Relacja jest niezwykle udana, obie galerie foto też (podpisy elsei!!!), ale sam wyjazd i same Gorce i tak były jeszcze lepsze, mimo że przeszedłem w międzyczasie kryzys osobowości... ale kryzys przeszedłem do Krościenka i wyprawa można powiedzieć zakończyła się triumfem
(z posttriumfem, którym było odnalezienie kabanosów

)
Kilka uwag dodatkowych:
ad. dzień I - pod Turbaczem dopadła mnie choroba wysokościowa

Miałem zawroty głowy, uczucie ogólnego przymulenia oraz potężnego ucisku na głowę (nie ból, tylko właśnie ciśnienie), problemy z równowagą i chęć natychmiastowego położenia się spać. Bogi napisał tak po prostu, że o dwudziestej drugiej coś tam dotarliśmy do schroniska... no ja dotarłem z OGROMNYM trudem, na szczęście zmobilizował mnie ostatni odcinek trasy, wreszcie nie po szerokiej drodze samochodowej, ale po kamienistym skrócie... a w schronisku to w ogóle już było dobrze - schronisko na Turbaczu okej!
ad. dzień II
Bogus pisze:
Schodziliśmy więc przez bardzo ładny rezerwat, który Crazy'emu przypadł do gustu do tego stopnia, że stwierdził, że widoczność nie jest mu potrzebna, bo las i tak widzi, a polany będą mu się podobać mniej. Co więcej, trzymał się tej tezy wbrew przytłaczającym argumentom, takim jak Polana Turbaczyk
Proszę Pana! Ten las i rezerwat były nie bardzo ładne, ale wręcz rzekłbym, całkowicie sześciogwiazdkowe! A co do widoczności - czasem z Gerem takie rozmowy prowadziłem a propos gór, czego tam szukamy, że Gero lubi po tym jak się namęczy mieć
widok jako pewnego rodzaju uzasadnienie, po co się męczył

A ja nieraz mam tak, że widok widokiem, ale najfajniejsze są te widoki, które dobrze widać nawet we mgle, takie w promieniu kilku metrów - wywrócony korzeń drzewa, jakiś jar, jakaś skała, załom, strumyk, krzaczek... w tym lesie pod Turbaczem było naprawdę przepięknie i dziko, i polana Turbaczyk przy całej swojej urodzie nie zdołała tego przebić.
A co do widoczności i pogody, to tego dnia mieliśmy wręcz wyjątkowe szczęście: słońce wychodziło zawsze właśnie tam, gdzie było potrzebne:
na polanie Turbaczyk, żebyśmy mogli podziwiać widok...

pod sklepem w Koninkach, żebyśmy mogli w przyjemnych warunkach spożyć luncheon... (brak dokumentacji foto)
przy chatce zdewastowanej przez Tony'ego Halika...

przy obserwatorium, gdzie piękna trawka aż zachęcała, żeby się położyć, ale było trochę za mokro (bo pomiędzy mrugnięciami słońca co i raz padało)

,
no i również - o czym Bogi zapomniał - kiedy dotarliśmy do schroniska i można było po raz pierwszy na poważnie popatrzeć na Tatry!:
ad. dzień IIITego dnia w pełni doceniłem jak dobrego mieliśmy przewodnika w postaci Bogusa. Bardzo długa trasa przez Gorc i Kudłoń okazała się super, ale aż strach pomyśleć, jak gupia by się mogła okazać, gdybyśmy ją szli w przeciwnym kierunku, co nieśmiało postulowałem i na szczęście Bogus poprowadził nas tak jak trzeba.
Najpierw jednak miałem poważną wątpliwość do jego oceny "best momentu" Gorców na pierwszej stronie tego wątku, czyli grzbietu Turbacz-Gorc.
Bogus pisze:
Brak widoków dalszego zasięgu, zredukował nieco atrakcyjność szlaku, który do tej pory uważałem za swój ulubiony w Gorcach (...) W końcowym fragmencie podejścia na Gorc zaczęło padać, tak że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie rozważyć potencjalnej możliwości powrotu tą samą drogą, ale szybko ją odrzuciliśmy.
Na szczęście odrzuciliśmy! Polecany przez Bogiego grzbiet szczerze mówiąc mnie z lekka przynudził. Fakt, że pogoda była słaba, widoków prawie brak, ale i ten grzbiet jakiś taki bez większych fajerwerków. W pewnym momencie tak mi się nie chciało iść, że musiałem zrobić (sobie ale i innym) "przerwę motywacyjną", czyli przysiadka na jakimś mokrym pniu, bo już iść mi się nie chciało w ogóle. Potem w końcu szczyt Gorc, dylematy, rozwiązane autorytatywnie przez Żółtka, co celnie opisał Bogi (jak również późniejszy wiatr i deszcz w ryj, któremu jednak nie udało mi się zmusić mnie do wyjęcia z plecaka kurtki, która przez cały wyjazd pozostała bezrobotna).
A potem zejście-masakra.
Bogus pisze:
beskidzkie szlaki często wiodą rozjeżdżonymi drogami. Jak takie drogi wyglądają po deszczach? Wiadomo. Jak się po nich idzie? No właśnie, tego zwykle nie wiadomo.
Wiadomo...

