Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 kwietnia 2026 09:38:34

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 845 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 52, 53, 54, 55, 56, 57  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: ndz, 06 października 2024 18:27:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
Co ciekawe ja też. Na koncertach zwykle bywa tak, że raczej słyszę mniej niż widzę. A tu było na odwrót. Okazało się, że przez wszystkie skrzynki z efektami gitarzystów, basista im nie zmieścił im się na maleńkiej scenie 2Kółek, więc go postawili przy kiblach. :D

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 14 października 2024 18:33:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 7170
Dobry wieczór
Byłam wczoraj na koncercie Martyny Jakubowicz. To taka prastara pieśniarka, która w lutym skończyła 69 lat. Kiedy ostatnio ją widziałam na koncercie, miała o połowe mniej, a fakt że o tym wspominam nie świadczy o mnie dobrze.
W podróży pociągiem przyglądałam się drzewom, tak bajecznym tej jesieni, póki co. Widok tych drzew wynagrodził nam za chwilę dojście do dzielnicowego domu kultury, przez potworny wiadukt i najeżoną szarymi rurami jezdnię.

Martynę zapowiedział facet w krawacie, tak wzruszony że zapomniał ją przywitać kiedy weszła. Ona - w powłóczystej kamizeli, z hipisowskim wciąż lokiem, z półuśmiechem Mony Lisy, zasiadła naprzeciwko na scenie. Rozmowa przed koncertem dotyczyła wydanej niedawno przez artystkę książki pt. "Trudna sztuka latania" Rozmówca zadał autorce kilka trudnych pytań, na które właściwie sam odpowiedział, bardzo wzruszony.
Moja córka w tym czasie wydobyła komórkę ziewając, bo nie spodziewała się wieczoru autorskiego. Kiedy zaczęłam się tym martwić, facet zapowiedział przerwę aby pieśniarka się przygotowała, nie wiem może wzięła kąpiel czy wypiła drinka? Ja wyszłam po kawę na wynos. Ale przerwa trwała chwilkę, co zobaczyłam w figlarnym wyrazie twarzy Martyny, kiedy wyszłam z kolejki.

W zespole tylko dwóch gitarzystów - młody debeściak i stary zwierz, ona miedzy nimi, wszyscy na krzesłach. Trasa koncertowa trwa już jakiś czas, więc format jest ustalony - fragment tekstu, piosenka. Cytaty rozdrażniły mnie mnogością nazwisk, dat, miejsc i nagrań, natomiast piosenki następowały chronologicznie.
Kiedy wokalistka młodzieżowa staje się pisarką pokoleniową, następuje zaburzenie równowagi między tekstem a dźwiękiem. Suchość textu, nie odbierając mu zasług, zrównoważyły mi nagle łzy, płynące niespodziewanie od początku każdego utworu.

Nie był to już Jarocin ani Rawa Blues. Magiczny rok osiemdziesiąty drugi nawet dla mnie jest tylko prehistorią...choć że paranoja była goła już pamiętam, a jeszcze lepiej pamiętam na grundigu starej taśmy zgrzyt.
Byłyśmy wtedy hipiskami i żyłyśmy swoje role hipisek. Potem przyszły inne role, które odgrywałyśmy lepiej czy gorzej, a czas płynął. Zobaczyłam więc scenę nie pasującą nijak do moich wyobrażeń aktorskich. a jednak wiarygodną, choć nie tak ciekawą jak myślałam. Widząc to kiedyś, raczej nie dałabym się zabić za taki obraz.

Tu moje wyobrażenia co do ról jakie przyszło nam odegrać.
O niej, hipisce śpiewającej bladym świtem w Jarocinie, z opaską we włosach, z Ryśkiem Riedlem u boku
O mnie pod tamtą sceną, z wypiekami na twarzy
O nas wczoraj i o tej pani siedzącej cały czas na krześle jak i my. O Jonie Mitchell i Bobie Dylanie - była tam wyrwa w której się odnalazłam, zasłona niewidzialna już dla mojej córki. Mówią że kobieta w pewnym wieku staje się niewidzialna (dla kogo??!!) ale to niecała prawda. Może niewidzialna, ale widzi więcej.
Zobaczyłam więcej, kiedy po koncercie zebrał się tłum ludzi w korytarzu. Książek zabrakło, płyty schodziły jak ciastka. Późnym wieczorem w Chorzowie piłyśmy herbatę w barze bistro. Zobaczyłam też jak w transie bar dworcowy oglądany dotąd tylko przejazdem. Chciałam napisać o nim w wątku o barach mlecznych, zanim zasnę. Potem dwa pociągi intercity przeleciały pędem przez peron w przeciwnych kierunkach, zupełnie jak u Hoppera.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 14 października 2024 18:43:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28616
Dawno nie widziałem Martyny Jakubowicz, ale że półuśmiech Mona Lisy, to wydaje mi się bardzo trafne! Dziękuję za ten opis kawałka rzeczywistości.

