającymi indywidualnego rysu klawiszami. Często potem zrzynanemu, choćby przez Elastikę. ta płyta od debiutu różni się tym, że trochę więcej tu jednak punk rocka, granego w stylu typowym dla epoki ("Dagenham Dave", potem mocno inspirujący dla zespołu Zwłoki, "Enlish Towns". "Burning Up Time" - choć tu jednak dużo klawiszy). Trochę więcej gitary, choć wciąż jest ona tłem dla basu i klawiszy, stanowiących o charakterze kapeli. Otwieracz, "I Feel Like a Wog" jest w sumie podobny do "Sometimes" przez transowy, basowych pochód. Cztery kawałki, wydany jako pierwszy singiel "Something Better Change" (mocno wybrzmiewający po latach w "Paradzie wspomnień" Kultu), a także "Bitching", "Peasant in the Big Shitty" i "School Mam" to kawałki nagrane w trakcie sesji "Rattus Norvegicus". jak widać, nie były jednak traktowane jako odrzuty, to bardzo dobre numery. ostatnia dwójka odpowiada za to, że czasem Stranglersów przypisuje się również do rodzącego się wówczas w ciemnych zakamarkach punkowej sceny rocka gotyckiego, oba są bardzo bliskie tej estetyki. "Peasant..." to również jeden z dwóch numerów na płycie, w którym słyszymy w roli głównego wokalisty klawiszowca, Deve'a Greenfielda (drugi to lekko wodewilowy, ale i punkowy "Dead Ringer", ponoć będący jakimś echem sporów kapeli z bardziej ortodoksyjnymi punkami). Istotne są też teksty, czasem sprowadzające na zespół krytykę. Jeszcze większa dawka seksizmu w "Bring on the Nubiles", odniesienia do rasizmu "I Feel Like a Wog" czy samobójstwa ("Dangenham Dave") ale tez po prostu duch punkowej rewolty w "Something Better Change" i będącym drugą stroną tego singla, a potem też bonusem "Straighten Out". O tym, że kapela zaczyna iść mocniej w stronę klasycznego punka świadczy też wydany rok później singiel "5 minutes", faktycznie pięciominutowa łupanka, która też potem dołączyła do kompaktowych i streamingowych wydań "No More Heroes".

Obrazek
Black And White (1978) *****

Ta płyta niby jest podzielona na część punkową i bardziej eksperymentalną, ale to podział dość płynny. W każdym razie ta część punkowa podoba mi się bardzo, brzmieniowo jest to wielki skok do przodu, zresztą kolejne płyty brzmią według mnie bardziej archaicznie od "Black and white". Mamy tu dużo idącego do przodu punk rocka, począwszy od pierwszego na płycie "Tank", chętnie granego przez zespół do teraz, po którym od razu dostajemy "Nice and sleazy", jeden z większych i ważniejszych przebojów, a przy tym numer wcale nie tak oczywisty: niby buja jak reggae, a przecież jest ciężki i muzycznie, i tekstowo, z basowymi i klawiszowymi szaleństwami odpowiednio Burnela i Greenfielda; po latach grał to też Buldog z tekstem Kazika. Potem spokojniejsze "Outside Tokyo…", trochę niepokojący walczyk, znów ze znakomitym basem, Burnel osiąga na tej płycie swoje wyżyny i w sumie o każdym kawałku warto napisać, bo w każdym dzieje się dużo. "Rise of the Robots" to punkowa polska z klawiszami i sekcją dętą, która kojarzy się trochę z klimatem "taczanki" T. Love. "Sweden" to kolejny mocny singiel, co ciekawe w szwedzkim wydaniu wypuszczony w wersji szwedzkojęzycznej, "Curvew" natomiast to rzecz artystycznie bardzo ciekawa, krzykliwe i niemelodyjne zwrotki ze śpiewem Burnela kontruje przebojowy refren Cornwella, nie wiem, czy to nie jedyny numer, gdzie tak równo dzielą się przy mikrofonie. I mocny, anarchizujący tekst, ale teksty właściwie wszędzie są tu mocne...

