Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 kwietnia 2026 12:51:39

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 913 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42 ... 61  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 28 czerwca 2009 16:13:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:10:43
Posty: 3722
Wyjazd w Gorce był bardzo udany, ale się zastanawiam, czy relacja nie jest jeszcze lepsza :-)
Brawo, Bogi!
Żałuję niezwykle, że jest już PO tym wyjeździe, czekałam i cieszyłam się na niego a on dorósł do moich marzeń. Zabrakło tylko paru osób dramatu - dla nich też trochę zdjęćz dedykacją i nadzieją, że następnym razem dadzą radę przybyć.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 28 czerwca 2009 19:27:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 18:29:55
Posty: 3983
Skąd: Warszawa
O, bardzo fajne zdjęcia! Obejrzałem już kilka razy, super!
I podpisy! :lol: Wszyscy przy ulubionych czynnościach, ochrona czynna, Witek tłumaczący swoje pochodzenie...
No i Żółtek - mister obiektywu. Na pierwszym zdjęciu robi jako oparcie dla mojego plecaka - to pewnie nie jest jego ulubiona czynność...

_________________
My shadow is always with me. Sometimes ahead... sometimes behind. Sometimes to the left... sometimes to the right. Except on cloudy days... or at night.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 28 czerwca 2009 21:05:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
Relacja jest niezwykle udana, obie galerie foto też (podpisy elsei!!!), ale sam wyjazd i same Gorce i tak były jeszcze lepsze, mimo że przeszedłem w międzyczasie kryzys osobowości... ale kryzys przeszedłem do Krościenka i wyprawa można powiedzieć zakończyła się triumfem :-)
(z posttriumfem, którym było odnalezienie kabanosów ;-))

Kilka uwag dodatkowych:

ad. dzień I - pod Turbaczem dopadła mnie choroba wysokościowa :D Miałem zawroty głowy, uczucie ogólnego przymulenia oraz potężnego ucisku na głowę (nie ból, tylko właśnie ciśnienie), problemy z równowagą i chęć natychmiastowego położenia się spać. Bogi napisał tak po prostu, że o dwudziestej drugiej coś tam dotarliśmy do schroniska... no ja dotarłem z OGROMNYM trudem, na szczęście zmobilizował mnie ostatni odcinek trasy, wreszcie nie po szerokiej drodze samochodowej, ale po kamienistym skrócie... a w schronisku to w ogóle już było dobrze - schronisko na Turbaczu okej!

ad. dzień II
Bogus pisze:
Schodziliśmy więc przez bardzo ładny rezerwat, który Crazy'emu przypadł do gustu do tego stopnia, że stwierdził, że widoczność nie jest mu potrzebna, bo las i tak widzi, a polany będą mu się podobać mniej. Co więcej, trzymał się tej tezy wbrew przytłaczającym argumentom, takim jak Polana Turbaczyk

Proszę Pana! Ten las i rezerwat były nie bardzo ładne, ale wręcz rzekłbym, całkowicie sześciogwiazdkowe! A co do widoczności - czasem z Gerem takie rozmowy prowadziłem a propos gór, czego tam szukamy, że Gero lubi po tym jak się namęczy mieć widok jako pewnego rodzaju uzasadnienie, po co się męczył ;-) A ja nieraz mam tak, że widok widokiem, ale najfajniejsze są te widoki, które dobrze widać nawet we mgle, takie w promieniu kilku metrów - wywrócony korzeń drzewa, jakiś jar, jakaś skała, załom, strumyk, krzaczek... w tym lesie pod Turbaczem było naprawdę przepięknie i dziko, i polana Turbaczyk przy całej swojej urodzie nie zdołała tego przebić.

A co do widoczności i pogody, to tego dnia mieliśmy wręcz wyjątkowe szczęście: słońce wychodziło zawsze właśnie tam, gdzie było potrzebne:
na polanie Turbaczyk, żebyśmy mogli podziwiać widok...
Obrazek
pod sklepem w Koninkach, żebyśmy mogli w przyjemnych warunkach spożyć luncheon... (brak dokumentacji foto)
przy chatce zdewastowanej przez Tony'ego Halika...
Obrazek
przy obserwatorium, gdzie piękna trawka aż zachęcała, żeby się położyć, ale było trochę za mokro (bo pomiędzy mrugnięciami słońca co i raz padało)
Obrazek,

