Dzięki

. To pozwolę sobie na trochę dłuższą historię. O samym niedzielnym koncercie akapit czwarty i piąty

.
Pamiętam jak w liceum będąc u kuzyna na Śląsku zetknąłem się z SBB. Byłem zaskoczony, bo miałem się za człowieka zorientowanego w muzyce, a tymczasem ta nazwa nic mi nie mówiła. A tu przy gramofonie winyle, posłuchaliśmy wtedy płyty "Ze słowem biegnę do ciebie".
Wiele lat później poznałem i doceniłem płytę "Marionetki" grupy Niemen z udziałem muzyków SBB, no i dzięki forum i MAQ zespół znów mi wypłynął. Ale prawda jest taka, że przez lata więcej słuchałem o nich, szczególnie o Józefie Skrzeku, niż nagrań. No, z debiutancką koncertówką miałem może krótki, ale intensywny kontakt - coś się we łbie odłożyło. W 2016, kiedy grali na Offie, to już postarałem się, żeby należycie przeżyć koncert, choć równocześnie miałem trochę poczucie beki, w sumie nie wiem dlaczego.
W zeszłym roku, kiedy okazało się, że MAQ przyjeżdża na koncert do Krakowa do klubu Studio, to stwierdziłem, że ja też bardzo chętnie. Zespół wystąpił z Gaborem Nemethem w miejsce Piotrowskiego, my w pierwszym rzędzie - było to naprawdę super doświadczenie przebywania w centrum wydarzeń, gdzie muzyka uderza z bliska, rozgrywa się na naszych oczach, a komunikacja między muzykami, współgranie, zmaganie, dawanie do pieca - to wszystko było doskonale słyszalne, wyczuwalne, a i widoczne. To dlatego gdy teraz koncert miał się odbyć w tej samej konfiguracji i miejscu - też chciałem być. Właściwie udało się zorganizować całą wycieczkę kolegów, choć MAQ tym razem być nie mógł. Co nie znaczy, że nie było tam innych niż ja forumowiczy

.
Tym razem zajęliśmy miejsca z tyłu, przed konsoletą. Możliwe, że na taki koncert, jaki przydarzył się w niedzielę, to było najodpowiedniejsze miejsce. Bo SBB, mimo, że repertuar był podobny, to zagrało zupełnie inaczej, a z oddali właściwie można było docenić całą potęgę masywnego lecz głębokiego brzmienia zespołu, tego jak ta muzyka potrafi narastać, płynąć, w jaki sposób współoddziałują na siebie różne jej elementy, ile w tym wszystkim jest oddechu, ile życia. Poprzednio nie miałem takiego wrażenie, ale teraz tak, że szło to w kierunki solowego koncertu Skrzeka. Zwłaszcza budowanie przez niego klawiszowych partii było niezwykle poruszające. Mam wrażenie, że zamykał w tych moogowych, organowych, fortepianowych, mellotronowych dźwiękach niezwykłą wprost ciemną głębię uczuć i emocji. Dlatego uśmiech satysfakcji, który miałem na ryju przez większość tego koncertu, np. gdy Józef pizgał na basie, czasem znikał pod wpływem wzruszenia lub zadziwienia. Apostolis coś w międzyczasie pokombinował z brzmieniem swojej gitary, które podobało mi się mniej niż poprzednio, ale i tak był super - zaskoczyły mnie ewidentnie hendrixowskie momenty. Gabor solidnie i widowiskowo, no i momenty, kiedy pozwalał sobie na więcej - ze szczególnym uwzględnieniem solówki perkusyjnej, albo współsolówki z Anthimosem na drugim zestawie (szlak, czy ktoś podmienił Witka?) - bardzo satysfakcjonujące.
Najlepsze jest to, że SBB gra swoją oryginalną muzykę - właściwie jest to przecież ewenement, zjawisko! Zwłaszcza, że gra ją z taką mocą, z takim zapasem, dając się jej prowadzić, porywać i unosić. Do tego nie wystarczy wyćwiczenie materiału, tu trzeba mieć jakiegoś ducha, jakiś wiatr, które pcha wszystkich muzyków w jednym kierunku. Uczestniczyć w takiej podróży, to naprawdę niezwykła sprawa. Po wszystkim jestem pełen podziwu, szacunku i po prostu szczęścia.
A dzień wcześniej był u mnie kuzyn z początku tego wpisu. Widzieliśmy się trzeci lub czwarty raz w życiu. Mówię: "Pamiętasz jak wtedy pokazałeś mi SBB? Jadę jutro na koncert". A on: "Pamiętam, byłem wtedy zaskoczony, że chciało ci się ze mną słuchać "Ze słowem biegnę do ciebie". Do dziś uwielbiam tę płytę".
Czy jakoś tak

.