Część bardziej jeszcze pokręcona zaczyna się od "Threaned" i w sumie trwa już do końca płyty. W niektórych kawałkach uderza bardzo mocno przesterowany bas (w "In the shadows" np., bardzo klimatycznym kawałku) i wokal, który zaczem jest nawet mocniejszy, niż w punkowych z pierwszej strony (chyba najlepsze dla mnie "Enough Time"). Tu czasem mamy postawienie na odmalowanie niepokoju, czasem bardziej na przekazanie jakiejś społecznej zjadliwości, więc w sumie... też niepokój. A więc strona A to energia, strona B - niepokój. Pominąłem w tym opisie dwa numery, które wychodzą ponad tę płytę i poza pięciogwiazdkową skalę. Na stronie A to "Toiler in the Sea", w którym najwięcej dzieje się przez pierwsze dwie minuty, nim w ogóle zacznie się właściwa piosenka. Mocne, motoryczne tempo, jakieś cuda na klawiszach, trochę Manzarka, kołysząca "morsko" gitara, a dopiero potem właściwa piosenka i właściwa opowieść. Wydaje mi się, że to utwór, który zawiera wszystko, co najfajniejsze w Stranglersach, wizytówka kapeli, którą można puszczać nieobeznanym w temacie. Na stronie B jest znowuż inspirowany życiem, a jeszcze bardziej śmiercią japońskiego intelektualisty, pisarza, działacza i militarysty Yukio Mishimy "Death and Night and Blood", utwór tak przyciągający i niebezpieczny, jak jego bohater.

Pierwsze wydanie płyty ukazało się uzupełnione o singiel z trzema utworami, z których najważniejszy to "Walk on By (klasyk Burta Bacharacha, znany wcześniej z wykonania Dionne Warwick, wydano też zresztą singla z obiema wersjami)", brzmiący zresztą bardzo Stranglersowo, więc wybrany bardzo sensownie. Znów robotę robi zderzenie mocnego basu i Doorsowo pogrywających klawiszy. Zespół grywa go do dziś.

Obrazek
The Raven (1979) ****1/2

Trochę motywów skandynawskich (okładka i dwa pierwsze utwory), ale są też echa japońskie i amerykańskie. W muzyce trochę zmian i trochę kontynuacji. Bo z jednej strony "The Raven" uznawany jest za pierwszą płytę po okresie punkowym, a z drugiej jest to ten sam zespół, tyle, że więcej pokręconych temp, a trochę mniej mocnych gitar. Przy czym, co ciekawe, wątek punkowy i kapela, i wydawca, uważali wtedy za kluczowy, skoro na singlach wyszły najbardziej punkrockowe z płyty kawałki - wielki hicior "Duchess", który przy marszowej perkusji opowiada o jakiejś byłej Cornwella, trochę wyalienowanej arystokratce. "Nuclear Device" było natomiast pierwszym, poza oczywiście "No More Heroes" odkrytym przeze mnie punkowym kawałkiem Stranglersów, który katowałem lata, zanim się do tego zespołu przekonałem na dobre. warto też zwrócić uwagę na teledyski do obu, zwłaszcza do "Nuclear Device", który jest bardzo Monty Pythonowski. Ok, ale poza singlami mamy przecież całą płytę. Najpierw instrumentalny wstęp, "Longships", a potem utwór tytułowy, który wydaje mi się jakimś fajnym, choć mniej wyraźnym (między innymi przez głos Burnela) odbiciem "Toilera". Też rozkręca się dość długo, podobnie zaczyna i jest utrzymany w zbliżonym tempie. Z ciekawych rzeczy mamy tu grane na dwa basy "Dead Loss Angeles", czy melodyjne, urokliwe "Baroque Bordello", jakoś moim zdaniem zapowiadające "Golden Brown", choć bez tej przebojowości - za to z mocniejszym nowofalowym sznytem. mamy też balladę "Don't Bring Harry", według jednych mówiąca o heroinie, według innych też o rozdwojeniu jaźni w stylu "Fight Clubu" (co ciekawe, ten kawałek ukazał się w wersji francuskojęzycznej na singlu we Francji, co nie dziwi, bo Burnel był synem francuskich emigrantów). Na końcu płyty mamy dwa kawałki, zapowiadające w pewnym sensie następny, bardzo dziwny album. Reszta nie wspomnianych przez mnie utworów pozostaje gdzieś pomiędzy postpunkiem i eksperymentami dźwiękowymi. Ogólnie więc "The Raven" można uznać za kontynuację "Black and White", tytle, że co na poprzedniej płycie było od siebie oddzielone, tu zyskało muzyczną syntezę.