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 14 października 2024 21:32:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11078
Anastazja :)
Brakowało mi takich Twoich postów jak ten!

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 22 października 2024 08:16:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
Wczoraj koncertem w Einsturzende Neubauten w Stodole prawie dwutygodniową sztafetę koncertową, która zaczęła w czwartek, 10 października koncertem w Hybrydach. W ciągu tych 12 dni widziałem 10 wykonawców i psułem sobie słuch anarcho-hardcorepunkiem, brutalnym industrialem, electro-popem, shoegazeową, noisową psychodelą, atr-post-punkiem, gospelem,tradycyjnym, nudnym jak flaki z olejem rockiem, glam rockiem, rockiem alternatywnym, a wreszcie czymś leżącym na skrzyżowaniu post-industrialu i art-popu.

Tak się to prezentowało po kolei:

phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


phpBB [video]


Musze chwilkę odpocząć.

...ale tak nie za długo.

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 24 maja 2025 23:45:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
24 maja, Stodoła - The Swell Season,
czyli Glen Hansard i Marketa Irglova po reaktywacji, znowu razem - wspaniały koncert, w którym wszystko, co mogło pójść dobrze, poszło jeszcze lepiej. Charyzma sceniczna Glena jest czymś zupełnie niewiarygodnym i trudno w nią uwierzyć na podstawie samej słuchanej muzyki, a nawet na podstawie obejrzenia "Once" - to jest 200%, które z siebie daje, ale prócz zaangażowania i charyzmy równie imponujące są jego warunki głosowe, umiejętność przechodzenia z całkiem niskich, głębokich tonów, w najwyższe rejestry; nawet jego falsety brzmią doskonale, a to już rzadka umiejętność. Marketa śpiewa pięknie i roztacza wokół siebie taką dobrą, podnoszącą na duchu aurę, w dodatku było widać jak świetna jest chemia miedzy nią a publicznością. I oczywiście między nią a Glenem, bo sama Marketa śpiewa pięknie, ale gdy śpiewają razem, robi się z tego kolejny wymiar.
Gdybym miał powiedzieć, co jest Glena największym talentem, powiedziałbym, że talent do crescendowania. Potrafi(ą) dołożyć do pieca nawet w składzie z gitarą akustyczną i fortepianem - zaczyna się zawsze cicho i ładnie, ale stopniowo robi się z tego coś naprawdę porywającego. A kiedy Glen weźmie się za gitarę elektryczną, można być pewnym, że w dalszej części utworu będzie po prostu czad. I publiczność wtedy odlatuje. Ja w ogóle niezwykle lubię, jak on gra na gitarze. Zapewne nie jest wirtuozem tego instrumentu, za to ma wspaniały feeling i potrafi nadać brzmieniu swój osobisty charakter. Skądinąd Glen zmieniał instrumenty jak rękawiczki - różne gitary, ale i bas, i jakieś małe coś, chyba mandolina, i przy fortepianie siadał...

Na tym koncercie świetnie działały też różne drobiazgi. Okazało się, że na miejscu dołączyła do zespołu siostra Markety i jej udział był świetnym dodatkiem, z ukoronowaniem w postaci wspólnego wykonania utworu Karela Kryla przez siostry. Okazało się, że basista, który grał, w ogóle nie był basistą zespołu (ten musiał nagle wyjechać), lecz tour managerem, który na szybko nauczył się grać (świetnie mu szło!), ale Glen co i raz rzucał w jego stronę D! A! F sharp!, żeby chłopak się nie pogubił. Najważniejsze zaś, że wszystko wzbudzało totalny entuzjazm u publiczności i mogę powiedzieć bez wahania: ten koncert był jednym z najlepszych pod względem zaangażowania i zachowania publiczności, na jakich w ogóle kiedykolwiek byłem. A Glen powiedział, że to był dla nich najlepszy koncert na trasie, bo zupełnie się im nie kleiło i chyba wręcz nie chciało, ale kiedy weszli na scenę, od razu poczuli, że będzie Dobrze, a potem było wręcz świetnie. Czy w każdym mieście tak mówią? Nie wiem, ale jak patrzyłem, jak idzie na interakcja miedzy sceną a publiką, gotów jestem uwierzyć, że naprawdę tak było.