no i również - o czym Bogi zapomniał - kiedy dotarliśmy do schroniska i można było po raz pierwszy na poważnie popatrzeć na Tatry!:
Obrazek

ad. dzień III

Tego dnia w pełni doceniłem jak dobrego mieliśmy przewodnika w postaci Bogusa. Bardzo długa trasa przez Gorc i Kudłoń okazała się super, ale aż strach pomyśleć, jak gupia by się mogła okazać, gdybyśmy ją szli w przeciwnym kierunku, co nieśmiało postulowałem i na szczęście Bogus poprowadził nas tak jak trzeba.
Najpierw jednak miałem poważną wątpliwość do jego oceny "best momentu" Gorców na pierwszej stronie tego wątku, czyli grzbietu Turbacz-Gorc.
Bogus pisze:
Brak widoków dalszego zasięgu, zredukował nieco atrakcyjność szlaku, który do tej pory uważałem za swój ulubiony w Gorcach (...) W końcowym fragmencie podejścia na Gorc zaczęło padać, tak że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie rozważyć potencjalnej możliwości powrotu tą samą drogą, ale szybko ją odrzuciliśmy.

Na szczęście odrzuciliśmy! Polecany przez Bogiego grzbiet szczerze mówiąc mnie z lekka przynudził. Fakt, że pogoda była słaba, widoków prawie brak, ale i ten grzbiet jakiś taki bez większych fajerwerków. W pewnym momencie tak mi się nie chciało iść, że musiałem zrobić (sobie ale i innym) "przerwę motywacyjną", czyli przysiadka na jakimś mokrym pniu, bo już iść mi się nie chciało w ogóle. Potem w końcu szczyt Gorc, dylematy, rozwiązane autorytatywnie przez Żółtka, co celnie opisał Bogi (jak również późniejszy wiatr i deszcz w ryj, któremu jednak nie udało mi się zmusić mnie do wyjęcia z plecaka kurtki, która przez cały wyjazd pozostała bezrobotna).
A potem zejście-masakra.
Bogus pisze:
beskidzkie szlaki często wiodą rozjeżdżonymi drogami. Jak takie drogi wyglądają po deszczach? Wiadomo. Jak się po nich idzie? No właśnie, tego zwykle nie wiadomo.

Wiadomo... :? Idzie się chujowo. Zresztą - w dół to tam jeszcze ujdzie. Ale właśnie wtedy zacząłem sobie myśleć, że ojej, gdyby w życie wszedł mój plan a nie Bogiego, to byśmy tam szli w górę... chyba bym się załamał!
Dla mnie może jeszcze gorszy był fragment asfaltówki, który wiódł ku sklepom... no ale mniejsza z tym. Po posiłku zaczęło się nagle robić niesamowicie fajnie!

Bogus pisze:
Pamiętałem, że te polany są fantastyczne, ale nie pamiętałem, że są jeszcze fajniejsze!

:piwo:
Po pierwsze z dość beznadziejnej pogody w pierwszej połowie dnia zaczęło się robić pięknie, nawet nie tak przelotnie pięknie, jak dzień wcześniej, ale po prostu pogoda się wyklarowała i to - jak się okazało - do końca wyjazdu.
Po drugie - znowu odczułem wdzięczność, że idziemy w tym właśnie kierunku, bo inaczej szlibyśmy po tych najfajniejszych miejscach (chyba tu mi się nawet bardziej podobało, niż w rezerwacie ochrony biernej!) w deszczu i szarudze.

Najpierw była taka super fajna mała polanka:
Obrazek,
potem jeszcze fajniejsza duża polana:
Obrazek
potem dalsze fajne miejsca, a jakie z nich widoki! Tatry zaczęły się stopniowo odsłaniać, z Bogusem zaaferowaliśmy się całkowicie dyskusjami na temat
Bogus pisze:
czy Koszysta jest Żółtą Turnią

co nieco irytowało elseę, która twierdziła, że widać tam jakieś góry i żebyśmy nie zawracaliśmy głowy... no ale ten gość w kolejce na kasprowy jechał na gapę, co ja na to poradzę :D