Obrazek
The Gospel According to the Meninblack (1981) ***

Na tej płycie zespół dostał pewną swobodę twórczą. Niestety połączoną z narkotykami i przejściową fascynacją okultyzmem nie wyszła mu za bardzo na zdrowie. ta płyta ma swoje fajne momenty, jednak jako całość jest dość nużąca. zacznę od tego, co mi się w niej podoba. Mocnym punktem jest stanowiący intro, hipnotyzujący "waltz in Black", do dziś otwierający koncerty zespołu. Z piosenek na płycie podoba mi się chyba "Second Comming" (choć na upartego można uznać ten utwór za lekko bluźnierczy) i, warunkowo również "Hollow to Our Man", którego wartość podonosi fajna część instrumentalna . Na drugiej stronie jednego z singli ukryta jest najbardziej chyba Stranglersowe z całej płyty "Man in White" (jakieś dziwne pokrewieństwo unosi tu moje myśli do Voivod z okresu, gdy ta znowuż kapela zaczęła eksperymentować, choć muzycznie to pokrewieństwo jest bardzo dalekie, może chodzi o zaśpiew refrenie), ciekawostką jest tu całkiem długi sampel z pozdrowień Jana Pawła II dla kościoła w Polsce, papież jest bowiem bohaterem tego kawałka, W bonusach pojawia się także radosna w warstwie muzycznej punkowa polka "The Gospel According to the Meninblack, pierwotnie funkcjonująca jako autonomiczny singiel, niezwiązany z płytą. Robi jej jednak dobrze, wnosząc w całość trochę żywiołowości i oddechu. Trzeba jeszcze wspomnieć o stanowiącym dopełnienie płyty singlu "Who Wants the World", też dość punkowym i dużo bardziej przebojowym. I to chyba pokazuje problem tej płyty : kawałki są ciekawe, ale brakuje im jakiegoś ostatecznego szlifu. Po nagraniu zespół uważał tę płytę za swoje największe dzieło, ale po odstawieniu narkotyków entuzjazm osłabł.

Obrazek
La Folie (1981) ***1/2, w porywach do ****

Płyta problematyczna. Dla wytwórni, która niespecjalnie wierzyła w to, że punkowy zespół może jeszcze coś zdziałać komercyjnie, dla zespołu, który bardzo chyba chciał to udowodnić, wreszcie - dla słuchacza, który musi słuchać efektu. Bo ten efekt jest dziwny i bardzo nierówny. Mamy tu największy przebój Stranglersow, czyli "Golden Brown", piękny walczyk na trzy, będący rozwinięciem niewykorzystanego wcześniej motywu, wyrzuconego z kawałka "Second comming" z poprzedniej płyty. Wytwórnia nie chciała początkowo wydać "Golden Brown" na singlu, gdy jednak się na to zdecydowali, nie żałowali, bo nie dość, że on sam sprzedał się najlepiej w historii grupy, przy okazji windując mocno sprzedaż całej płyty. Mamy tu kilka postpunkowych ciosów, jak niepojące "The Man They Love To Hate" z tekstem o przemocy domowej i jej wpływie na kolejne pokolenia. Mamy kawałki osadzone w postpunku, kontynuujące wcześniejsze wątki z twórczości, jak "Tramp" czy "Small Times", a także mające w sobie coś z Beatlesów i punka zarazem "They Only Love You When You're Dead". Jest klimatyczny numer tytułowy, śpiewany wbrew wytwórni po francusku i wbrew wytwórni wydany nawet na singlu. Z telkedysku wychodzi, że tu jeszcze muzycy mają sporo z punkowej kapeli, jeśli nie w muzyce, to w wizerunku na pewno. Wszystko to są kawałki na *****, a w przypadku "Golden Brown" i "The Man..." nawet na ******. Jest jeszcze całkiem niezły pierwszy singiel, "Let Me Introduce To The Family", bez którego chyba nie byłoby "Piosenki Młodych Wioślarzy" w najbardziej znanej wersji. Ale pozostałe numery na płycie to na ogół straszne gnioty, a w najlepszym wypadku - rzeczy zupełnie nijakie. I jest ich całkiem sporo, 5 na 11. Ocenę podnoszą dwa z bonusów, będących naturalnym domknięciem historii. Stranglersom kończył się kontrakt z wytwórnią Liberty (segment EMI), została im do wydania u niech jeszcze jedna płyta. Po złych doświadczeniach nie chcieli kontynuować współpracy, ale na odczepnego nagrali singla z kawałkiem z czasów przed pierwszą płytą, a ten okazał się być kolejnym wielkim przebojem. Mowa oczywiście o "Strange Little Girl", z pełnym gotyckich punkowych dziewczyn teledyskiem. Na drugiej stronie singla jest jeszcze całkiem sympatyczne, choć mało rockowe "Cruel garden" i tak ta część historii się kończy.

