Chociaż mój wyjazd był zaplanowany i przemyślany, sam termin wypadł dość spontanicznie. Zapowiadana ładna pogoda sprawdziła się później, popsuła się dopiero w dniu mojego powrotu. Ponieważ chciałem wykorzystać w pełni czas na chodzenie, podróż zaplanowałem na noc. Postanowiłem pierwszy raz pojechać do Zakopanego autobusem i tak oto 8.09. po godz. 22 znalazłem się na Dworcu Zachodnim PKS. Nie kupiłem wcześniej biletów i zacząłem odczuwać lekką niepewność, bo na stanowisku, z którego miał odjeżdżać autobus kręciło się ponad 40 osób, później okazało się, że prawie wszyscy mają już bilety. Kierowca wpuścił oczywiście najpierw wszystkich z biletami, ja starałem się być na czele grupy bez biletów i udało się. W sumie zmieścili się wszyscy, ale zostało tylko kilka miejsc wolnych i kilkuosobowa grupa ludzi w środku nocy w Radomiu została odesłana z kwitkiem. Miejsce miałem z przodu blisko kierowców, co mocno przyczyniło się do tego, że jednak prawie całą noc nie spałem, tym bardziej, że kierowcy dużo ze sobą rozmawiali i słuchali mp3 z odtwarzacza - drogę umilały różne osiemdziesionowe hity, najbardziej utkwiło mi w pamięci, że kilka razy leciała Lambada. Dla kierowców nie była to stała trasa, a ponieważ mieli kilka przystanków po drodze, to ciągle szukali dworców autobusowych, w Krakowie zamiast na dworzec dotarli na parking jakiejś galerii handlowej, był też taki moment, że przysnąłem na chwilę i obudziło mnie hamowanie i ostrzegający głos jednego z kierowców - byliśmy na drodze szerokości autokaru, a przed nami wyrósł jak z pod ziemi wiadukt (wys. 2,4m), trzeba było zawracać, inaczej klima z autokaru zostałaby na wiadukcie. Niestety przejechali też po drodze jednego niewinnego zajączka. Przy pięknym wschodzie słońca zaczęły pojawiać pierwsze widoki na góry, ale Tatry z autobusu wydały mi się jakiejś mniejsze (z okien pociągu wyglądają potężniej). O 6.50 znalazłem się na dworcu autobusowym w Zakopanem. Noclegi załatwiłem sobie w Zakopanem, blisko dworca.
Dzień 1.
Przy doborze tras kierowałem się tym, żeby wejść tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem i tak na pierwszy dzień zaplanowałem Rohacze. Moja kondycja i możliwości po tych 7 latach od ostatniego pobytu w górach to był jeden wielki znak zapytania, tym bardziej, że niestety muszę prowadzić dosyć zabiurkowy tryb życia. Na kwaterze zainstalowałem się błyskawicznie, potem szybko do busa i o 8.00 stanąłem na Siwej Polanie. Zastanawiałem się chwilę czy wziąć do góry rower, ale byłem tak nastawiony na chodzenie, że zdecydowanie wybrałem wariant pieszy, poza tym tak od razu zaczynać od roweru? O godz. 9.20 dotarłem na Polanę Chochołowską.
Był piękny ranek, ale śniadanie postanowiłem zjeść jednak powyżej górnej granicy lasu, żeby od razu wykorzystać ten czas na podziwianie widoków. Szło mi się całkiem dobrze, chociaż trochę spowalniała mnie nieprzespana noc. Śniadanie (zabrane jeszcze z domu) zjadłem ok. 11, a o godz. 12 stanąłem na szczycie Wołowca (2064 m).
Przede mną rozpościerał się widok na cel mojej wyprawy - Rohacz Ostry (2084 m).
Na szczycie Wołowca było sporo Słowaków, dużo więcej niż Polaków. Pogoda była dosyć dobra, chociaż powoli zaczęły pojawiać się chmury, przysłaniając co jakiś czas również cel mojej wyprawy (na zdjęciu chmura przysłaniająca widok w drugą stronę

).