Z ostatniej z tych polanek przed Kudłoniem odchodziliśmy pojedynczo... najpierw Żółtek postanowił, że dość stania i ruszył, robiąc tę miażdżącą przewagę, o której pisała elsea pod zdjęciami. Potem ona sama też miała dość naszego gapienia się w przestrzeń i poszła. We trzech jeszcze trochę się pogapiliśmy, ja udałem się też w pobliskie krzaczki no bo.. no taka była potrzeba chwili po prostu ;-), potem Witkowi się znudziły nasze gadki o Żabich Koniach, potem Bogi ruszył i ja miałem iść za nim, ale tak się wzruszyłem tymi Tatrami, że dalej stałem i patrzyłem, i widząc różne miejsca przypominałem sobie chwile, które tam przeżyłem... ba, niemal kolebę w Dolinie Ciężkiej dostrzegłem! I kiedy zacząłem iść w kierunku Kudłonia to już w ogóle nikogo nie miałem w zasięgu wzroku. Takoż zacząłem pod górę truchtać, żeby odrobić choć część straty. Poważnie zdyszany dotarłem na szczyt a tam nikogo, nadal śladu człowieka, zacząłem się martwić czy czegoś nie przeoczyłem... dopiero na zbiegach dopędziłem Bogiego i Witka, ale przodującej dwójki nadal ani śladu. Elsea na mnie zaczekała na skraju kolejnej ślicznej łączki, ale Żółtka dopadliśmy dopiero, kiedy sobie odpoczywał na rozstaju szlaków na przełęczy Borek. Dalej poszliśmy już wszyscy.

A przed schroniskiem widok na Tatry był już CAŁKOWITY...

Tak to wyglądało naprawdę:

Obrazek

a tak w zbliżeniu :shock: :

Obrazek

PS.
Bogus pisze:
Wieczór umililiśmy sobie partyjką makała.

To była szalona gra! Fajnie Witek że się zdecydowałeś mimo sprzeciwu wobec naszych zasad :D

ad. dzień IV
Jestem już zmęczony pisaniem, choć w połowie nie tak wymęczony jak byłem pod koniec dojścia do Krościenka... Więc tylko w skrócie powiem, że mimo mojego kryzysu, droga mi się ogromnie podobała, bardzo się cieszę, że podjęliśmy się tego trudu i może nawet powiem, że kiedyś chciałbym pójść tam znowu... ale na pewno nie pod górę, bo z Krościenka na Turbacz to chyba dwudniowa wyprawa! Poza tym szkoda by mi było finalnego podejścia na Lubań, co za wspaniały wyryp :D

Bogus pisze:
Kiedy byliśmy na wysokości czubka wieży krościeńskiego kościoła Crazy zaczął podejrzewać, że możemy dać radę dojść.

Kurde! No, doszliśmy! :D

Jeszcze raz chciałem podkreślić, że Bogus jako przewodnik był niezastąpiony, wobec moich (w sumie kilku) kryzysowych momentów, było to niesamowicie pomocne, że tak naprawdę zupełnie nie musiałem się zastanawiać nad tym, gdzie jestem i którędy droga - mogłem się nad tym zastanawiać dla przyjemności orientowania się w terenie a nie z żadnej konieczności. Bogi szedł pewnie do przodu i można było mu w pełni zaufać.

No i całe towarzystwo w ogóle na całym wyjeździe niezmiernie udane - Witek spotkany na szlaku i niestety też przedwcześnie na szlaku pożegnany, Żółtek nieznany większości forumowiczów jak zwykle duszą towarzystwa, jeszcze spotykana od czasu do czasu miła mi Tereska, no i oczywiście moja kochana Żona, z którą chodzenie po górach to prawdziwa przyjemność.
I wirtualne pozdrowienia dla gosposi proboszcza ;-)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 czerwca 2009 08:57:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 18426
Skąd: Poznań
Świetnie się czyta Wasze relacje :!:
W Gorcach byłem z 15 lat temu, ale dzięki tym opisom i fotkom wszystko stanęło mi znów przed oczami... :-)

_________________
hajfi super star super hit diskdżokej szczerzy kły znad konsolety


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 czerwca 2009 09:01:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:39:35
Posty: 12221
Skąd: Nieznajowa/WarsawLove
kurcze, zatęskniłam za tatrami :cry:
inna sprawa, że nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam tatry w słoncu a nie zasnute chmurami deszczowymi.