Obrazek
Feline (1983) ***1/2

Pierwsza płyta dla Epic. Skład wciąż ten sam, ale muzyka się zmieniła. Automat perkusyjny, dużo większe znaczenie klawiszy, ograniczenie roli gitary... Bas wciąż jest ważny, ale Burnel gra już bardziej zachowawczo, choć oczywiście pozostaje bardzo dobrym instrumentalistą - i to słychać. mamy tu kolejny wielki, również w Polsce, przebój, otwierajace płytę "Midnight Summer Dream", leniwe i bardziej gadane niż śpiewane. Nowa formuła fajnie sprawdza się w niemniej klimatycznym, również wydanym na singlu "All Roads Leads To Rome", znów - dużo klawiszy, melorecytacja i dość specyficzny klimat, zachowujacy w sobie coś z charakterystycznego dla zespołu niepokoju. Teraz to jednak bardziej niepokój przez sen. Lubię z tej płyty jeszcze "Small Towns", które mogłoby znaleść się na poprzedniej płycie; lubię "The European Female", bo za wiele razy słyszałem to w dzieciństwie, by tego nie lubić, choć już Burnela tak śpiewajacego nie lubię za bardzo... No i tyle. Pozostałe kawałki, które można by uznać za wypełniacze są jednak lepsze, niż te z "la Folie", mają swoje charakterysyczne melodie i swoje ciekawsze fragmenty. Tyle, że wszystko mocno przesunęło się na półke "elegancki, ambitny pop". Punkowa epoka The Stranglers sie, przynajmniej na razie, skończyła.

Obrazek
Aural Sculpture (1984) ****-

W trakcie nagrywania nie tylko zmieniali producentów, ale też wywalili połowę nagranego repertuaru, ale chyba się opłaciło. Ta płyta dużo bardziej od poprzedniczek broni się jako całość i ze wszystkich płyt z popowego okresu Stranglersów do tej wracam njczęściej. Przeboje - "Ice Queen" (chyba tylko w Polsce, bo na singlu to nie wyszło, ale było na LPPT, odwrotnie, niż "Let Me Down Easy"), "Skin Deep", "No Mercy". Pulsujące, energetyczne poprockowe kawałki, czasem z sekcją dętą, która odkąd przez kilka lat towarzyszyć będzie kapeli. "Let Me Down Easy" to odrębna historia, zapadajacy w pamięć pzrebojowy kawałek z dratycznym tłem, opowiada bowiem o śmierci ojca Burnela, z którym basista spędził jego ostatni miesiąc. Cornwell śpiewa tu już zupełnie innym głosem, zespół gra inaczej, nawet bas to inna bajka, choć wciąż jest trochę bardziej wyrazisty, niż u innych kapel z tej półki. Przełanie stylu mamy w bardziej nowo/zimnofalowym "North Wind Blowing" i w podobnym do niego, niestety tylko bonusowym "In One Door" (wzięte z singla "No Mercy"), jednym z moich ulubionych numerów z tego zestawu. Jest jeszcze "Uptown", w którym wracają jakieś bardzo odległe i złagodzone echa punk rocka, typowe dla rocka drugiej połowy lat 80-tych.