Wniosek jest jeden: nie należy w ogóle się wahać, tylko iść na każdy koncert Glena Hansarda, jaki się natrafi!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 25 maja 2025 09:43:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:20:04
Posty: 14601
Skąd: nieruchome Piaski
Gdybym tylko znajdę dłuższą chwilę na skorzystanie z komputera i tradycyjny wpis, to na pewno podzielę się wrażeniami (może nawet nie tylko moimi).

_________________
Go where you think you want to go
Do everything you were sent here for
Fire at will if you hear that call
Touch your hand to the wall at night


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 26 maja 2025 09:14:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11078
:shock: Cholerrra! :glupek2: Na śmierć zapomniałam o tym koncercie, a poszłabym na 100%! :cry: :cry: :cry:

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 27 maja 2025 09:42:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:20:04
Posty: 14601
Skąd: nieruchome Piaski
Pozwolę sobie na przytoczenie wrażeń z innego miejsca.

Na koncert czekaliśmy, bo miała to być też chwila wytchnienia po maratonie egzaminacyjnym pierworodnej (tegorocznej ósmoklasistki). Fen zapomniała, a my przez jakiś czas nie zaglądaliśmy do maila z biletami i byliśmy przekonani, że koncert będzie w poniedziałek 19.05. Ten występ wciąż w nas żyje. Zosia zestawiła sobie nagrania sprzed lat i stwierdziła, że Mar i Glen radzą sobie teraz wokalnie zdecydowanie lepiej, są pewniejsi, mają mocniejsze, ustawione głosy.

Przysługa Glena dla supportującego ich Maksa Łapińskiego, bo ściągnął obecną wcześniej publiczność pod scenę, gdy - jak na rasowego buskera przystało - zagrał "Say It To Me Now" bez żadnego nagłośnienia (jak na koncercie dodanym do drugiej płyty). Wspomniany Maks całkiem miło wpasował się w klimat całości.

Co do gwiazd wieczoru, to jesteśmy oboje (ja i Zosia) oczarowani. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę "In These Arms". Ulotny "The Moon" zaraz na początku od razu mnie nastroił na resztę wieczoru. Trzy numery singlowe ("Factory Street Bells", "People We Used To Be" - z tą zamianą ról, najpiew zwrotkę i refren wykonała Mar ze wsparciem Glena, a później ona towarzyszyła jemu - czy intymny "Stuck In Reverse", gdzie było świetnie widać umiejętności wokalne Hansarda) o wiele bardziej do mnie przemówiły niż w dniach ich premier. O "Falling Slowly" nie da się napisać, że po prostu było, bo taki moment jedności wykonawców i publiczności nie zdarza się co dzień. To był poziom, który można osiągnąć chyba tylko na Poddaszu lub na Mauej Uonce. Morze zasłuchanych i śpiewających głów. Ich solowe propozycje, które równie dobrze mogłyby być wspólnymi i takimi okazały się na koncercie: "Spirit Is Here Too" Markety z anegdotą o oglądaniu Eurowizji na polskim YT i opisem rozgrywki w Wormsy, gdzie wymazywanie drużyny przeciwnej było pretekstem do refleksji na temat wojny, porywający "This Gift" Glena. Zastanawiałem się, czy wolałbym "Once" w miejsce "Lies", ale to była tylko chwila. Na scenie pojawiła się też Zuzanka (siostra Mar) w "If You Want Me", ale "Salome" Kryla, gdzie obie usiadły przy fortepianie, a Glen im akompaniował i podśpiewywał tytułowe imię córki Herodiady, nie mniej dotknęło.
Może jeszcze wrócę, ale na razie zaznaczę, że Glen i gitara (czy to Ta - dziurawa - Gitara, czy mniej znane akustyczna i elektryczna) to po prostu jedność. Widać, że nie zapomniał, jak grał w The Frames. Co prawda prażanie mieli więcej szczęścia, bo oprócz "Fitzcarraldo" usłyszeli jeszcze "Revelate". Wtedy usłyszelibyśmy taki zestaw. Hansardowe "Her Mercy" też dostarczyło dawkę konkretnego hałasu.
Wpletli "Into The Mystic" Vana Morrisona w "Low Rising", wskazując źródło, któremu zawdzięczamy muzykę duetu. Wspomniana przez Crazy'ego mandolina została użyta w utworze o ciężarze zdjętym z barków człowieka "Great Weight Is Lifted".

