Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 kwietnia 2026 09:44:38

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
PostWysłany: wt, 11 sierpnia 2020 09:07:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
antiwitek pisze:
Obrazek


Scrolowałem fotki z relacji i kiedy dotarłem do połowy powyższej, to przemknęło mi przez głowę "O! Witek strzelił sobie całkiem zgrabnego selfika". :o

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 11 sierpnia 2020 09:29:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Chyba muszę popracować nad wąsem. I kołnierzem :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 11 sierpnia 2020 10:13:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 04 lutego 2008 23:32:44
Posty: 3686
a Antiwitku jak to jest, czy pompujecie rowery po każdym dniu takiej jazdy czy nie ma potrzeby?


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 11 sierpnia 2020 11:55:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Tym razem nie dopompowywaliśmy wcale :) . Znaczy rano, w dzień wyjazdu, dopompowałem jeszcze tylne koło w wózkarni u Remigiusza, ale potem nie było już potrzeby, mimo że nierzadko jeździliśmy po nierównym. Nawet mnie to dziwiło, choć nie martwiło. Podobnie jak to, że była to chyba pierwsza wyprawa, podczas której nie trzeba było wymieniać ani jednej dętki :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 11 sierpnia 2020 22:47:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Tyler Durden pisze:
Ja wczoraj odwiedziłem całą serię mikromiasteczek i wiosek na tzw. Urzeczu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Urzecze_( ... a_Mazowszu) - na odcinku rezerwatu Wysp Świderskich. Bardzo fajne klimaty, a przy wczorajszej pogodzie (prawdziwie ciepła wiosna) można się było poczuć wręcz wakacyjnie!
(...)Niezależnie od pory roku warto tam wpaść, a w środku gorącego lata jest najbajeczniej.


Było super! W środku gorącego lata, bardzo wakacyjnie, bardzo fajne klimaty, wszystko się zgadza!


antiwitek pisze:
(Crazy, widzisz gaz?)

Właśnie jakoś tak ledwo :-) Tym niemniej na tym zdjęciu widzę co innego, co dla mnie było zdecydowanie numerem jeden Twojej relacji - choć wstawiłeś ją do wątku o małych miasteczkach, to jednak dla mnie najmocniejszym akcentem była rzeka Bóbr. Rzeka, której notabene zupełnie nie znam, nie wiem, czy kiedyś miałem przyjemność. Ale czytało się o niej świetnie!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 12 sierpnia 2020 09:01:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Zaznaczę tylko na wszelki wypadek, że jeśli chodzi o zdjęcie z namiotem, rowerami i gazem, to woda w tle nie jest Bobrem. To Jezioro Leśniańskie na rzece Kwisie :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 12 sierpnia 2020 12:42:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 24907
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Ale Kwisa wpada do Bobru, więc wszystko w rodzinie.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 12 sierpnia 2020 12:45:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 8099
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Crazy pisze:
Było super! W środku gorącego lata, bardzo wakacyjnie, bardzo fajne klimaty, wszystko się zgadza!


Było super! I udało się narysować słonia!

Obrazek

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

Wszystkie prawdziwe ścieżki prowadzą przez Góry.

Zawsze mieć dojrzałe jagody do jedzenia i słoneczne miejsce pod sosną, żeby usiąść.


My gender pronoun is "His Majesty / Your Majesty".


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 12 sierpnia 2020 21:07:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
:pinkelephant

Crazy, w sumie bardzo trafiłeś z tym Bobrem. Bo co prawda pierwszy plan był bardziej łuko-zygzakowaty, ale towarzyszyła mu myśl: "A jak nie, to zawsze można jakoś tym Bobrem" :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: czw, 14 sierpnia 2025 11:16:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Dolny Śląsk 2025 (31 lipca – 8 sierpnia)

W czwartkowy poranek, niezrażony prognozami pogody, zapakowałem sakwy na rower i pojechałem do Nowego Sącza. W Nowym Sączu wsiadłem w pociąg do Tarnowa, gdzie zrobiłem sobie dwugodzinną przerwę na spacer, pizzę i kawę, a następnie wsiadłem w pociąg do Krakowa. W Krakowie na dworcu trafiła mi się dobra, mocna herbata. Wreszcie wsiadłem do pociągu do Oławy, gdzie wylądowałem już koło 19:30.

