ŚRODA
Kuźnice – Kasprowy Wierch – Przełęcz Liliowe –
Świnica – Świnicka Przełęcz – Hala Gąsienicowa – Jaszczurówka – Kuźnice
Wychodzę z pociągu (o pociągu w topiku o pociągach), wdycham poranne powietrze, pierwszy raz od wielu lat jestem w Zakopanem! Niebo nade mną przeciera się, ale szczyty w chmurach, Giewontu nie widać. Dzwonię do znajomych, którzy są od paru dni w Kościelisku, zapraszają mnie na śniadanie, no to OK. – o noclegu pomyślę później. Na miejscu okazuje się, że dzięki korzystnemu splotowi okoliczności mogę dostać lokum pod nimi. Rewelacja – wielkie mieszkanie z kuchnią, łazienką, sypialnią za 50 złotych/doba. No to nocleg mam załatwiony. Wybieramy się w góry. Jestem mocno niepewny swoich możliwości kondycyjnych, pocieszam się że przecież idą z nami dzieci (8+6+6 lat), więc chyba nie będę bardzo odstawał, w ostateczności zamierzam iść tzw. „metodą Fengari” czyli nie przejmować się lecz wolno i uparcie iść do przodu.
Gdy ruszamy z Kuźnic pogoda klaruje się zupełnie, świeci słońce i jest ciepło. Odcinek do Myślenickich Turni pokonujemy na luzie, potem robi się stromo ale widoki wspaniałe. W ogóle planując ten wyjazd chciałem przejść kilka kawałków, którymi jeszcze nie szedłem albo już nie pamiętam że szedłem. No i pieszy wariant na Kasprowy jest właśnie takim odcinkiem. Krótko przed szczytem mam pierwszy kryzys, dyszę i sapię ale jeszcze nie klnę na góry. Wreszcie – jest, Kasprowy Wierch! Idziemy na nieprzyzwoicie drogi żurek do górnej stacji kolejki a potem włazimy na Beskid. Bez pomocy tlenu z butli śmiało łamię granicę 2000 m.n.p.m. Na Liliowe znajomi schodzą do Muro a ja idę na Świnicką, obiecując sobie że będę rozsądny i że tak od razu w pierwszy dzień nie będę atakował Świnicy. Ale rozsądek bierze oczywiście później w łeb i około 17:00 staję na wierzchołku. Chwile są magiczne, jest dość późno, na szczycie zastaję dwóch gości którzy zaraz potem schodzą. Zostaję sam na sam ze szczytem. Sadowię się w skałach, patrzę na Kotlinę Zakopiańską półtora kilometra niżej, jest zupełna cisza. Czuję… to nie strach, ale w takich chwilach czuję małość człowieka wobec potęgi natury. Wokół mnie miliony ton skał, miliony litrów powietrza i w środku ja – zupełnie bezbronny. Po paru minutach przylatuje mały ptaszek i robi się nieco familijniej. Zwierzę kręci się śmiało wokół mnie, licząc na jakieś okruchy. W końcu niechętnie schodzę (czas goni), nucąc sobie pod nosem. Często podczas wędrówek górskich przyczepia się do mnie jakiś utwór i mam go w głowie, dziś wyśmienicie – „Aguirre”! Droga z przełęczy daje mi trochę w kość, ogólnie okazuje się że kondycję mam niezłą, natomiast kolana przy zejściu doskwierają mi jednak. Wreszcie docieram do Muro, gdzie reszta wyprawy czeka na mnie. Muszę coś zjeść, co skutkuje zabawną sekwencją zdarzeń, wynikającą zapewne ze zmęczenia personelu. Zamawiam i płacę za kapuśniak (5 zł) a po paru minutach pani w okienku mówi że omyłkowo nalała żurek (8 zł) i czy może być. Zgadzam się po czym otrzymuję grochówkę (6 zł).

Tak czy tak – smaczne. Schodzimy z Hali wariantem przez Jaworzynkę, obserwując z Przełęczy Między Kopami cepeliowski zachód słońca za Giewontem… W Kościelisku jesteśmy o zmroku i teraz dopada mnie zmęczenie. Tym dniem kończę randewu z Tatrami Wysokimi, zamierzam teraz dopaść Zachodnie (jakoś bardziej mnie pociągające ostatnio…)
CZWARTEK
Dolina Chochołowska – Siwa Przełęcz – Błyszcz –
Bystra – Bystry Karb – Ornak – Iwaniacka Przełęcz – Dolina Kościeliska – Kościelisko
Wstaję na sztywnych nogach i początkowo zamierzam zgodnie z wczorajszym planem zrobić jakąś lekką wyprawę. Ale patrzę w niebo – ani jednej chmurki a na piątek zapowiadają burze. Zmieniam więc plan – dziś główne danie tego wypadu, czyli Błyszcz i Bystra! Nie byłem tam nigdy bo nie było wolno. A mam słabość do Błyszcza, trochę mi go żal. Nyka pisze „bez cech szczytu”, w Wiki że ma „zerową deniwelację względną”. Postanawiam pocieszyć niedorobionego Błyszcza i postawić na nim kupkę kamieni by chociaż przez kilka godzin miał kilkunastocentymetrową deniwelację względną. No to jazda – dosłownie! Na Siwej Polanie wypożyczam rower i przemykam w pół godziny przez 8 kilometrów Chochoła. Ta godzina zysku okaże się później bezcenna… Już na nogach idę czarnym szlakiem Doliną Starorobociańską. Ludzi niemal brak – na całym odcinku do Siwej spotykam dwie pary turystów! Pamiętam że przed laty to podejście na Siwą Przełęcz mocno mnie wymęczyło. Teraz też daje mi popalić, tym bardziej że świeci ostre słońce. Ale jakoś w końcu pokonuję to cholerne podejście (600 metrów przewyższenia od Chochołowskiej, więc jest co się drapać), w chwilach największego zmęczenia pocieszając się wyśmienitymi malinami. W głowie dziś – „Mamma mia”, to ABBA chyba?