_________________
ja herez ja herez
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 czerwca 2009 09:19:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 19 stycznia 2009 19:54:36
Posty: 198
Skąd: 49° 37' 28 '' N 20° 56' 54 '' E
ehszz fajniutkie fotki krucze przypomnialy mi wycieczke na Trubacz ale wtedy mielismy taka paskudna pogode ze hej.
Jak wychodzilismy z Nowego Targu to lalo jak z cebra, poprostu ulewa wielka i tak prawie do samego Turbacza, na samej gorze byla taka sakramencka mgla ze naprawde ledwo trafilismy do schroniska po 30 minutach kombinowania gdzie ono jest.......

no ja mam juz zaplanowany wypad z znajomymi z rodzinnej miesciny na tydzien w Tatry....w ostatni tydzien wrzesnia...juz sie doczekac nie moge bo ostatni raz po Tatrach chodzilem tak dawno temu ze az wstyd sie przyznac....


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 czerwca 2009 20:18:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28621
O, wszystko już napisali a jeśli nie to jest na zdjęciu! :)
Ale ja byłem trochę efemeryczny więc powiem co robiłem gdy jeszcze nie doszłem, gdy poszłem gdzieś na bok albo gdy już sobie poszłem (pobiegłem) definitywnie.

Jak wspomniał Bogi zacząłem od Rabki. Chciałem zobaczyć schronisko na Starych Wierchach - taki był główny powód. Ale najpierw chciałem zrobić zakupy i musiałem wyjść z miasteczka, co tak od razu znów mi nie wyszło :wink: . Szlak w górę, ku Maciejowej miły, nie powiem. Ale to:

Bogus pisze:
Maciejowa to wiadomo - rewela


- budzi moje wątpliwości. Padał deszcz i było mgliście, do tego bacówka zbyt pełna by dało się do niej wejść, czyli żadne cuda :wink: . Za to chwilę wcześniej z przyjemnością obejrzałem górną część wyciągu na Maciejową, wszak to tam byłem pierwszy raz na nartach i korzystałem z owych orczykowych udogodnień (w 85 albo 86 roku, ale pamiętałem topografię).

Bogus pisze:
Po drodze wyprzedziliśmy jeszcze rowerzystów, z którymi Witek miał do czynienia od początku swej wędrówki
No właśnie, raz oni mnie wyprzedzali, raz ja ich. I tak ciągle. Raz świeciło słońce, raz zbliżał się deszcz, a potem wręcz burza. Myślałem już że mnie zmoczy i przestraszy, ale akurat doszedłem do Starych Wierchów, gdzie przez okno, zajadając i popijając patrzyłem jak chluszcze.
Acha, nie wiem dlaczego Bogi tak mało pisze o jedzeniu :) . Na Starych Wierchach zjadłem oscypki podpiekane na patelni, na boczku i z żurawiną. Byłem przekonany, że ten boczek to tak dla ozdoby i aromatu będzie, a tu kurde dostałem dwa takie wielkie kawały, że myślałem, że mnie zabiją. Ale ostatecznie dałem rady :) (no, niezupełnie bo troszkę zostawiłem).

Bogus pisze:
Telefoniczne negocjacje zaowocowały ustaleniem, że spotkamy się na Obidowcu albo nie.

Haha, to najlepsze ustalenia! Zwłaszcza gdy potem bez wysiłku udaje się spotkać. Bo co to za wysiłek: leżenie na trawie przy skrzyżowaniu szlaków, i czekanie gdy wyjdą z lasu - Bogus, Żółtek, Elsea & Krzyś :) . To sama śmietanka a nie wysiłek :) .

Wychodzi mi na to, że ta część, którą przeszedłem sam najmniej się podobała. Była ok, ale potem było już tylko lepiej a nawet często olśniewająco.
Ale też jeden z fajniejszych dla mnie momentów zdarzył się, gdy tego wieczoru, gdy dotarłem na Turbacz, kiedy wszycy wrócili do schroniska (po seansie z półodkrytymi Tatrami i zimnym wiatrem), a ja poszedłem na spacer. Trochę po lesie (strasznie mi się podobał), trochę ścieżką, i znalazłem się na Hali Długiej, skąd odsłoniły się Tatry aż po swój zachód. Owieczki zbyrkały, postanowiłem więc zajść do bacówki, gdzie płonęło ognisko, chłopy kurzyły, gospodyni się krzątała a dzieciaki to tu to tam. To tam właśnie kupiłem wspomniany przez Bogusa bundz. (Był super. A ostatniego dnia kupiliśmy tam też z Crazym oscypki - takie białe, nie wędzone. Mmm! Pycha! - mimo, że mój zalał w plecaku dość ważne papiery. Ale co za debil bierze ze sobą dość ważne papiery w góry? :wink: ). Potem obszedłem stado owiec, przyglądając się trochę im i owczarkom. I wróciłem do schroniska.