Cała ta kolejowa eskapada z rowerem nie tylko, że przebiegła bez zakłóceń – a zdarzały mi się już różne sytuacje – to była po prostu przyjemna. Prędko ogarnął mnie jakiś podróżny spokój, zawieszałem się, drzemałem, a później w głowie uruchomiły się różne żywe wspomnienia, myśl krążyła żywo (po tej herbatce) i przynosiła różne pomysły.

W Oławie pokręciłem się po centrum pory późnego popołudnia, dałem lekko zmoczyć deszczykowi, wreszcie ruszyłem na obrzeża, gdzie miałem opłaconą z braku laku dość elegancką kwaterkę, którą zająłem bez kontaktu z kimkolwiek. Przed snem pooglądałem mapy, bo o ile wiedziałem gdzie ruszę nazajutrz i w ogólnym zarysie co chcę zobaczyć, to moje plany co do trasy nie były skonkretyzowane. Tego wieczora nie podjąłem żadnych nowych decyzji, za to spało mi się bardzo dobrze.

W piątkowy poranek zebrałem się dość sprawnie i wyruszyłem zanim jeszcze zaczęło padać. Obrałem kierunek zachodni. Przemierzałem rozległe, głównie rolnicze, lecz malownicze przestrzenie. Deszcze mnie moczyły, ale potem wysychałem.

Zatrzymywałem się w różnych miejscowościach przy kościołach, pałacach i innych ciekawych obiektach. Tu rozpoczął się jeden z wątków tej wyprawy, bo skonstatowałem, że większość tych kościołów ma gotycko – czy wręcz – romańskie początki, tyle że później uległy przysłowiowej barokizacji. Zacząłem tropić ślady tych dawności, ale też podziwiać wykwity baroku. Co do pałaców, to poświęcałem im mniej uwagi, ale o jednym, w Mańczycach, wysłuchałem ciekawej opowieści, jak to przetrwał w dobrej formie czasy PRL – jako siedziba PGR i innych instytucji – ale trafiwszy w ręce prywatne został ograbiony z marmurów, mahoniów i ogólnie bliski już jest całkowitego upadku.

Tego dnia rozpoczął się też drugi wątek spajający moją wyprawę, mianowicie zbliżanie się do gór. W ów piątek chodziło o Ślężę, która dość prędko pokazała się z dystansu, a potem wędrowała po horyzoncie albo znikała za lasem bądź zasłoną z deszczu. A chęć przemieszczania się w specyficznych śląskich przestrzeniach, które już dawno przykuły moją uwagę – od miejscowości do miejscowości, przez pola, równiny i pagóry - było zresztą czymś podstawowym, co zmotywowało mnie to tego wyjazdu.

Wczesnym popołudniem rozpogodziło się nieco, a ja dotarłem do Sulistrowic (czy Sulistrowiczek), gdzie na campingu planowałem spędzić noc. No, SuliCamp to camping pełną gębą. Na razie rozbiłem namiocik, zjadłem obiad w stanowiącej część kompleksu restauracji, przeczekałem mały deszczyk i ruszyłem w górę.

Nie tylko, że chciałem zdobyć Ślężę, w sensie wejść i zejść najkrótszą drogą, ale też pokręcić się trochę po szlakach. „Mapy cezet” zwiodły mnie jednak uroczymi nazwami miejsc, znajdujących się poza oznakowanymi drogami. W pewnym momencie, miast piąć się prosto w górę swym czerwonym szlakiem, skręciłem o 90 stopni w lewo w „Ścieżkę pod skałami”, która zaprowadziła mnie i do Groty Walońskiej i do Źródła Beyera, a i na urokliwy punkt widokowy wyraźnie zawłaszczony przez rodzimowierców (runy, symbole, kopczyki kamienne itp.). Wspomniana ścieżka nie jest zbyt uczęszczana i czasem jakby niknie z oczu, ale kiedyś była solidnie zrobiona, tu schodki, tam głazy, a jeszcze nieoficjalne znakowanie na pniach, więc trudno się zgubić. Zresztą dwie miniekipki na niej spotkałem. A trawersowania masywu nie zakończyłem wraz z jej przejściem, lecz dalej przemieszczałem się poziomo i dopiero w okolicach Olbrzymki ruszyłem, już szlakiem, w kierunku szczytu.