Wreszcie Siwa Przełęcz – widoki wspaniałe, a jeszcze rozleglejsze z niedalekiego Siwego Zwornika. Skręcam na wschód, droga przez Liliowe Turnie jest niezwykle przyjemna, widokowa i daję ulgę nogom (a czuję jednak w nich tę środową Świnicę…). Przyjemności kończą się na Bystrym Karbie, szlak na Błyszcz odpycha swoją ekspozycją. Tutaj mam największy kryzys podczas całej wyprawy. Zapewne to suma zmęczenia, narastającego wiatru, kruchego upierdliwego podłoża. Wchodzę i wchodzę a końca nie widać. Wreszcie jednak, gdy już klnę na czym świat stoi – jest. Stoję na Błyszczu! Układam małą piramidkę z kamieni i siadam opodal. Widoki na Halę Pyszniańską są tego warte ale i tak muszę odpocząć, jestem wypompowany. W końcu ruszam jednak dalej, już łagodniejszą graniową dróżką i 14:47 osiągam Bystrą, hurra! Na szczycie paru Słowaków, polska rodzina i ja. Wszyscy urzeczeni wspaniałą panoramą szczytową. Szczególnie Starorobociaj prezentuje się stąd imponująco. Na zachodzie kształtna Kamienista a poniżej Przełęcz Pyszniańska. Przypominam sobie wyprawę Krejziego i KTWSG granią Tatr Zachodnich i kusi mnie ta przełęcz, żeby zejść nią wprost do schroniska ornaczańskiego. Widać nawet ścieżynkę, która wije się w dół… Ale jednak nie decyduję się na ten nielegal. Wracam z Bystrej trawersem, omijając tym razem Błyszcz, po godzinie melduję się znów na Siwej Przełęczy. Od Rohaczy przybywa chmur, ale to mało groźne, mleczne altostratusy (jeden z nich przykrywa jednak na parę chwil Rohacze). Przede mną teraz Ornak. Słabo już pamiętałem ten Ornak a przecież gwarantuje on wspaniałe widoki i to na obie strony. Parę razy zatrzymuję się i jem jagody całymi garściami, słońce świeci już nie ostro a po prostu ciepło, ludzi prawie brak. Grań jednak kończy się i znowu strome zejście smaga mnie po kolanach. Do Iwaniackiej docieram już nieźle wytelepany, a wszak jeszcze trzeba zejść niżej! Droga na Polanę Ornaczańską dłuży mi się niewymownie, do schroniska dochodzę jak automat, głodny i spragniony. Potężna porcja bigosu przywraca mi trochę sił i do Kir dochodzę w godzinę dziesięć, zamiast przepisowego 1:40. Faktem jest że spieszę się na mecz Lecha z Dnipro, ale chcę też uniknąć wędrówki w ciemnościach. Nie udaje się tak do końca, bo z Kir żaden bus nie jedzie przez Kościelisko i te ostatnie trzy kilometry też pokonuję pieszo, już przy świetle księżyca. Zmęczony jestem straszliwie, ale mecz oglądamy (znajomi chwilę wcześniej wrócili z Pienin), osuszając półwytrawne kalifornijskie białe. Kolejorz! A potem idę spać, ale nie mogę długo zasnąć… paradoksalnie.
PIĄTEK
Dolina Strążysk –
Sarnia Skała – Dolina Białego
Rano ledwo zwlekam się z łóżka. Oświadczam, że donikąd nie idę ale po niezłym śniadaniu daję się namówić na wyprawę po reglach. Właściwie to planowałem Dolinę Lejową, ale niech tam – na Sarniej byłem ze 20 lat temu, prawie już nie pamiętam tego miejsca. Dolina Strążysk nie robi na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, za to robi podejście na Czerwoną Przełęcz! Cholera jasna, niby taka tylko Ścieżka nad Reglami! No ale kwas mlekowy aż kipi ze mnie, więc może dlatego wydaje mi się to takie strome… Z potem Sarnia – ładny, sielankowy widoczek, szczególnie fajnie widać Tatry Bielskie. Z zachodu potężna sylwetka Kominiarskiego. A na południu Giewont, na szczycie – krzyż otoczony cały czas grupką ludzi.
Pogoda zaczyna się zmieniać. Dmucha bardzo ciepły, niemal halny wiatr, a z południowego zachodu niebo ciemnieje. Schodzimy do Doliny Białego, która z kolei robi na mnie niesamowite wrażenie! Wyjątkowo urokliwy jar…
Potem już tylko obiad, oscypki, podwieczorek w Kościelisku i zbieram się na pociąg. Gdy idę po peronie, z poważnie już zachmurzonego nieba spada na mnie pierwsza kropla deszczu. Doprawdy wybornie trafiłem z pogodą!
Cały ten trzydniowy wypad oceniam na szóstkę. Fotki jakieś tam mam, kiedyś wrzucę.