Obrazek
Dreamtime (1986) **1/2

Wielki spadek formy. Kiedyś zastanawialiśmy się z kolegami, czy "Always the Sun" nam się podoba, bo to dobry numer, czy tylko dlatego, że pamiętamy go z dzieciństwa. na początku lat 90-tych leciał jeszcze często w radiu, pamiętam nawet swoje zdziwienie, gdy odkryłem, że Stranlers kiedyś byli punkową kapelą. Tymczasem "Dreamtime" to najsłabiej sprzedająca się płyta nagrana z Cornwellem i niestety, jakoś specjalnie mnie to nie dziwi. Poza największym singlem i kawałkiem tytułowym, który ma bardzo fajny, choć oszczędny refren i dość ciekawą warstwę instrumentalną, trudno z tej płyty zapamiętać cokolwiek. czasem do niej próbuję wracać, nawet wydaje mi się, że te pozostałe kawałki nie są przecież takie złe, po czym... znowu nic nie zostaje w głowie. No dobra, spróbujmy. "Was It You" jest bardziej żwawe i w sumie powinno się bronić, może jeszcze balladowe "Too Precious", bo mogłoby być na poprzedniej płycie. Nie ma się co oszukiwać, bronią się z tej płyty dwa kawałki i refren trzeciego. Na Spotify w bonusach jest jeszcze całkiem niezłe "Sice She Went Away", które mogłoby być nawet numerem dwa na tej płycie, ale nie wiem za bardzo, skąd ten numer jest, bo Wikipedia nie wymienia go jako strony B żadnego singla. A, z bonusów nienajgorszy jest jeszcze "Normal Norman", ale to oficjalny odrzut z "Aural...". I na tej, i na następnej płycie nie ma właściwie niczego z charakterystycznych dla dawnych Stranglersów elementów.

Obrazek
10 (1990) **1/2

Odczekanie czterech lat nie pomogło. Powrót do gitarowego, wręcz hardrockowego grania, też niespecjalnie. Mnóstwo ludzi lubi zamieszczony na tej płycie kower "96 Tears". ja nie lubię. Lubię otwierający ją singiel "Sweet Smell Of Succes". Fajne jest patetyczne "In This Place". najlepsze - zamykające płytę "Never To Look Back", osadzone jeszcze w falowych latach 80-tych. Ale znowu - to malutko, niestety. Cornwell też miał już dosyć i odszedł z zespołu. na promującej płytę trasie na drugiej gitarze wspomagał kapelę John Ellis i to on został później etatowym gitarzystą The Stranglers.

Obrazek
Stranglers in the Night (1992) ***

Pierwsza płyta bez Hugh Cornwella, którego zastąpili Paul Roberts na wokalu i John Ellis na gitarze. Roberts był właściwie debiutantem, Ellis natomiast punkowym weteranem (grał na pierwszych dwóch płytach The Vibrators), ale... tego nie słychać. Tak naprawdę to też za bardzo nie słychać tej drastycznej zmiany w składzie, dlatego, że na osatnich płytach z lat 80-tych, wliczając "10", zespół i tak zupełnie zatracił swój dawny charakter. Może tylko jest jeszcze więcej gitar, a proporcje instrumentów nie faworyzuja już basu. "...In The Night" to poprawna, melodyjna i często pzrebojowa płyta. Wydana tym razem przez zespół, któremu kontrakt z Epic się skończył, pod szyldem Psycho. Mamy tu kilka ballad, z których jedna, "Heaven And Hell" była chyba ostatnim kawałkiem zespołu, granym przez polskie stacje radiowe. Fani podeszli do niej nieufnie, recenzenci również. Ja ją jednak w miarę lubię, zespół gra z nową energią i choć nie ma tu niczego ponad poprawne granie, to przynajmniej nie ma tu męczenia buły, największego problemu The Stranglers po 1984 roku. Poza "Heaven And Hell" wyróżniam z tej płyty jeszcze lekko sentymentalne "Southern Montains", w którym Roberts wznosi się na swoje wokalne wyżyny, pokazując głos kojarzący sie mocno z Mikiem Pattonem w jego najbardziej popowych wcieleniach. Ale zważywszy na moment wydania płyty, raczej nie ma tu inspiracji, a jedynie koincydencja czasowa; patetyczny "Grand Canyon", wreszcie najbliższy dawnym czasom "Wet Afternoon".