Idzie się chujowo. Zresztą - w dół to tam jeszcze ujdzie. Ale właśnie wtedy zacząłem sobie myśleć, że ojej, gdyby w życie wszedł mój plan a nie Bogiego, to byśmy tam szli w górę... chyba bym się załamał!
Dla mnie może jeszcze gorszy był fragment asfaltówki, który wiódł ku sklepom... no ale mniejsza z tym. Po posiłku zaczęło się nagle robić niesamowicie fajnie!
Bogus pisze:
Pamiętałem, że te polany są fantastyczne, ale nie pamiętałem, że są jeszcze fajniejsze!
Po pierwsze z dość beznadziejnej pogody w pierwszej połowie dnia zaczęło się robić pięknie, nawet nie tak przelotnie pięknie, jak dzień wcześniej, ale po prostu pogoda się wyklarowała i to - jak się okazało - do końca wyjazdu.
Po drugie - znowu odczułem wdzięczność, że idziemy w tym właśnie kierunku, bo inaczej szlibyśmy po tych najfajniejszych miejscach (chyba tu mi się nawet bardziej podobało, niż w rezerwacie ochrony biernej!) w deszczu i szarudze.
Najpierw była taka super fajna mała polanka:

,
potem jeszcze fajniejsza duża polana:

potem dalsze fajne miejsca, a jakie z nich widoki! Tatry zaczęły się stopniowo odsłaniać, z Bogusem zaaferowaliśmy się całkowicie dyskusjami na temat
Bogus pisze:
czy Koszysta jest Żółtą Turnią
co nieco irytowało elseę, która twierdziła, że widać tam jakieś góry i żebyśmy nie zawracaliśmy głowy... no ale ten gość w kolejce na kasprowy jechał na gapę, co ja na to poradzę

Z ostatniej z tych polanek przed Kudłoniem odchodziliśmy pojedynczo... najpierw Żółtek postanowił, że dość stania i ruszył, robiąc tę miażdżącą przewagę, o której pisała elsea pod zdjęciami. Potem ona sama też miała dość naszego gapienia się w przestrzeń i poszła. We trzech jeszcze trochę się pogapiliśmy, ja udałem się też w pobliskie krzaczki no bo.. no taka była potrzeba chwili po prostu

, potem Witkowi się znudziły nasze gadki o Żabich Koniach, potem Bogi ruszył i ja miałem iść za nim, ale tak się wzruszyłem tymi Tatrami, że dalej stałem i patrzyłem, i widząc różne miejsca przypominałem sobie chwile, które tam przeżyłem... ba, niemal kolebę w Dolinie Ciężkiej dostrzegłem! I kiedy zacząłem iść w kierunku Kudłonia to już w ogóle nikogo nie miałem w zasięgu wzroku. Takoż zacząłem pod górę truchtać, żeby odrobić choć część straty. Poważnie zdyszany dotarłem na szczyt a tam nikogo, nadal śladu człowieka, zacząłem się martwić czy czegoś nie przeoczyłem... dopiero na zbiegach dopędziłem Bogiego i Witka, ale przodującej dwójki nadal ani śladu. Elsea na mnie zaczekała na skraju kolejnej ślicznej łączki, ale Żółtka dopadliśmy dopiero, kiedy sobie odpoczywał na rozstaju szlaków na przełęczy Borek. Dalej poszliśmy już wszyscy.
A przed schroniskiem widok na Tatry był już CAŁKOWITY...
Tak to wyglądało naprawdę:

a tak w zbliżeniu

:

PS.
Bogus pisze:
Wieczór umililiśmy sobie partyjką makała.
To była szalona gra! Fajnie Witek że się zdecydowałeś mimo sprzeciwu wobec naszych zasad
ad. dzień IVJestem już zmęczony pisaniem, choć w połowie nie tak wymęczony jak byłem pod koniec dojścia do Krościenka... Więc tylko w skrócie powiem, że mimo mojego kryzysu, droga mi się ogromnie podobała, bardzo się cieszę, że podjęliśmy się tego trudu i może nawet powiem, że kiedyś chciałbym pójść tam znowu... ale na pewno nie pod górę, bo z Krościenka na Turbacz to chyba dwudniowa wyprawa! Poza tym szkoda by mi było finalnego podejścia na Lubań, co za wspaniały wyryp

Bogus pisze:
Kiedy byliśmy na wysokości czubka wieży krościeńskiego kościoła Crazy zaczął podejrzewać, że możemy dać radę dojść.
Kurde! No, doszliśmy!
Jeszcze raz chciałem podkreślić, że Bogus jako przewodnik był niezastąpiony, wobec moich (w sumie kilku) kryzysowych momentów, było to niesamowicie pomocne, że tak naprawdę zupełnie nie musiałem się zastanawiać nad tym, gdzie jestem i którędy droga - mogłem się nad tym zastanawiać dla przyjemności orientowania się w terenie a nie z żadnej konieczności. Bogi szedł pewnie do przodu i można było mu w pełni zaufać.
No i całe towarzystwo w ogóle na całym wyjeździe niezmiernie udane - Witek spotkany na szlaku i niestety też przedwcześnie na szlaku pożegnany, Żółtek nieznany większości forumowiczów jak zwykle duszą towarzystwa, jeszcze spotykana od czasu do czasu miła mi Tereska, no i oczywiście moja kochana Żona, z którą chodzenie po górach to prawdziwa przyjemność.
I wirtualne pozdrowienia dla gosposi proboszcza
