Ostatnio dobrze mi się słucha starego Heya, więc kilka słów.
FireDla mnie to się straszliwie zestarzało, choć ma pewnie swój urok, jako jakiś portret swojej epoki i młodzieńczego zapału ludzi ją tworzących. Ponoć Banach napisał lwią część tego materiału w Studiu Izabelin pod presją terminu i to słychać, jest to dużo anglojęzycznych numerów, które są oczywiście kompetentnie zagrane, ale zwykle ani specjalnie zgrabne ani odkrywcze ani zapadające w pamięć. Ohydne brzmienie, szczególnie perkusji i dużo takiego overplayingu dobrych technicznie chłopaków, którzy ćwiczą na instrumentach 8 godzin dziennie, testują gitary w sklepie z gitarami, a potem grają próbę i ręce ich świerzbią. "Zobaczysz" to chyba pierwsza tak wyraźna zapowiedź wielkości zespołu i wokalistki, cenię też riff "Fate" i świetny wokal Kasi w tymże (szczególnie w połączeniu z tekstem), doceniam poruszenie trudnej problematyki w "Dreams". Z mniejszych rzeczy: "Delusions" to fajne otwarcie sub-wątku bluesiarskiego, w którym Kasia też ewidentnie się dobrze czuje. No dobra, jeśli chodzi o te anglojęzyczne numery to mam pewną słabość do numeru "Desire", który nawet nie jest tyle grungowy, co na luzie mogłoby go Guns'n'Roses nagrać

Może dlatego go lubię, bo kojarzy mi się z powtarzanym czasem na Kulturze występem Heya na Jarocinie '92, gdzie oni są tacy fajni, podskakujący, świeżutcy zupełnie.
Ho!Niby dużo wad debiutu (głównie soundowo-aranżacyjnych), ale wszystko jakieś takie okrzepłe i dużo bardziej równe, nie ma ewidentnych wypełniaczy, bo nawet anglojęzyczne numery się generalnie bronią, ba! "That's Lie" i "Is it Strange?" są w topie moich faworytów. Z kolei Kasia śpiewająca po polsku już nie tylko umie składać zgrabne zdania, ale zdarza się jej trochę bardziej zaszaleć z formą i trafić w bardziej poetyckie rejony (Sowa i tytułowy). Najlepszy numer to "Cudownie", uwielbiałem te wszystkie numery, w których ona jeszcze w zwrotce się czai i w refrenie WYDZIERA SIĘ NA PEŁNEJ, a to jest najlepszy z tych refrenów w całej karierze, moim zdaniem.
?Dziwne, bo niby jest to naturalna kontynuacja rozwoju z poprzednich płyt i naturalne przejście na kolejny poziom ewolucji. Może dlatego, że mniej jest tu grunge: jak czadują (np. w "Dorosłości" albo refrenie "Anioła") to słychać bardziej Helmet, a i czasem jakieś odbłyski Fugazi czy NMN się pojawiają, jak mniej czadują, to bardziej jest to szeroko pojęty rock alternatywny, a w najspokojniejszych momentach mniej ogniska, a więcej melodycznej subtelności, oddechu...A i blues i reggae też zostały, choć "Musli" to dla mnie akurat jeden z antyfaworytów. Chyba tylko przy numerach "Fire of My Soul" i "I don't know" czuję się jak na poprzednich płytach, ale rozumiem, że to chwile bezpretensjonalnego czadu na dość poważnej i poetyckiej płycie. No i tutaj Kaśka jest już w pełni uformowana, nie do podrobienia i dojrzała. Ogólnie to od sasa do lasa, eklektyczny i zróżnicowany album, wyraźnie przejściowy, ale ta przejściowość działa przypadkiem bardzo na plus.
KarmaJeśli "?" to była płyta przejściowa, to to jest to do czego to przejście prowadziło, rozwinięcie tych najbardziej przestrzennych, zwiewnych i poetyckich momentów Pytajnika. Uważam też, że gdyby Heya faktycznie wyeksportować na zachód, to w 1993 byłby drugoligowym zespołem grungowym, ale w 1997 to już pierwszoligowy zespół alternatywny, który nie powinien mieć żadnych kompleksów (choć wiadomo, że gdyby wtedy ktoś spróbował, to i tak by się pewnie nie przebił, ale uważam, że to po prostu muzyka i przede wszystkim wokalistka, która absolutnie się broni na tle świata w swojej kategorii). Powiem wprost: dla mnie całościowo najlepsza, najrówniejsza, najbardziej wyjątkowa płyta Heya. Ciężko mi wyróźnić jakiś numer, to jednak monolit, chociaż prosi się o kilka dodatkowych ciepłych słów o "Kataszy" - to kolejny z TYCH REFRENÓW, które zawsze mnie rozwalą.
HeyOd lat tego nie słyszałem, ale z pamieci, to znam połowę mniej więcej. Reggae covery okej, ale dość mało wnoszą, "Pomyłka S." byłaby świetna, ale to faktycznie lekki autoplagiat "Zobaczysz". "4 Pory" to bardzo fajny singiel, znowu refren Z TYCH REFRENÓW. Ciekawe, że Budyń - sądząc po poście otwierającym - to chyba największy fan tej płyty jakiego kojarzę gdziekolwiek.
sic!Cytat:
[sic!]
To bardzo dobra płyta, ale ponieważ nie jest znowu taka uniwersalnie świetna, to bardzo dobrze robi jej słuchanie głośno i wyraźnie. Bo czadowe fragmenty znacznie lepiej chwytają, podczas gdy słuchane cicho robią się na pół gwizdka, z kolei w piosenkach cichych, różnych Preludach, można usłyszeć więcej subtelności i wczuć się, podczas gdy słuchane cicho lekko wieją nudą... A przede wszystkim można się lepiej wsłuchać w głos i interpretacje Kasi Nosowskiej, co wszak jest największą wartością muzyki Heya.
Well, po co mam pisać o tej płycie, jak Kolega napisał wszystko co uważam na ten temat.