Obrazek
About Time (1995) ***1/4

Druga płyta w nowym składzie jest o tyle lepsza od poprzedniczki, że obaj nowi zachowują sie pewniej. Roberts śpiewa już z pełnym przekonaniem, Ellis gra mocniej i nie boi sie fajnych riffów ("Golden Boy", "Money"), co więcej realizator nie boi się go nagrywać. Pewnym problemem jest natomiast to, że przez wokalny styl najlepsze numery z płyty ("Money", a zwłąszcza "Sinister" brzmią właściwie jak Faith No More, a nie brzmią jak Stranglers. Najwięcej dzieje się w pierwszej połowie płyty. Pierwsze dwa numery sa dość mocne i żywiołowe, natomiast "Sinister" to właśnie dość złowieszcza ballada, w której pojawiają się kobiecy głos i smyczki. Tych jest tu ogólnie dużo, w jednym kawałku ("Face") gra nawet Nigel Kennedy, tak przesterowany, że nie pomyślałbym, że to nie gitara. Po "Sinister", długim orkiestroiwym wstepem wyróżnia się jeszcze "Still Life", ale reszta płyty już trochę osuwa się w przeciętność, przełamaną jeszcze przez balladę "Lies and Deception" (znów zresztą można kogoś nabrać, że to FNM). Kilka słabszych numerów nie zmienia faktu, że "Abut Time" jest najlepszym osiągnięciem składu z Robertsem i Ellisem, i najlepszą płytą Stranglersów od czasu "Aural Sculpture".

Obrazek
Written in Red (1997) **

Skład niby bez zmian, ale pierwszy raz Burnelowi się nie chciało, przez co Stranglersi znaleźli się w trochę podobnej sytuacji, co Kult w czasach "Poligono". Jak później opowiadał, ta płyta to tak naprawdę dzieło Ellisa, Robertsa i inżyniera w studiu. zastanawiam się, czy tym dystansem lidera tłumaczyć fakt, że pierwszy raz odkąd zespół umieszczał na okładkach swoje klasyczne logo, się ono nie pojawiło. Wyszedł z niej jeden singiel, "In Heaven She walks", który jest typowym komercyjnym graniem, w stylu najgorszych numeró The Cult, choć z fajnym gotyckim przełamaniem. Jedyne, co się dla mnie tu naprawdę broni, to otwierajaca płytę piosenka "Valley Of The Birds", dość energetyczna i całkiem Stranglersowa; niezła, choć mam wrażenie z niewykorzystanym do końca potencjałem ostatnia "Wonderland". Reszta, a więc wszystko między pierwszym a jedenastym numerem jest bardzo nijaka, a już najbardziej nijaki jest kower "Summer In The City". Nie wiem, po co im był i ten kower, i ta płyta.

Obrazek
Cup the Grace (1999) **1/4

Ostatnia płyta z Ellisem. Po raz pierwszy od wejścia do kapeli Robertsa, kilka kawałków śpiewa Burnel, a w pierwszym na płycie "God is Good", ostatni raz w historii wydawnictw kapeli, śpiewa nawet Greenfield. Płyta jest jednak niewiele lepsza od poprzedniczki. Poza transowym "God is Good", wyróżnia się jeszcze dość szybkie "Jump Over My Body", punkowy w starym stylu, ale nie za bardzo w stylu Stranglersów kawałek tytułowy i ballada "No Reason". W kategorii "ballada rockowa" daje radę też kończący płytę "Light". Tylko, czy ja oczekuję od Stranglersów ładnych, rockowych ballad? No, niekoniecznie. Ogólnie jednak słychać, że choć niby jest lepiej, to jednak formuła się wyczerpała. Niedawno trafiłem przypadkiem na wypowiedź Burnela, że wówczas nie wierzył już zupełnie w to, że zespół może coś zdziałać bez Cornwella. I wtedy dochodzi do zwrotu akcji.

https://en.wikipedia.org/wiki/Norfolk_Coast_(album)

Obrazek
Norfolk Coast (2004) *****

Niedawno natrafiłem na wypowiedź Burnela, według której kompletnie stracił wiarę w zespół mniej więcej w tym samym czasie, gdy posypało się jego małżeństwo. Ogarnięty menager wynajął mu dom w Norfolk, wysłał go tam z gitarami i zostawił w spokoju. Zauroczony okolicą JJ Burnel doszedł do siebie i zaczął pisać nowe piosenki z myślą, że pora ostatecznie ogarnąć zespół, co na pół gwizdka zaczął już przy okazji poprzedniej płyty. W międzyczasie z zespołu odszedł Ellis, którego zastąpił Buz Warne. Oba te elementy dały kapeli nowego kopa. Pierwsze kawałki Burnel napisał jeszcze w Norfolk, kolejne zaczął pisać wspólnie z Warnem i tak maszyna ruszyła. Nie wiem, jakim cudem udało im się wrócić do Liberty/EMI, ale wrócili. Płyta nie sprzedała się zbyt dobrze, ale w recenzjach widać, że grupa odzyskała zaufanie wielu dawno utraconych kapel. A już niedawno wydana reedycja sprzedała się na pniu. Gdzieś (sprawdziłem - w "teraz Rocku") trafiłem nawet na zdanie, że to mogłaby być spokojnie czwarta pozycja w dyskografii, wydana jako następna po "Black And White" tak, jakby wszystko, co było później, się nie wydarzyło. Myślę, że (niczego nie ujmując tym udanym płytom z lat 80-tych i późniejszych) ta opinia jest uzasadniona. rzadko zdarza się chyba, by kapela była w stanie wykonać tak udany powrót do przeszłości w oparciu o zupełnie nowe kawałki.