W międzyczasie oczywiście raz siąpiło, raz nie. Byłem podekscytowany tymi wszystkimi miejscami, a teraz jeszcze szlak wiódł mnie przez rodzaj labiryntu wśród skałko-gołoborza, w górę i w górę. Akurat gdy dotarłem pod tę betonową wieżę widokową zaczęło się przejaśniać. Często ignoruję tego typu obiekty, ale tu pomyślałem, że wejdę choć na pierwszy poziom. Ostatecznie wspiąłem się na samą górę, ponieważ widoki zapierały dech. Wspaniałe słoneczne plamy na rozległych równinach, sinogroźne nieba nad nimi, a do tego jeszcze tęcza w całej jej łukowej, kolorowej rozciągłości. Wspaniałe to były chwile.

Po wizycie na szczycie, gdzie pocałowałem „niedźwiedzia” i pooglądałem pozamykane obiekty (schronisko z racji braku wody!), zszedłem już najprostszą drogą na camping, zresztą zaczynało już zmierzchać.

Zanim poszedłem spać jeszcze jedzenie, mycie się, telefonu ładowanie, picie herbaty i inne tego typu czynności w rytm muzyki z campingowego dancingu. I chwile medytacji nad taką formą spędzania urlopu: camping, pobyt stały, namiot typu pałac z całym majdanem i ozdobnymi łańcuchami światełek, pod którymi siedzi się wieczorem, biesiadując i obserwując otoczenie. Były i imprezy w domkach, z balonikami i pijanymi – „odpierdol się Jacek, bo zaraz ci kurwa przypierdolę” – paniami. Ale spało mi się całkiem dobrze.

W sobotni poranek ładnie świeciło słońce. Z racji zaplanowanych spraw pasowało mi wyruszyć szybko, ale namiot był mokry od rosy, więc szybkie pakowanie odpadało. Kiedy wreszcie wystartowałem okazało się, że jadę trasą lokalnego wyścigu rowerowego, który na szczęście jeszcze się nie rozpoczął. Po drodze słyszałem ziomka rozkładającego pachołki, jak mówił do kogoś: „Dzwoniłem do organizatora, ale jak on nie wie którędy idzie trasa, to ja się nie będę przejmował i rozkładam tutaj”. Sam obrałem dłuższy wariant drogi z Sulistrowic do Niemczy, bo spodziewałem się, że fajnie będzie objechać od zachodu pasemko lesistych wzgórz. I faktycznie, bardzo mi się podobała ta trasa, zwłaszcza długi zjazd gładkim asfaltem, przy małym ruchu, pięknych okolicznościach przyrody i rozległych widokach obramowanych sudeckimi pasmami. Takie rzeczy na Dolnym Śląsku bardzo mnie pociągają.

Tego dnia starałem się zapieprzać, więc bez zbędnej zatrzymywanki, jeno w Niemczy spożyłem hotdoga. Wszystko dlatego, że w Henrykowie miał czekać na mnie Gero. W cztery godziny przejechałem to, co pewnie zajęłoby mi większość dnia, za to już o 14-tej spotkaliśmy się pod cysterskim klasztorem. Gero po swojej trasie zdążył już wypocząć, za to ja potrzebowałem trochę czasu. Było dość gorąco, trochę parno, ale tam są drzewa i ławki, można sobie posiedzieć. Zajrzałem też do bardzo ciekawego kościoła klasztornego, a potem udaliśmy się na obiad do jedynego w Henrykowie miejsca, oferującego ciepłe dania. Gero wynalazł też leśny wariant dotarcia na stację kolejową, którym potem poszliśmy - okazał się bardzo, bardzo fajny. Po drodze mnóstwo ogromnych drzew oraz tajemnicze leśne wzgórze, gdzie kamienne grobowiec i potężny, celtycki krzyż. To miejsce spoczynku Wilhelma Ernsta Karla Alexandra Friedricha Heinricha Bernharda Alberta Georga Hermanna von Sachsen-Weimar-Eisenach (choć istnieje hipoteza, że nie, że sfingował swoją śmierć i w owym 1923 po prostu się ulotnił). Posiedzieliśmy jeszcze trochę na stacji… Po czym Gero wsiadł do pociągu, a ja na rower. Czułem jeszcze potrzebę pobruszenia w Henrykowie, ale potem już fajrant.

