To chyba rok temu jak zdiagnozowano mi nowotwór. Razem ze zdrowiem straciłem na stare lata pracę, a że mieszkam w wiosce i w miejscu o, że tak delikatnie powiem, małym dostępie do zasobów rynku pracy, nie było mi do śmiechu. Badania, rezonans jeden, rezonans drugi, badania. W końcu operacja. Szpital im Rydygiera w Krakowie, sala operacyjna w piwnicy - kto był, ten się w cyrku nie śmieje - ale o tym za moment, bo jak myślę o mojej regionalnej służbie zdrowia przed oczyma staje mi historia sprzed kilku lat,kiedy to przed firmą w której pracowałem doszło do kolizji. Z rozbitego suva wyszedł bardzo zafrasowany człowiek lat 35, warszawiak o pięknych mokasynach z bimbołkami, lnianych spodniach w beżu późnojesiennych łąk mazowieckich, w pięknej koszuli powiewającej na wietrze, bo na placu w mojej pracy zawsze wiał wiatr, i chodził wpatrzony w ekran swojego telefonu. Po chwili podjechała karetka i zabrała jego dziecko i żonę do szpitala, na - jak się okazało - rutynowe oględziny, bo przy całym nieszczęściu nikomu nic się nie stało. Kierowca nawet na mnie spojrzał. Wsiadł w taxi i pojechał - jak się później dowiedziałem - do szpitala za swoją rodziną. Po jakimś czasie widzę go chodzącego po placu, z włosem rozwianym, roztrzęsionego, z okiem w jakimś złu wklęśnionym, rozpięta koszula, chodzi nerwowo, wyszedłem zapytać czy czegoś nie potrzebuje, może wody.... kiedy on zwraca się do mnie i nienaganną polszczyzną ociekającą przerażeniem z rodem z horrorróf Hammera - tak sobie wyobrażam, bo nie widziałem

- mówi, krzyczy: - Byłem! Byłem w ! w w tym! szpitalu..... w szpitalu byłem.... dziecku i żonie nic nie jest, ALE!... ale ... jak!?WY? MOŻECIE TU ŻYĆ!!!??? Na to ja: - Spokojnie! Mamy to szczęście, że niedaleko mamy taki ośrodek jak Kraków! I wypinam z dumą pierś królewsko stołeczną. Na co mój warszawiak. - Tak. Byłem tam też raz, bo żona z Krakowa. Myślałem, że nie może być już nigdzie gorzej.

No więc jadę na tę operację na łóżeczku pchanym przez dwie urocze pielęgniarki, które rozmawiają ze sobą. Jedna z nich mówi bardzo dobrze, ale z miękkim akcentem, gdy zostajemy sami mówię, że bardzo dobrze mówi po polsku, na co ona obruszona - Nie musiał mi pan tego mówić. Przeprosiłem i zrobiło mi się smutno. Jedziemy windą w podziemia. Żarófka na drucie. Zostaję sam w łóżku przed otwartymi drzwiami sali operacyjnej. Siostry zabierają pacjenta z rozświetlonego - bez przesaaaady - wnętrza sali i mijając mnie zmykają z pacjentem za winklem.
Leżę. Czekam. Czekam. Leżę.
Wychodzi młody doktor.
- No! No! Nie jest prosze pana najgorzej, ale musiałem panu wyciąć - tu przewraca jakieś kartki - no więc wyciałem trochę więcej niż zamierzałem, bo....
W drzwiach pojawia się fosforyzująca siostra.
- Panie doktorze, ale to nie ten pacjent.
- Aaaaaa.... aaaaaaa.... No taaaaak.
Nie wiem czy mam uciekać, wyrywając wenflon narazić się na delikatne krwawienie czy jednak nie. Ale zdumienie było silniejsze i wjechałem na pokoje, tzn na salę operacyjną. Tu od razu dzieła przystąpiły siostrzyczki. Pomiary, wstrzyknięcia. Roztargniony doktor próbuje koncentrować się z siostrą przełożoną rozmawiając o dupie maryni i co na mieście. W końcu bierze mnie za rękę i mówi.
- Operacja będzie dość skomplikowana i wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem, ponieważ guz przylega tu i tu łączy się z tym i z tym co jak wiadomo jest rzadkością i występuje u 3% pacjentów, tak więc po wybudzeniu może pan mieć uczucie takie i takie, ale bądźmy dobrej myśli.....
Resztkami świadomości zdążyłem zapytać tylko
- Pani....panie....
Nachylił się.
- ....doktorze... ale nie pomylił... mnie pan i nie wytnie więcej....???
Spojrzał na mnie wzrokiem doktora Kuppelweisera i krzywo się uśmiechając odjechał na swoim stołeczku na kółkach.
Oddaliłem się i potraciłem świadomość modląc się.
- Halo o o o ... już jest pan z nami, doktorze... budzi się.... budzi...
Ruszam się na łóżku sprawdzając czy mam wszystko na miejscu. Nie wiem. Mijają minuty.
Mijają minuty.
Mijają minuty.
Nawiązuję kontakt z bazą. Doktor podjeżdża do mnie na swoim fikuśnym stołeczku i bierze mnie za rękę. "O kurwa!" - myślę. "Nie jest dobrze"
- Nie wiem jak to mam panu powiedzieć....
Zapada grobowa cisza.
- ... nie wiem jak mam panu to powiedzieć, ale ... tam nic nie ma..
- Co?.... ale że wyciął mi pan wszystko, nic już nie mam w brzuchu? Panie doktorze...jak...?
- Nie! Nie - przerwa mi energicznie. - Nie wiem jak to powiedzieć, sprawdziliśmy dokładnie, wołałem nawet koleżankę, ale tam pan nic nie do usunięcia.
- Ale dwa rezonanse, badania.... - byłem blisko do błafgania tego człowieka o wycięcie mi czegokolwiek....
_ No nie. Nie ma już tego guza.
Wiem. To była pomyłka lekarska, ale jednak jakiś cud, nawet nie ten fizyczny tylko ten prawdziwy, ten który dzieje się w ludzkiej duszy, w mojej, był?
-