Przede wszystkim to chyba najbardziej zwarta muzycznie płyta. Mamy tu co prawda trzy spokojnie utwory, "Dutch Moon", "Tucker's Grave" i wielojęzyczny "Sanfte Kuss" gdzieś między bluesem, jazzem i Doorsami (właśnie, wraca klimat Manzarkowy), reszta to żywe, rockowe i punk rockowe kawałki, czasem z elementami kontrolowanego szaleństwa gdzieś po drugim refrenie. Największe wrażenie robi utwór tytułowy, z bardzo przygnębiającym tekstem i chyba najostrzejsza i najcięższą muzyką w historii zespołu. Potem jest już trochę lżej, choć bywa bardzo depresyjnie (mój drugi obok tytułowego faworyt z tej płyty, "Long Black Veil"). Wciąż jednak to płyta zdecydowanie rockowa, a czasem nawet wściekła jak w "Lost Control", "I Don't Agree" czy "I've Been Wild". To pierwsza płyta z Bazem Warnem, ale też ostatnia z Paulem Robertsem, który pożegnał się ze Stranglersami w bardzo dobrym stylu, trochę zresztą kosztem swojej charakterystycznej maniery - bo na tej płycie więcej w nim pozostałych wokalistów Stranglers, niż Mike'a Pattona.

A! Na jednym z singli na stronie B jest bardzo fajna wersja "Peaches" nagrana przez ten sam skład. Płyty nie ma natomiast na Spotify, więc dość późno się o niej dowiedziałem, jest natomiast choćby na YT.

Obrazek
Suite XVI (2006) *****

Pierwsza płyta bez Robertsa. Wygląda na to, że jego odejście było konsekwencją odzyskania pozycji lidera przez Burnela i jego dobra współpraca twórcza z Warnem. Roberts narzekał, że materiał na płytę powstawał bez niego, a jego propozycje zostały odrzucone, jednak z drugiej strony w chwili ostatecznej decyzji były już nagrane jego wokale do 9 z 11 kawałków. Po ostatnim koncercie ze Stranglers, miał poważny wypadek samochodowy, co według niego pokazuje, w jak złym był stanie psychicznym. Jego obowiązki wokalne przejął Baz Warne i, choć bardzo lubiłem Robertsa, to Warne okazał się dużo bardziej pasować do tej kapeli. Warne wcześniej grał na gitarze w kapeli Smalltown Heroes, która towarzyszyła Stranglersow m w trasie w 1997 roku, a dużo, dużo wcześniej był basistą The Toy Dolls, z którymi nagrał DVD "We Are Mad".

"Suite XVI" to płyta dużo bardziej różnorodna od poprzedniczki. Mamy tam i dość zwyczajne, choć miłe dla ucha rockowe kawałki ("Spectre of love", które Barne napisał dla córki, "She's Sleeping Away". "Barbara"), ale i numery, które wychodząc ze zwykłego rocka/punk rocka stopniowo osuwają się w trochę większe szaleństwo ("Unbroken", "See Me Coming"). Mamy wreszcie czady. Wspominałem o wpływie Stranglersów na Nomeansno. "Summat Outanowt" brzmi tak, jakby zaszła tu reakcja w drugą stronę. To najbardziej krzyczany numer od czasów "Curfew", przełamany ciekawą grą basu i gitary, bardzo w stylu Kanadyjczyków. Pod koniec płyty mamy jeszcze "Soldier's Diary", według Heta Blacka najszybszy kawałek w historii grupy. Faktycznie, to już właściwie punkowa łupanka, tyle, że wzbogacona dość potężnymi klawiszami. I to też nie wszystko, bo na płycie mamy jeszcze jakieś ballady, a nawet echa country. Całość kończy żwawe, choć i dość przygnębiające "Relentless", kawałek o nieuchronnym upływie czasu, z zapadającą w pamięć frazą "spotkałem dziś moją miłość. Wyglądała staro - tak, jak ja". Ale na tej płycie Stranglersi jeszcze nie grają staro.