Co do następnych dni to dzięki kolegom nie ma potrzeby się rozpisywać. Bardzo zadowolony jestem (a nawet dumny), że udało się zrobić takie długie trasy. I że jeszcze po powrocie pojawiały mi się pod powiekami te gorczańskie widoki (tak w ujęciu Bogusowym - makro, jak i Crazowym - zwalone pnie i te pe :wink: ). I zapachy.

Natomiast co do wydarzeń:

Bogus pisze:
Wieczór umililiśmy sobie partyjką makała.
Tak, zagrałem w te turbozasady, może nie opanowałem ich na bank, ale dzięki pomocy Elsi jakoś mi szło :) . No i nie tylko z kronikarskiego obowiązku chciałem wspomnieć o grzanym piwie z malinami x 2 (cudownie się podchmieliłem :) ).

Co do mszy :) . Dla mnie była ona super, nakręciła mnie wręcz. I długi czas pewnie będzie do mnie to wracać gdy będę jadł "te wspaniałości" - musztardę francuską :D .
Z drugiej strony ja podczas tej mszy właśnie drugi raz doszedłem do wnioski, że do Krościenka to ja iść nie mogę, że pójdę gdzieś tak, żeby wcześniej do domu wrócić. Mocno ugruntowałem w dodatku to przekonanie. Ale kiedy potem pod schroniskiem zakładaliśmy plecaki zmieniłem zdanie - kolejny raz udało się zwalczyć mój zdrowy rozsądek :) . No i Pasmo Lubania, hura! I podejście, o którym

Bogus pisze:
brak wody i wyczerpanie mocno nas stępiało


MNIE NIE! Ja właśnie dzięki adrenalinie wyzwolonej podczas podejścia zdążyłem na autobus. Ale wcześniej musiałem uwierzyć w to, że mogę zbiec do Krościenka, a chwilkę później uświadomić sobie, że mogę zbiegać krócej - do Tylmanowej. Przy czym trzeba się było na szlaku rozstać... A to nie powinno tak być, powinno się mieć zawsze tę chwilę, żeby usiąść społem na ławeczce na dole, ucieszyć się, że się udało to albo tamto :) .

A takie zbieganie, to kurde grozi śmiercią. Tętno długo potem mi nie chciało się uspokoić, a ryj przestać być tak czerwonym :) Pod koniec zmyliłem trochę szlak, ale już nie szukałem powrotu, tylko wyszedłem na drogę w trochę innym miejscu. Zanim nadjechał autobus zdążyłem zmienić koszulkę, zjeść chleb i pasztet oraz mielonkę, trochę się też ponudzić i poniepokoić (bo ja nigdy nie wierzę autobusom).

No i następnego dnia też z wszystkim zdążyłem :) . Tak że nie wiem co z tym moim rozsądkiem. Zawsze jak mu dokopię to jest fajnie.

GORCE SUPER! Bardzo się cieszę, żeśmy tam byli, dzięki!!! :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 07 sierpnia 2009 10:36:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 11 stycznia 2005 16:45:42
Posty: 251
Skąd: Ursynów
Jeśli ktoś chce się "zapoznać z walorami przyrodniczymi i kulturowymi występującymi w Gorcach, Pieninach, Podhalu i Tatrach" ;) :)
http://www.uo.uw.edu.pl/kursy/czlowiek_ ... owe_gorcow

lub "poznać przyrodę gór wysokich" :)
http://www.uo.uw.edu.pl/kursy/czlowiek_ ... ry_wysokie

_________________
http://www.karpatywschodnie.pl/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 07 sierpnia 2009 22:37:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 31 maja 2007 22:28:36
Posty: 1082
Skąd: W-wa
Dziś pojawiła się informacja, że podczas wspinaczki w słowackich Tatrach zginął Andrzej Marciniak.