_________________
Go where you think you want to go
Do everything you were sent here for
Fire at will if you hear that call
Touch your hand to the wall at night


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 28 maja 2025 21:34:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Miki pisze:
O "Falling Slowly" nie da się napisać, że po prostu było, bo taki moment jedności wykonawców i publiczności nie zdarza się co dzień. To był poziom, który można osiągnąć chyba tylko na Poddaszu lub na Mauej Uonce.

Ale to pięknie napisałeś! Wzruszony jestem :-)
Ogólnie wszystko się zgadza! Poklikałbym kiedy w te Twoje linki, ale chwilowo jestem gdzie indziej.

Miki pisze:
Przysługa Glena dla supportującego ich Maksa Łapińskiego, bo ściągnął obecną wcześniej publiczność pod scenę, gdy - jak na rasowego buskera przystało - zagrał "Say It To Me Now" bez żadnego nagłośnienia (jak na koncercie dodanym do drugiej płyty). Wspomniany Maks całkiem miło wpasował się w klimat całości.

W sensie że Glen pojawił się przed Maksem i to zagrał? O jaaa, ale czad! Niestety tośmy ominęli. Widzieliśmy końcówkę Maksa i rzeczywiście sympatycznie to brzmiało, a zwłaszcza ujmująca była życzliwość publiczności.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 30 maja 2025 20:09:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11078
Smutno mi strasznie się zrobiło, jak czytałam te Wasze rele, bo ciężko mi przeboleć nieobecność na takim koncercie i to tylko i wyłącznie z powodu czegoś tak głupiego, jak zapomnienie i przegapienie.

Ale już mi się humor poprawił. :)

A było to tak. Całkiem niedawno radio spotifajowe zagrało mi piosenkę, która spodobała mi się na tyle, że kliknęłam w wykonawcę i postanowiłam posłuchać całej płyty. Wykonawca mi nieznany i płyta nieznana, ale od razu bardzo mi się spodobała, bo bardzo lubię takie emocjonalne, progresywno-rockowe granie. Dodałam do obserwowanych i już chyba raptem następnego dnia dostałam ze Spotify powiadomienie, że grają koncert w Warszawie, w Progresji. To się długo nie zastanawiałam i postanowiłam pójść. I w ten oto ostatni wtorek byłam. Zespół o nazwie Weather Systems okazał się być nowym projektem muzyków Anathemy. Na supporcie zagrał Haunt the Woods. Tych drugich po koncercie posłuchałam na Spotify i jakoś nie porwało mnie to tak, jak na żywo, zupełnie inaczej brzmiało, jakby inny zespół. No, ale przejdźmy do koncertu.