Miałem telefonicznie umówiony agro-nocleg w niedalekim Krzelkowie, ale znów musiałem cisnąć, bo akurat z tamtej strony nadciągał mrok. Nie wiedziałem kto pierwszy dotrze do Krzelkowa – ulewa, która zapowiadała się groźnie, czy ja. Udało się nie zmoknąć, ale później naprawdę długo i mocno chlustało.

W niedzielny poranek nadal padał deszcz. W moim bolącym łbie, mimo że jeszcze nie wiedziałem czy będę mógł zostać na następną noc, wykrystalizował się plan działania, a właściwie niedziałania. Na razie na ósmą, w siąpiącym deszczu, udałem się na mszę. W kościele ludzi dość mało, po dwie osoby na ławkę. Ksiądz i jedna ministrantka. Nie było organisty, ale krzelkowscy parafianie bardzo ładnie śpiewali, w dodatku całe pieśni. Kiedy sąsiadka z ławki zorientowała się, że ja to tak 2-3 zwrotki znam, zaczęła wyszukiwać pieśni w grubym śpiewniku, a było ich w kościele sporo, i podsuwała mi, więc mogłem towarzyszyć pozostałym. Widziałem z przodu moją sympatyczną gospodynię, a jej mąż to nawet przeszedł po składce.

Potem potwierdziłem swój status drugonocniaka, więc mogłem spokojnie oddać się wypoczynkowi. Cóż, poprzednie dwa dni były, jak na moje możliwości, dość wyczerpujące, do tego wciąż nawalała mnie dyńka, a poza tym padać przestawało tylko na krótkie chwile. W piątek co prawda napierałem przy takiej pogodzie, ale… przecież była niedziela. Spędziłem więc kilka godzin leżąc sobie i oglądając na telefonie pełne programy kabaretu Potem.

Do Ziębic było jednak niedaleko, dlatego popołudniu wsiadłem na rower i udałem się na obiad i zwiedzanie. W knajpie przy rynku postanowiłem spróbować świeżonki, a po urokliwym miasteczku kręciłem się dosyć długo. Dzięki goldrockowym kontaktom udało mi się np. namierzyć miejsce, gdzie w 1993 zrobiono fajne zdjęcie zespołom Alians, Świat Czarownic, Under The Gun i Fate, oraz dom, w którym mieszkał Pinio – wówczas dobry duch zespołu Fate, a później dziennikarz sportowy, zasłużony dla ujawniania afer korupcyjnych w polskiej piłce.

W poniedziałkowy poranek zebrałem się wcześnie. Pogoda się poprawiała, a ja miałem wyraźny cel, bo poprzedniego wieczora stwierdziłem, że fajnie byłoby dojechać do schroniska Orzeł pod Wielką Sową. Na razie zasuwałem do Ząbkowic, oglądając po drodze kościoły i inne ciekawe, często rozpadające się obiekty. W Ząbkowicach stwierdziłem, że jednak jazda w sandałach to nadmierne kozaczenie, bo zimno. Spędziłem w miasteczku trochę czasu, oglądając to co trzeba, ale niektóre obiekty pomijając. Następnie skierowałem się ku Srebrnej Górze.