W 1989 r. Andrzej Marciniak był uczestnikiem najbardziej tragicznej wyprawy w historii polskiego himalaizmu - 24 maja 1989 zdobył Mount Everest trudną granią zachodnią, ale jako jedyny powrócił do bazy, uratowany dzięki dobrze zorganizowanej akcji ratunkowej. Wtedy do bazy nie wróciło pięciu polskich himalaistów.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 28 sierpnia 2009 07:56:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 21 marca 2007 08:35:09
Posty: 521
Skąd: Bydzia
Byłem pół roku temu na przeglądzie filmów górskich gdzie Andrzej Marciniak był gościem, opowiadał o tamtym zdarzeniu. Miał długą przerwę po tym w przygodzie ze wspinaczką ale wrócił po pewnym czasie... góry jak widac go nie oszczędziły.. :(


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 września 2009 11:09:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 21 marca 2007 08:35:09
Posty: 521
Skąd: Bydzia
Chyba mi sie udało za to zabrac i opiszę Wam swoje wakacje ;)
W sierpniu zachęcony wcześniej przez moja ekipę wyjazdową poczyniłem wyprawę w Pamir- Tadżykistan. Nazbierało się nas w sumie 8 osób z różnych stron Polski po różnych znajomościach ;) Za główny cel wyjazdu obrany został lodowiec Fedczenki- najdłuższy poza strefami polarnymi na świecie podobno, ok. 70 km ma, a w jego otoczeniu 7 tysięczne Piki Komunizma- obecnie Ismaila Somoni, Lenina, Korżeniewskiej.
Wyposażeni w cały sprzęt łącznie z czekanami, rakami, uprzężami itp. ruszyliśmy z Moniką do Wawy. Tam spotkaliśmy część ekipy, Ewę, Piotra i Wojtka. Pierwsza porażka- na lotnisku prześwietlili nam plecaki i wykryli przemyt gazu:( Nie dałem go sobie jednak odebrać i zaniosłem w pobliskie Okęciu krzaki na przechowanie. Z przesiadką w Stambule dolecieliśmy nad ranem do Duszanbe.
Obrazek
Na lotnisku wypisanie jakichś niepotrzebnych deklaracji no i w sumie dość sprawnie się odprawiliśmy by dotrzeć do hotelu Duszanbe. Nie był to jakiś rewelacyjny hotel, fakt wzięliśmy najtańsze pokoje, wielkie hole na każdym Pietrze z marmurami a im dalej w głąb tym lepszy syf. Pani etażowa zaprowadziła nas do pokoi, stwierdziła że ocień żarko dając do zrozumienia że jej się nic nie chce, przetarła szmatą telewizor z kurzu a zostawiła przyklejony do stołu kawałek żurnala, paprochy na glebie itp., wycieczka do kibla nie poprawiła wrażenia;) Po południu dotarli Ania i Michał, którzy już drugi miesiąc pałętali się po Azji zaliczając różne Uzbekistany, Samarkandy i inne. Wcześniej po poszukiwaniach znaleźliśmy jedyny jak nam powiedzieli w Tadżykistanie sklep oferujący gaz turystyczny- wykupiliśmy cały zapas w postaci 9 butli i poszliśmy na autobazę. Tam udało nam się przy kuflu piwa- siura, załatwić auto na następny dzień, zrobiliśmy też uzupełnienie zapasów w postaci suszonych owoców i orzechów. Z rana samochód już czekał pod hotelem, czekał tez Maciej który dotarł innym samolotem. Tak skompletowani ruszyliśmy.
Pierwszy etap z Duszanbe do Khorog to 620 km które jechaliśmy 21 godzin z jednym kierowcą , postoje tylko na śniadanie, obiad i posterunki mundurowe. Kierowca zagadnięty czy chce się przespać gdzieś odparł tylko że nie musi, jedziemy dalej. Droga z przepaściami, setkami zakrętów, przejazdami przez strumienie, asfalt tylko przez pierwsze 90 i ostatnie 60 km, w wielu miejscach z trudem mijają się dwa auta a jeżdżą tam ciężarówki, zresztą jest to jedyna i główna droga krajowa i nie ma wyboru.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


W Khorog spędziliśmy dobę, na bazarze, na piwie -niezbyt rewelacyjnym,
Obrazek
Obrazek


załatwiliśmy sobie auto w dolinę Bartang i ruszyliśmy z rana do Kudary, czyli w serce gór. Przed nami 200 ileś kilometrów.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ujechaliśmy z pół dnia drogi i.. zatrzymało nas przymusowo w kisłaku Badsid, osunęło się zbocze i droga nie rabotała :-)
Obrazek

Rabotały za to maszyny nad naprawą drogi. Wersje czasu naprawy wahały się od 2 godzin do dwóch dni.. ostatecznie wieczór i noc spędziliśmy w gościnie u Alika i jego siostry wcinając pyszny barszcz na który ziemniaki skrobały chyba wszystkie sąsiadki, wypiliśmy niezliczona ilość dzbanków czaju, ze sto razy usłyszeliśmy „pijcie czaj pijcie, kuszajcie”, uprzejmości nie było końca, a nasz kierowca dogadał się z kierowcą z drugiej strony osuwiska który to Nas przejął.
Obrazek
Obrazek