Obrazek
Giants (2012) ****

Sześć lat przerwy i płyta, która wzbudziła kontrowersje okładką, w niektórych wersjach i ulicznych reklamach ocenzurowaną. Sprzedała się natomaist lepiej, od poprzednich. Na "Giants" zespół ponownie dojrzał, lecz tym razem okrzepł na całkiem solidnych rockowych postawach. Znów sporo jest Doorsów, np. w długim solo we "Freedom Is Insane". Pojawiają się trochę połamane rytmy ("Lowlands"), trochę czegoś, co można by nazwać spokojniejszym, granym przez coraz starszych facetów, ale jednak punkiem ("Freedom...", "Boom Boom") lub po prostu rockiem (kawałek tytułowy). Ale są też próby eksperymentów, jak w jedynym singlu z płyty, "Mercury Rising", jest wyjątkowo mocna gitara w "Adios", pozornie lekkim tangu, śpiewanym po hiszpańsku; jest odkryty na nowo, bardzo piękny kawałek, rozgrzebany w czasach "Norfolk Coast", czyli "My Flicker resolve", a na koniec wraca lubiana przez zespół punkowa polka, tym razem w mocniejszym "15 Steps".

To ostatnia płyta, na której na perkusji zagrał Jet Black.

Obrazek
Dark Matters (2021) ****1/2

W trakcie nagrywania tej płyty na c-19 umarł David Greenfield. Słyszymy go w ośmiu z jedenastu kawałków. Z pozostałej trójki dwa są poświęcone jego pamięci, "And If You Should See Dave..." bezpośrednio, a "If Something's Gonna Kill Me (It Might as Well Be Love)" pośrednio. Pierwszy z nich to tradycyjny, rockowy kawałek, drugi ma w sobie echa Kraftwerk, a partie klawiszy na instrumentach, wybieranych przez Greenfielda zagrał wieloletni realizator zespołu, Louie Nicastro. To płyta, która jest dość eklektyczna. Płyta okazała się być największym sukcesem kapeli od lat 80-tych, po raz pierwszy od lat proponowały ją również teledyski do wszystkich trzech singli. mamy tu kawałki bardzo spokojne, adekwatne do wieku lidera, do których ja jeszcze nie dorosłem ('Lines", "Down"), mamy żywiołowy kower inspirującej się Stranlersami młodszej kapeli The Discipless of Spess ("This Song"). Są numery trochę bardziej pokręcone, które można uznać za "typowe Stranglers" - "No man's land" i jeszcze lepszy, aż za krótki dla mnie "payday"), kawałki zarazem Straglersowe i klasycznie rockowe, zaczynające i kończące płytę, czyli "Water" i "Breathe", znów przywodzący na myśl The Doors, z dużą rolą Greenfielda. I mamy kulminację. Szybki i klimatyczny, lekko hipnotyzujący "The Last Men on the Moon" i najbardziej niesamowity numer na płycie - "White Stallion", poetycko opisujący odchodzenie zachodniej cywilizacji, tracącej wpływy na rzecz Chin. Tekst jest ważny i bardzo poetycki, ale najwięcej dzieje się w muzyce, tyle w jednym numerze nie działo się chyba od czasu "Toiler on the Sea". Motoryczny bas, bliska techno perkusja z elektronicznym basem, wreszcie mocne gitary, a w tym wszystkim jeszcze potężne chóry i żeńskie operowe wokalizy. Wiele wskazuje na to, że to ostatnia płyta zespołu, ostatecznie nie żyje już połowa oryginalnego składu, a Burnel ma już swoje lata (choć na razie obok pism muzycznych pojawia się w czasopismach o zdrowiu jako symbol zdrowego i silnego staruszka) - ale nawet jeśli, to byłoby to znakomite zwieńczenie pięćdziesięciu lat kariery.

phpBB [video]

_________________
Mężczyzna pracujący tam powiedział:

- Z pańskim forum jest wszystko w porządku.


Ostatnio zmieniony ndz, 27 lipca 2025 08:25:40 przez Budyń, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 108 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 4, 5, 6, 7, 8  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group