W poprzedniej relacji w tym wątku pisałem dlaczego jest to dla mnie ważne miejsce. Zanim dotarłem do kluczowego miejsca musiałem zmierzyć się z pewnymi trudnościami. Najpierw szukałem na mapie drogi, która będzie biegła poza uczęszczaną przez samochody trasą. To że tak czy siak będzie ostro pod górę było oczywiste, ale zbyt mało uważnie czytałem mapę i okazało się, że ścieżka wiodąca przez cmentarz nie tylko, że jest dość stroma, to jeszcze są to schody. Z obciążonym rowerem to trochę niewygodne. Ale za to samo miejsce super, cmentarny kościół, cmentarz na zboczu z pięknym widokiem.

U góry na przełęczy zostawiłem rower na parkingu (pani, która się moim pojazdem zaopiekowała zdecydowanie odmówiła później przyjęcia za to jakiejkolwiek zapłaty) i ruszyłem na lekko, tylko z kurtką od deszczu i wiatru. Najpierw w lewo na Ostróg, potem w prawo ku właściwej twierdzy. Okazało się, że żeby móc zobaczyć widok, o który przecież głównie mi chodziło, muszę kupić bilet, choć nie zamierzałem wnikliwie zwiedzać. No to kupiłem i popodziwiałem, lecz nie zwiedziałem. A złażąc na dół wstąpiłem do Villi Hubertus, gdzie na werandzie z wiatrem i widokiem spożyłem żurek.

Dalej był długi, dość karkołomny zjazd oraz przemieszczanie się wzdłuż tajemniczych Gór Sowich. Znienacka zrobiło się słonecznie i ciepło. Po drodze zrobiłem zakupy, wreszcie zacząłem rowerowy wjazd na Sokolec. A żeby dostać się do schroniska musiałem przez ostatnie pół kilometra wpychać swój pojazd na stromy podjazd z betonowych płyt, co trochę dało mi w kość. Wahałem się czy namiot czy nocleg pod dachem, ale schronisko robiło tak miłe wrażenie, do tego było prawie puste… Szybko zainstalowałem się w pokoju i ruszyłem na Wielką Sowę.

Odległość niezbyt duża, podejście niezbyt strome, ale w pewnym momencie zaintrygowało mnie moje tętno. Zawahałem się czy aby nie przeginam pałki zasuwając w takim tempie, nawet nie usiadłszy w schronisku… I postanowiłem przejść na tryb emerycki, powoli w górę i również powoli w dół. Bardzo przyjemnie się szło. Na Sowie wszystko pozamykane, również tamtejsza „latarnia morska”, więc wracając trochę buszowałem poza szlakiem, żeby jednak łyknąć sudeckich widoków. Najfajniejsze miejsce znalazłem już w pobliżu Orła, gdzie czekając na zachód słońca objadłem się leśnymi malinami.

We wtorkowy poranek, gdy pierwszy raz otwarłem oczy, za oknem pięknie świeciło słońce. Za drugim razem zasłaniała je gęsta mgła. Niezrażony tym zapakowałem się na rower i zjechałem, nawet bez problemów, owym stromym odcinkiem (choć zużyłem przy tym zapewne sporo klocków hamulcowych) i ruszyłem dalej. Trasa wieść miała pomiędzy Górami Sowimi, Wałbrzyskimi i Kamiennymi, więc zapowiadała się przyjemnie. Choć i forsownie – już za chwile wpychałem rower na zbocza Sokoła, by po chwili puścić się w dół wąską, leśną doliną w kierunku Sierpnicy. Tymczasem słonko przebijało się przez mgły, a oczom moim ukazał się kościół, w dużej części drewniany, który równie dobrze mógłby być łemkowską cerkwią. Sporo rosy było jeszcze wokół niego.

Podczas dalszej podróży moją głowę zaprzątały tajemnice kompleksu Riese, do tego stopnia, że chwilami czułem się trochę jak w opowiadaniu Lovecrafta. Bardzo fajny odcinek czekał na mnie za Głuszycą, gdzieś od Grzmiącej – wąska, lesista dolina między Jałowcem a zboczami Jeleńca. Dość prędko przemknąłem obrzeżami Wałbrzycha i Boguszowa, choć mojej uwadze nie umknął odmienny charakter tamtejszych gór, i już przemierzałem malownicze, puste przestrzenie między Grzędami a Krzeszowem.