Trzeba było tylko przejść ścieżką przez zbocze z tobołami i jechać dalej, zero problemu. Nasz nowy kierowca jak się okazało miał mistrza. Najpierw wsio normalna:-)czyli wymiana koła,
Obrazek
właściwie to tylko jeden kierowca ze wszystkich naszych nie wymieniał koła, niedługo potem dojechaliśmy do miejsca gdzie woda wymyła drogę :)
Obrazek
Do wyboru było jechać przez wodę płynącą lub „oczko wodne”, wybór padł na to drugie i samochód utknął „po pas”. Próbowaliśmy jeszcze ratować sytuacje i wypchnąć auto..ani drgnęło.
Obrazek
Kierowca jeszcze w akcie desperacji pod woda kręcił korbą(tak, tak auto na korbę) aby odpalić… nie poszło. Ewakuowaliśmy ze środka plecaki, buty itd. Nie wszystko uszło na sucho.;) Nasz szofer gdzieś pobiegł a my bezradnie patrzeliśmy jak z baku bąbluje powietrze a wypełnia się wodą… Szofer nie wiadomo skąd na tym odludziu sprowadził pomocników i Kamaza, który to prawie że sam się zakopał przy wyciąganiu. Po nastej próbie podkładania pod niego kamieni w końcu się wydostał, a potem wyciągnął nasza marszrutkę, ale tak się rozbujał że pociągnął ją na skały i rozharatał jej cały bok. Szczęście, że przy tej nieprzemyślanej, prowadzonej na żywioł akcji nikt nie zginął ani się nie pokaleczył, nie raz gdy chłopaki podkładali kamienie pod koła to kierowca Kamaza już ruszał. Miejscowi wg umowy za wyciągnięcie auta dostali 15$ ale co nam po takim aucie z woda w benzynie i poharatanym bokiem? Nic bardziej mylnego! Upuścili na glebę część benzyno wody a gdy uznali na węch i dotyk, że stężenie wody zmalało, postanowili odpalać i …udało się! Ruszyliśmy! Co jakiś czas auto gasło ale zawsze ruszało, do chłodnicy dolane zostały wiadra litrów wody. Zdobywaliśmy wysokość a przepaść była o kilka cm od prawych kół, niektórzy przechylali się na lewo, niektórzy odwracali wzrok a inni robili zdjęcia ;) Minęliśmy stacje sejsmiczną – Tadżykowie i nie tylko oni boją się trzęsień jak ognia a to z powodu ogromnej objętości jeziora Sarez które byłoby w stanie zatopić pewnie pół kraju. Na ostatnich kilometrach okazało się , że braknie benzyny, ale co tam.. te resztki których nie chciał już silnik ssać z baku szofer przelał do plastikowej butelki, którą trzymał jeden z nas, a wężyk zasysał to do silnika;-) Tak obserwując na bieżąco ubytek paliwa dojechaliśmy na resztkach do Kudary.. uff
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 września 2009 11:10:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 21 marca 2007 08:35:09
Posty: 521
Skąd: Bydzia
cdn oczywiście nastapi :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 września 2009 20:21:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 11082
Taka podróż to jest dopiero prawdziwy hardkor! :D
W ogóle ta część świata to jest dla mnie jakiś totalny kosmos! :)