Pierwotny mój plan zakładał przejście obydwu Rohaczy, zejście na Smutną Przełęcz, potem do Doliny Smutnej, a potem wejście z powrotem na Grzesia lub Rakonia i powrót do Doliny Chochołowskiej. Już na Wołowcu wiedziałem, że temat jest do zrealizowania, ale niestety nie na dzisiaj, brakowało mi min. 2h. To jest ciekawy wariant na długi letni dzień, albo nawet i na wrześniowy, ale wtedy start z Siwej Polany musiałby się odbyć około 6 rano. Gdyby to było 15 lat temu (wtedy to miałem kondychę), na pewno realizowałbym plan bez żadnej zmiany, wtedy w górach nie wybrażałem sobie, żeby skrócić zaplanowaną trasę, teraz byłem jakiś ostrożny, dojrzalszy, bardziej świadomy zagrożeń, nie miałem takich szalonych pomysłów jak kiedyś. Te pomysły kiedyś wiązały się czasem z dużym ryzykiem, czasem z powrotami w ciemnościach bez latarki, kiedyś np. postanowiłem przejść Orlą Perć od Krzyżnego do Skrajnego Granatu bez korzystania z ubezpieczeń, zrobiłem to, ale teraz uważam z perspektywy czasu, że było to głupie i nieodpowiedzialne. Świadomość, że w domu czeka na mnie kochana żona i pytający ciągle o mnie synek powodowała, że łańcuchów trzymałem się teraz szczególnie mocno. A już za chwilę miałem ku temu okazję, bowiem postrzępione skały Rohacza Ostrego w partii szczytowej obfitowały w emocjonujące przejścia. Zanim do nich dotarłem, musiałem zejść z Wołowca na Jamnicką Przełęcz (1909 m), gdzie było bardzo ładne gołoborze.
Potem było dosyć ostro w górę, ale bez specjalnych trudności, natomiast w partii szczytowej można było spotkać takie oto smaczki:
Bardzo długi łańcuch, którego druga część była gdzieś wyżej miedzy skałami, zupełnie niewidoczna.
Nyka napisał:
Za niewielką turniczką grań tworzy skalnego "konia", którego pokonuje się od lewej po stromej podciętej płycie 10-metrowej długości. To był bardzo emocjonujący fragment trasy.
Nyka:
Dalsza droga wiedzie w górę 5-metrowym kominkiem a potem na główny wierzchołek.
O godz. 13.40 stanąłem szczęśliwy na szczycie, gdzie spędziłem ok. 1h, podziwiając widoki, tocząc ciekawe rozmowy, jedząc i robiąc zdjęcia. Miałem przez krótki czas dobrą widoczność, ale jak zabrałem się za zdjęcia naszła na szczyt spora chmura, która przesłoniła widok szczególnie w kierunku Rohacza Płaczliwego. Wiedziałem, że na dzisiaj jest to punkt kulminacyjny i muszę wracać. Byłem przez jakiś czas sam na szczycie i dużo frajdy sprawiło mi robienie sobie samemu zdjęć z samowyzwalacza. Schodziłem ostrożnie, ale już bardzo pewnie, w podejściu, zanim przywykłem do łańcuchów odczuwałem lekki niepokój (w końcu parę lat nie trzymałem w ręku łańcucha). W drodze powrotnej na Jamnickiej Przełęczy spotkałem świstaka, był bardzo blisko. Wiele razy widziałem świstaki, ale jeszcze nigdy tak blisko.
Nie wchodziłem z powrotem na szczyt Wołowca, skorzystałem z wygodnego trawersu zboczem i stosunkowo szybko znalazłem się na Rakoniu. Potem miła wędrówka na Grzesia (mój imiennik).
A dalej znowu coś nowego dla mnie - z Grzesia zszedłem niebieskim szlakiem na Przełęcz Bobrowiecką. Zrobiłem to z trudem i ostrożnie, aby nie zsunąć się po stosunkowo stromym zboczu. Z reguły szlaki na zboczach są serpentynami, ten jest poprowadzony w linii prostej bezpośrednio na przełęcz. Czy ktoś tędy próbował wejść?
Szlak z Przełęczy Bobrowieckiej na Bobrowiec jest od wielu lat zaknięty, a na jego zboczach jest rezerwat.
Nastepnie skorzystałem z nowego szlaku łącznikowego i wróciłem z powrotem na żółty, którym zszedłem na Polanę Chochołowską. Osiągnąwszy potem trzeci punkt rowerowy, z wielką przyjemnością, nie używając pedałów, zjechałem na Siwą Polanę. Była godz. 18.15. Mimo niezrealizowania pierwotnego planu byłem bardzo zadowolony, Rohacz Ostry bardzo mi się podobał, a Smutną Przełęcz zaatakuję, mam nadzieję, w przyszłości, ale tym razem od drugiej strony.