Przyszłam, jak już support grał. Muzyka przeważnie spokojna, nastrojowa, ale czasem potrafiąca przygrzać całkiem konkretnie wezbranymi emocjami, całkiem, jak u Glena, którego przegapiłam. ;) Choć tu w bardziej elektryczno-gitarowej wersji. Zaczarowali mnie od razu. I do tego wokalista taki, że jakbym była młodą siksą, to pewnie bym się w nim zakochała. ;) Trochę wydawał się być zaskoczony i onieśmielony bardzo ciepłym przyjęciem ze strony publiczności.
Po ich występnie nastąpiło coś dziwnego, w sumie nie wiedziałam, co, ale obeznani fani wiedzieli i byli na to przygotowani, bo powyciągali telefony i zaczęli nagrywać, zanim jeszcze to się zaczęło. Otóż zgasły światła, zostało tylko bardzo skąpe oświetlenie, na scenie pojawili się jacyś ludzie, którzy zaczęli coś robić ze sprzętem, można by to uznać za typową krzątaninę technicznych, gdyby nie to, że w trakcie tych czynności zaśpiewali wszyscy jakiś utwór prawie a'capella i brzmiało to niesamowicie!
A w każdym razie tak to wyglądało z mojego, odległego punktu widzenia, znajdującego się gdzieś z tyłu sali.
Bo wczoraj postanowiłam poszukać czegoś na ten temat na YT i znalazłam wyjaśnienie zagadki. :) Otóż okazało się, że zespół po prostu zszedł ze sceny, wszedł między publiczność i tam śpiewali - wszyscy muzycy, z oszczędnym akompaniamentem gitary, a ja najwyraźniej na scenie widziałam wtedy faktycznie jakichś technicznych i myślałam, że to oni śpiewają. :D

Po przerwie na scenie pojawiła się główna gwiazda wieczoru - czyli Weather Systems. Pierwszy utwór wykonali z polską wokalistką Oliwią, która śpiewała po polsku. Bardzo to miły akcent był. Przyznam jednak, że początek ich występu, tak ze 2-3 piosenki, brzmiały generalnie w moich uszach słabiej, niż support, zakradło się tam trochę plastiku. Potem jednak z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej i lepiej, poziom mocy wzrastał, aż w końcu odpłynęłam całkowicie. Nagłośnienie było ok, słyszałam wszystko bardzo dobrze. Danny Cavanagh sporo gadał do publiczności, choć niewiele z tego rozumiałam, mój angielski jest, jaki jest. Zespół grał świetnie, anglojęzyczna wokalistka Soraia dawała czadu. No i sama muzyka piękna, emocjonalna, klimat czasem mroczny, czasem niebiański, ale właściwie to łączący jakimś cudem obie opcje. ;) Te wszystkie dźwięki, jeszcze w zestawieniu ze światłami, robiły mi tak dobrze, że poczułam się tam wręcz szczęśliwa, jakby mi ktoś miłość wyznał, choć nie wiem, kto, boć poszłam tam swoim zwyczajem sama. ;) Same dobre myśli przychodziły mi do głowy. Był to jeden z takich koncertów, w czasie których przepełnia mnie głęboka wdzięczność za to, co słyszę i wyrastają skrzydła.
Nie są to jedynie moje wrażenia, reszta publiczności też wyraźnie była zachwycona. Atmosfera była świetna.
Do akademika wróciłam zadowolona, oraz pocieszona i udobruchana po Swell-Seasonowej stracie.

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 07 września 2025 15:59:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 14155
Skąd: ze wsi
Trochę czasu minęło od tego koncertu, ale niech tam... bilet dostałem w prezencie i pojechałem na niego bardziej dla towarzystwa, niż z chęci usłyszenia i zobaczenie zespołu którego - przyznaję - swego czasu kupiłem z dwie płyty i całkiem dobrze się tego słuchało. Jednak z biegiem czasu zaczął mnie ich agresywny styl męczyć tak, że nie wracałem do ich muzyki i tylko przy okazjach towarzyskich miałem styczność z fragmentami koncertów... wtedy już zupełnie przestał mi się podobać, ale dlaczego, o tym za chwilę... wcześniej pojawił się support tzn. wraz ze świecącymi się na czerwono odwróconymi krzyżami pojawiła się grupa mężczyzn z wyglądu przecząca, że ucieczki z tureckich więzień są nieprawdopodobnie niemożliwe. Jak przystało na takie doświadczenia byli wyczerpani i zadowoleni, co przejawiało się w wesołych i wulgarnych okrzykach mężczyzny, który otrzymał mikrofon. Jego entuzjazm był zrozumiały dla mnie do chwili w której rozległy się pierwsze dźwięki granej przez nich muzyki. Zmęczony hejwi metal, zgrany na śmierć i pozbawiony wszystkiego, co chwytało mnie jako 15 latka za serce. Coś około 40 minut i ból się skończył. Na chwilę.

