Widziałem ten szczyt z krzyżem kilka razy ostatnio! Choć nie z takim pięknym księżycem w tle
Pojechałem z młodymi w ubiegłą sobotę. Wsiedliśmy do wagonu sypialnego i o 20:49 ruszyliśmy. Dobrze mi się spało, telepanie wagonem w okolicach Suchej Beskidzkiej (mogło być koło 4:00) wręcz przyjemnie na chwilę mnie obudziło, bo uświadomiłem sobie, że hoho jadę w Tatry!
No i cóż - przed 8:00 byliśmy już na kwaterze (znów Cyrhla) a o 9:30 na szlaku. Poszliśmy z Palenicy do Wodogrzmotów a potem do Pięciu Stawów. Podejścia do schroniska z Doliny Roztoki nigdy nie należy lekceważyć! Zgrzałem się i zdyszałem już po kwadransie. W końcu jednak osiągamy schronisko, tam jemy i idziemy dalej na południe. Cel: Szpiglasowy Wierch (po cichu myślę też o zrobieniu Wrót, ale gdy czas będzie dobry).
Skręcamy w lewo i mijamy Stawy: Wielki i Czarny. Po drodze mamy dwie kozice całkiem blisko, wreszcie zbliżamy się do ekspozycji przy podejściu na przełęcz. Pogoda cały czas dobra, tylko wieje mocno. Z przełęczy robimy oczywiście odbicie na sam szczyt, z którego widoki niezmiennie od lat piękne!
Tu widok na grań Orlej Perci, ze Świnicą i Kozim Wierchem

Schodzimy do Dolinki za Mnichem - zawsze zadziwia mnie widok Mnicha stąd, wygląda on jak kurdupel bez charakteru. Potężnieje znacznie niżej.
Ale Mięgusze z Cubryną i Rysy, oświetlone już niższym słońcem - piękne!
Przy odejściu na Wrota Chałubińskiego już wiem, że nie damy rady ich zrobić w rozsądnym czasie. Gdybyśmy nocowali w Moku lub Roztoce to inna sprawa...
Schodzimy więc dalej i w porze wczesnej kolacji osiągamy schronisko przy Morskim Oku. No a potem jeszcze te 8 kilometrów asfaltem, które urozmaicamy sobie konkursami i quizami. Do pensjonatu docieramy o 20:30, już dość zmęczeni - to nie była optymalna opcja, taka wyrypa zaraz po wyjściu z pociągu, ale nazajutrz pogoda ma się skisić, więc chciałem wykorzystać tę niedzielę.
Rano jeszcze przez chwilę jest nieźle, ale potem niebo szybko się zaciąga i zaczyna padać. Cóż robić, czekamy aż przestanie - przestaje po 15:00 ale chmury wciąż wiszą nisko, więc jedyne co możemy sobie zaproponować to Kopieniec. Z Cyrhli mamy tam blisko, o 17:00 stajemy na szczycie, z którego jednak gwoli prawdy nie widać zupełnie nic. Wiele nie brakowało, bo już polana pod szczytem jest wolna od chmur. Jemy w szałasie a potem schodzimy do Olczysk. Widoki cały czas ograniczone i makbetowsko-wilgotne.

Potem Dolina, która w swej skromności jest bardzo ładna i lubię ją. Zachodzimy jeszcze do kaplicy na Jaszczurówce i wracamy do Cyrhli, akurat w sam czas bo znów zaczyna padać.
Wtorek zaczyna się zupełną klapą - leje a chmury zeszły jeszcze niżej, cała Toporowa w mleku. Ale prognozy są względnie łaskawe na popołudnie, więc jedziemy autobusami do Siwej Polany. W planach był dziś Wołowiec i Rohacze, ale już wiem że to odpada - powyżej 2000 metrów nawet po ustaniu deszczu będą chmury. No to co, robimy Trzydniowiański? Jak wiadomo, nienawidzę go (a właściwie drogi przez Kulowiec), ale ostatecznie po latach można się z nim spróbować.
Gdy wychodzimy z busa akurat przestaje padać. To już coś, niezbędne minimum. Ach, ta droga przez Chochołowską - zawsze się dłuży! Szczególnie na początku, potem gdy widać już po lewej Kominiarski, po prawej Bobrowiec robi się ciekawiej. Dochodzimy wreszcie do schroniska i jemy żurki.
Szlak na Trzydniowiański przez Dolinę Jarząbczą jest na początku całkiem przyjemny. W końcu jednak trzeba odbić w lewo i stromizna narasta. Ale w sumie ta pętla jest tam fajnie, widokowo poprowadzona. Patrzę na chmury, które podnoszą się stopniowo ale grań główna jest wciąż nimi zakryta, widać tylko Niską Przełęcz, dosłownie na sekundy pojawia się Łopata i Kończysty Wierch. Ale Trzydniowiański, na który docieramy około 16:20 jest zasadniczo czysty.

Co kilka minut obserwujemy fantastyczne widowisko chmurowe - potężne obłoki rodzą się gdzieś w dolinach, wielkie płaty przepływają niedaleko nas, wciskają się w przełęcze, puchną a potem nikną, wszystko w dużym tempie i czasem podświetlone słońcem. Magia obłoków!
Podziwiamy panoramę ze szczytu, szczególnie pięknie prezentuje się masyw Bobrowca i słoneczna Dolina Chochołowska o 600 metrów niżej. Tyle, że szybko zaczyna robić się nam zimno, dzień jest w ogóle chłodny a termometr pokazuje tu zaledwie 6 stopni.
Przed nami teraz to straszliwe zejście, przez Krowiniec i Kulowiec, mając po lewej stronie Ropę (już samo to brzmi zniechęcająco). Na początku grań jednak jest przyjazna i wciąż widokowa.

Poniżej 1500 metrów już nie ma zmiłuj - najpierw piętro kosówek (uczciwie jednak przyznaję, że szlak bardziej przetarty niż onegdaj, chyba zrobili im postrzyżyny) a potem po zejście przez las, strome i nie mające końca. Podtrzymuję - to jest najgorszy szlak w polskich Tatrach!
Później znów długa Chochołowska, rezygnujemy z przejścia kolejno: przez Iwaniacką do Ornaku, drogi do Lejowej i zejścia Lejową, skrótu do Kir. Zmęczeni i trochę wciąż niedogrzani po zimnie na szczycie docieramy grzecznie do Siwej i czekamy na busa. Od Hucisk towarzyszy nam niskie, pomarańczowe słońce, które pięknie oświetla masyw Giewontu na wschodzie.
W Cyrhli jesteśmy dopiero po 21:00.
No i to tyle... O 11:20 w środę mamy pociąg powrotny, więc nic już tego dnia nie można było zdziałać poza kupnem oscypków.
Ogólnie - bardzo udana eskapada!