Nie byłem tam jednakowoż na bicyklu sam. Od pani w sklepie w Grzędach - która sprzedała mi pyszną gruszkę, tekiegoż pomidorka i kiełbaskę - dowiedziałem się, że wnet tą drogą będą zasuwali kolarze kurde Poloń. Na szczęście miałem jeszcze trochę czasu. Ale okazuje się, że właściwemu wyścigowi towarzyszy sporo amatorów, którzy pykają tę samą trasę. Ich właśnie po drodze było sporo.

Sporo czasu spędziłem w pocysterskim kompleksie w Krzeszowie. Tu nie zdecydowałem się na bilet, czego ciut żałuję, bo przez to nie mogłem wejść na cmentarz, a brama ze szkieletami kusiła. Ale już sama bazylika Wniebowzięcia jest oszałamiająca - tak z zewnątrz, jak i – zwłaszcza - z wewnątrz. Wciągnęło mnie wyszukiwanie motywów i robienie zdjęć, głównie białozłotym barokowym rzeźbom.

Już wtedy pozostawałem w komunikatorowym kontakcie z Pippinem, wszak zbliżałem się do Kamiennej Góry. Zainstalowałem się tam w hotelo-zajeździe i pieszo ruszyłem na miasto. Flanowanie utrudniła ulewa. Niby wiedziałem, że ma padać, ale nie spodziewałem się, że tak intensywnie i tak długo - sporo czasu spędziłem pod osłoną podcieni przy ulicy Karola Miarki. A najlepszy był schab z kością w Kawiarni „U Janusza” – nie tylko kulinarny przebój wyjazdu, ale w ogóle ostatnich miesięcy. Sam Pippin mi napisał: „Leszek spoko. Lokalna osobistość”. A, no i wśród epitafiów przy kościele Piotra i Pawła znalazłem wizerunek siedemnastowiecznego Budynia!

W środowy poranek zacząłem już dostrzegać kres mojej wyprawy, ale na razie tylko zamierzałem dotrzeć do Miedzianki i napić się tam kawy. Fajnie się jechało - dzień był słoneczny, a ładna, wiejska trasa przecinała się z to z linią kolejową, to z rzeką Bóbr. Powiewało, więc za miejsce postoju obrałem raczej sporadycznie używany wiadukt nad torami zaraz przed Miedzianką. Przed kawą zaparzyłem jeszcze herbaty. „Tylko się napiję i znikam”.

Sama Miedzianka ładne opisana tablicami towarzystwa przyjaciół… Nawet jak ktoś nie zna tej historii, to dowie się, że tu był trójkątny rynek miasteczka, a tu inne obiekty. A ilość wywiezionych do CCCP rud uranu odsyła myśli w nieokreślone rejony, podobnie jak kompleks Riese. Pochodziłem po cmentarzu ewangelickim, popatrzyłem na osobliwy dach dawnej szkoły… z Górami Sokolimi w tle. I ruszyłem dalej.

W drodze znów fajne widoki. Uwagę przyciągała zwłaszcza zgrabna, podwójna sylwetka Krzyżnej Góry i Sokolika. Zatrzymywałem się w Janowicach Wielkich, Wojcieszowie i Świerzawie. W tej ostatniej zaskoczył mnie kościół (nieczynny) świętego Jana i świętej Katarzyny. Romanizm, bez barokizacji. A gdy przyjrzałem się odsłoniętej najstarszej warstwie malowideł prezbiterium, gdzie trzynastowieczne zwierzęta, ryby, ptactwo i inne stworzenia, to poczułem jakieś dziwne wzruszenie.

W dalszej drodze na północ wypatrywałem wulkanów. Jeden z nich, Ostrzyca, z dala rzuca się w oczy. Znów zajmowałem się zbliżaniem do góry. To bardzo przyjemne zajęcie, takie zorientowane przemieszczanie się w przestrzeni, ale tym razem nie wspiąłem się na wierzchołek. Popołudnie postępowało, a ja wciąż nie zdecydowałem co z noclegiem. Miałem pokusę by w którymś lasku między rozległymi polami, gdzieś tam rozbić namiot, ale jednak zdecydowałem się dobić tego dnia do Złotoryi.