Po nich na scenę wkroczyła gwiazda. Królowie współczesnego metalu. Co ja mówię?! Więcej niż królowie, filozofowie metalu. Ich trudny, techniczny styl z harmoniami jakby z Killing Joke, agresywne i mechaniczne brzmienie, nietypowe skale, polirytmia wszystko to sprawia, że trudno mi sobie wyobrazić ich jako materiał na gwiazdę zapełniającą stadiony i areny, a tu... szok! Jak? Skąd? Co prawda Tauron Arena została skrócona, ale i tak wydłużona wobec pierwszych planów. Oczywiście są też utwory bardziej, że tak powiem gwiazdorskie, z wyraźniejszą linią melodyjną. Jednak dla mnie ich styl jako całość jest mechaniczny w złym sensie tego słowa, pozbawiony duchowo analogowych wartości. A czarę goryczy przepełnia fakt używania i nadużywania przez perkusistę podwójnej stopy. A okrzyki: "Ile chcecie, podwójnej stopy! 5 minut non stop?! Wytrzymacie 5 minut pierdolonej podwójnej stopy non stop?!" 3xbis nie wiedzieć czemu wywołały jakiś rodzaj radości, jakby na chwilę artyści i widzowie zapomnieli o zbędnym śladzie węglowym. Niestety. Podwójna stopa i Gojira z killingowymi harmoniami? nieeeeee.... i Kerry King, też nie.

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 07 września 2025 19:55:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Fajna rela, ale... czyj to był koncert? Gojiry? I nieznanego supportu?

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 08 września 2025 07:13:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 14155
Skąd: ze wsi
Tak. Gojira a jako support Kerry King czyli gitarzysta zespołu Slayer.

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 10 września 2025 14:55:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Current 93, Palladium, 6 września 2025

W doskonałej akustyce David Tibet skandował swoje mistyczne teksty przy akompaniamencie sześcioosobowego zespołu tworzącego piękną muzykę, i przy znakomicie opracowanych wizualizacjach. Grali długo, bardzo dużo utworów (raczej krótkich, nie stwierdziłem takich rozbudowanych form, z którymi częściowo zespół mi się kojarzy), mieli świetne przyjęcie. Wszystkie elementy zagrały w punkt: lider był w świetnej formie, czasem śpiewał, częściej melorecytował - ale jego melorecytacje idą często na wysokim tonie, więc brzmią jak śpiew - a prócz tego nie bał się eksploatować gardła różnymi chrypkami. Zespół składał się z podstawy: gitarzysty (częściej akustycznego, czasem elektrycznego) i pianisty (nawias jak wyżej), przy czym obaj, a zwłaszcza gitarzysta, robili też bardzo udane chórki i wokalizy, nam się kojarzyło z Johnem Porterem; następnie z sekcji ozdobnikowej: tam była pani skrzypaczka oraz pan grający na fletach prostych, instrumentach kobzowatych i innych dętych, i oboje naprawde pięknie ozdabiali; wreszcie z sekcji elektronicznej, która wprowadzała te różne dysonanse i kosmiczne echa, choć nie widziałem, co właściwie robili - jeden pan na pewno był odpowiedzialny za animowanie obrazów w tle, może w ogóle tylko tym się zajmował?*

Wszystko było świetnie słychać, obrazy w tle nieprzypadkowe, bardzo starannie dobrane i pomysłowo animowane. Wiele razy podczas tego koncertu można było odpłynąć i dać się zaczarować - choć dźwiękami bardzo stonowanymi, bo jeżeli miałbym do jednej rzeczy się przyczepić, to że mało było tych awangardowych dziwnych jazd. Muzyka była raczej ładna i grzeczna, niż niepokojąca i dysonansowa (to gdzieś tam pobrzmiewało, ale z oddali). Grali jak dziwny zespół folkowy, a nie jak zespół totalnie awangardowy, w którym słychać echa folku. To jednak, co było, to muzyka piękna, skupiona i jednocześnie wielowarstwowa.
Jak przyjadą znowu, to idę bez wahania.




* ale myślę, że nie, bo tenże pan był również supportem: przez 25 minut na ekranie leciały różne intrygujące wizualizacje, a towarzyszyła im muzyka typu elektroniczne pejzaże (w jednym segmencie był mocniejszy bit, na szczęście nie trwało to długo), i to chyba wszystko ten pan opracowywał, więc sądzę, że na koncercie właściwym również dodawał jakieś dźwięki.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 845 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 52, 53, 54, 55, 56, 57  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group