_________________
Mam niebieskie futerko
i uwielbiam wciąż latać


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 18 września 2009 09:27:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 21 marca 2007 08:35:09
Posty: 521
Skąd: Bydzia
No nie da sie ukryc że hardcor :D
Kisłak (wieś) Kudara na wysokości prawie 3 tyś metrów dawny sowchoz albo kołchoz, nie wiem jaka różnica..Zamieszkany przez około 300 osób prawie odciętych od świata. Prądu brak, linia energetyczna jest ale nie rabotajet. Szkoła na około 100 dzieci. A więc wysiedliśmy z samochodu, w naszym kierunku idzie z pół wsi ciekawskich. Jak się dowiemy jesteśmy piątą ekipą takich wariatów w tym roku. Był samotny Belg, Francuzi, Szwajcarzy , Japończycy- niewiele, nasza ekipa najliczniejsza. Po chwili jesteśmy już gośćmi, nie wiadomo czy to miejscowi ustalają między sobą, czy gospodarz taki obrotny ale lądujemy w domu u Bobiego. Trzeba wiedzieć , że za gościnę nic nie oczekują ale wypada zostawi jakieś Somoni –miejscową walutę wg uznania. Przynosi czaj, lepioszki czyli takie placki chlebowe które sami pieką, na koniec miskę baraniny łącznie z kośćmi do obgryzania. Przynosi co jego zdaniem najlepszego miał , nie każdy tryska szczęściem są wśród nas wegetarianie. Jest tez mleko dla chętnych, pytamy jakie to mleko, z czego… odpowiadają… kozy, owcy, krowy..no wiemy że mleko może być z nich wszystkich ale w końcu nie wiemy jakie pijemy  Dokonujemy mycia w kanałach nawadniających rozprowadzających mętną wodę po całej wsi, nasz kierowca po trudach dnia tylko siorbnął takiej wody i się zadowolił, my byśmy się pewnie zaraz pochorowali. Zapytani o toaletę wskazali nam trzy głazy na skraju wsi, więcej już nie zapytamy, już wiemy jak tu się załatwia te potrzeby ;) Podziwiamy rozgwieżdżone niebo, u nas na takie nie ma szans. Chcemy wynająć osły do noszenia tobołów na 3 dni bo na tyle obliczamy dreptanie dolina Tanimasu, trudno dojść do porozumienia , w końcu sprawę rozstrzyga dyrektor szkoły i mamy na rano 4 iszaki i 4 ludzi do prowadzenia ich.
Obrazek
Kudara
Obrazek
Dyrektor szkoły

Wędrówka przebiega szeroką doliną w 30 stopniowym upale, który towarzyszy nam tu stale, w większości pustkowiem, z rzadka oczka zieleni ze strumykiem, a tam pasione są iszaki i organizowane obozowiska na noc. Nawet udaje się zebrać jakieś patyki na ognisko wieczorne, dla miejscowych to pewnie marnotrawienie paliwa na którym można zagotować wodę lub ogrzać dom w surowa zimę.
Obrazek
Obrazek

Od drugiego dnia dość często przeprawiamy się przez dopływy boczne Tanimasu, a więc zdejmowanie butów, walka z prądem i lodowata wodą.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek



Dodatkowo karmimy naszych przewodników, wzięli za mało żarcia i nie spotkali pasterzy na co liczyli. Trzeciego dnia napotykamy wodę nie do przejścia… Tanimas wije się całą szerokością koryta, zbyt głęboki i bystry by przejść bez strat o ile w ogóle. Robimy rozeznanie przejścia zboczem, zwiadowcy wspinają się około 500 metrów i wracając po 3 godzinach nie mają dobrych wieści- nie ma szans.
Obrazek

Zostajemy jeszcze na noc, jest jeszcze nadzieja że po mroźnej nocy rano woda będzie o niższym stanie i nas puści. Niestety nici z mroźnej nocy, poziom obniżył się tylko o kilka cm. Jeszcze tylko kilka pojedynczych prób przeprawienia ale bezskutecznie, śmiałkowie tylko dygoczą i szczękają zębami, jednak woda z lodowca nie jest za ciepła. Trzeba przyznać że nasi przewodnicy czyli Salzawar, Budulai, nauczyciel historii i Starszy (Starszy dlatego że u nich przewodził, w post sowieckich krajach każda grupa musi mieć Starszego i my tez musieliśmy mieć, na każdym posterunku pytają „kto u was Starszy”;-) ) robili co mogli by pomóc nam w realizacji calu, pomagali przechodzić przez wodę, wyszukiwali najlepszych przejść. Podobno z tym stanem wody jest różnie i w niektórych okresach roku można przejść a często jest to niemożliwe, my mieliśmy pecha i niestety zamiast opuścić naszych przyjaciół z iszakami wracamy przez 2 dni do Kudary.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Postanawiamy uderzyć w dolinę Hawrazdara czyli tą którą mieliśmy wracać z lodowca, już wiemy że na Fedczenkę nam nie starczy czasu :( Może uda się dotrzeć do innego lodowca zwanego Grum Grzymajło, ale i to wątpliwe...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 18 września 2009 09:28:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
..co za wyprawa ! szok !

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 913 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 36, 37, 38, 39, 40, 41, 42 ... 61  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group