Po drodze był jeszcze ciekawy kościół w Pielgrzymce - zestaw rozmaitości architektonicznych nadgryzionych zębem czasu. Bardzo przyjemnie było tam sobie posiedzieć. A sama Złotoryja… Dziwna sprawa, jedne miejscowości od razu przypadają do gustu, w innych człowiek czuje się dziwnawo, jak ja w tej Złotoryi. Może przez kwaterę w jakiej się (z trudem) znalazłem. Ulokowana przy uliczce wychodzącej z historycznego rynku, ale poprzednio była chyba sklepem i kawiarnią. Okna wystawowe wypełniono mlecznym szkłem, ale przy jednym z nich pozostał kontuar i stołki barowe. Ja sobie urzędowałem wewnątrz, a pod drzwiami przystawali ludzie, żeby pogadać czy coś. Po zmroku jakoś dziwnie było mi palić tam światło. W sumie więc nie paliłem – tego dnia przejechałem najdłyższy dystans na tej wyprawie, więc czułem się znużony.

Na tym etapie już wiedziałem, że następny dzień będzie moim ostatnim dolnośląskim dniem. Miałem już nawet bilet na pociąg do Krakowa, którego odjazd wyznaczono na godzinę 2:37 z Legnicy. Ze Złotoryi do Legnicy nie jest daleko, ale zamierzałem nadłożyć trochę drogi. Mimo wszystko poranek miałem raczej leniwy.

W drodze trafiłem na coś w rodzaju ścieżki edukacyjnej dotyczącej świętej Jadwigi i jej związkom z miejscowościami, przez które jechałem. W opisach pojawiały się fragmenty starych ksiąg. Ze względu na nie nie pominąłem Rokitnicy, gdzie najpierw boczną, zacienioną ścieżką trafiłem pod romański kościół, a następnie pod wzgórze zamkowe. Przypiąwszy rower pieszo wdrapałem się na górę, gdzie co prawda z samego zamku zostało bardzo, bardzo niewiele, w dodatku w remoncie, ale za to widoczne, pierścienie wałów i czytelny, mimo zalesienia, układ całości, robiły wrażenie.

Do Legnicy dotarłem wczesnym popołudniem. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zadzwoniłem do Cytza, ale tu musiałem łyknąć trochę wstydu. Otóż pisząc z nim umawiałem się na piątek, myśląc że to czwartek – więc kolega spodziewał się mnie dopiero nazajutrz. Takie to figle płatać może głowa wypełniona wrażeniami z podróży. Trzeba uważać. Cytz jednak zmodyfikował plany i do spotkania szczęśliwie doszło. Posiedzieliśmy przy piwie na legnickim rynku, a następnie w mieszkaniu Cytza, gadając, słuchając muzyki i tak dalej. „Dancing In Your Head”, to było super spotkanie po latach. Przed drugą trzeba było jednak udać się na dworzec.

W piątkowy poranek w Krakowie sprawnie przesiadłem się w pociąg do Nowego Sącza. Koło południa dotarłem do domu. Ten ostatni odcinek to był najgorszy przejazd z całej wyprawy, a to dlatego, że okolice wywraca na nice prze/budowa linii kolejowej: duży ruch, ciężarówki, pojazdy, ciężarówki, ciężarówki, kurz, błoto, kurz – ciężka sprawa dla rowerzysty.

Przejrzałem swoją poprzednią relację z Dolnego Śląska – tę sprzed pięciu lat. Ogólne przemyślenia, które tam pojawiają się poza relacjonowaniem wydarzeń nie straciły aktualności, więc nie będę się powtarzał. Trochę się zresztą zmęczyłem tą pisaniną – mogę coś dodać, co do wrażeń i spostrzeżeń, gdyby była potrzeba.

Ciekawe, że na Dolnym Śląsku wydaje się być więcej kotów niż psów. Niektóre nawet dają się podrapać za uszkiem. A najwięcej widziałem takich łaciatych, biało-czarnych.

Wyprawę można prześledzić na zdjęciach. Kilka dni przed wyjazdem przypadkiem przeczytałem gdzieś wypowiedź jakiejś artystki, że zamiłowanie do symetrii jest właściwością umysłów prymitywnych czy coś w tym rodzaju. Efekt był taki, że bardzo zwracałem uwagę na symetrię robiąc te zdjęcia :wink: .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 01 września 2025 13:21:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 31 maja 2007 22:28:36
Posty: 1082
Skąd: W-wa
Fajnie, że opisałeś swoją wyprawę, bardzo dobrze mi się czytało, dzięki :D


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 01 września 2025 15:35:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 18425
Skąd: Poznań
Cóż za rela, moim zdaniem to rela tego lata! :brawa:

Jestem pod wrażeniem trasy, którą zrobiłeś. Liczyłeś zbiorczo kilometry? A przecież trzeba by jeszcze policzyć przewyższenia, było tego sporo na trasie (Sowie!). A czy rower ani razu nie zawiódł? Nie musiałeś nic kleić na zimno?

Super te spotkania forumowe w trakcie!
antiwitek pisze:
w Henrykowie miał czekać na mnie Gero

antiwitek pisze:
Posiedzieliśmy przy piwie na legnickim rynku, a następnie w mieszkaniu Cytza

no i Pippin!

antiwitek pisze:
SuliCamp to camping pełną gębą


Bardzo żałuję, kiedyś tam był znacznie skromniejszy obiekt - z korzyścią dla otoczenia.

antiwitek pisze:
Czułem jeszcze potrzebę pobruszenia w Henrykowie


:)

antiwitek pisze:
przemknąłem obrzeżami Wałbrzycha i Boguszowa, choć mojej uwadze nie umknął odmienny charakter tamtejszych gór


No nie? Kształt tych gór jest jakby z innej bajki.

antiwitek pisze:
Jeden z nich, Ostrzyca, z dala rzuca się w oczy


Nie byłem, ale mnie też kusi. Do 2045 roku na pewno odwiedzę!

_________________
hajfi super star super hit diskdżokej szczerzy kły znad konsolety


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 01 września 2025 18:43:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Dziękuję chłopaki! Ostatnio często pomijam relacjonowanie, ale tu jakoś chciałem spisać co i jak było, moja pamięć jest coraz słabsza :wink: .

Rower sprawował się bez zarzutu, nawet nie musiałem dopompowywać dętek. Na klejenie nie byłem przygotowany, ale na wymianę owszem. Zdaje się, że dętka w tylnym kole nie wymieniana była od nowości, nieraz o niej myślałem jadąc, żeby się trzymała i żeby nie teraz :) .

Co do odległości, to nie są to żadne wyczyny - najczęściej robiłem około 50 kilometrów dziennie. Raz z 70, a dwa razy mniej. Jeśli wliczyć drogę do i z Sącza, to wyjdzie koło 350 kilometrów w sumie. Nad przewyższeniami się nie zastanawiałem. Zresztą gdy było za stromo, to prowadziłem :wink: .

Wciąż pociąga mnie ów Dolny Śląsk. Nie tylko rowerowo zresztą. I na Ostrzycę bym się wdrapał, z tym że to chyba nie całkiem legalne?

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 01 września 2025 21:12:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 24907
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Nie byłem wprawdzie, ale chyba można wejść, mimo że rezerwat. Szlaki i ścieżki są.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 01 września 2025 21:16:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 8099
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Wspaniała wyprawa i świetnie się to czytało !

„Wilhelm Ernst Karl Alexander Friedrich Heinrich Bernhard Albert Georg Hermann von Sachsen-Weimar-Eisenach” WOW

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

Wszystkie prawdziwe ścieżki prowadzą przez Góry.

Zawsze mieć dojrzałe jagody do jedzenia i słoneczne miejsce pod sosną, żeby usiąść.


My gender pronoun is "His Majesty / Your Majesty".


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group