Miejsce:
Gorce
Czas:
11-14.06.2009
Osoby dramatu:
Elsea, Crazy, Witt, Żółtek, Bogus
Dzień I
czyli dzień, w którym zawiązała się większość ekipy wyjazdowej, a po zawiązaniu ruszyła w drogę i nocą ciemną dotarła do celu
Zbiórka została wyznaczona na godzinę 14 na Małej Łące, skąd - jak ze wszelkich map wynika - w Gorce rzut beretem. Po posileniu się (za co chwała Gospodarzom), zapakowaliśmy się do Żółtowozu i ruszyliśmy w drogę. Na miejsce nie przybył wprawdzie Witt, ale z pewnością nas dogoni. Na rozstaju dróg, gdzie krzyżują się ulice Stryjeńskich i Płaskowickiej, podjęliśmy decyzję, że podejście na Turbacz rozpoczniemy w Nowym Targu, tak więc skręciliśmy w lewo. W drodze zajmowaliśmy się tak istotnymi tematami, jak to, czy Kasia Kowalska byłaby zdolna do śpiewania o nodze, jak również czy James Bond dobrze radzi sobie w repertuarze Abby. Ze względu na istotne różnice zdań w ostatniej kwestii nie wypracowaliśmy wspólnego stanowiska. Za Krakowem, gdzie napotkaliśmy dalekobieżny autobus na Azory, wraz z Crazym skupiłem się na analizie tego, co za oknem - gór i chmur. Te ostatnie były coraz ciemniejsze, dość jednoznacznie wskazując na to, że zamierzają się skraplać, a nawet co pewien czas oświetlać nam wieczorną drogę do schroniska. Kiedy jednak zatrzymaliśmy się w pobliżu kościoła w Kowańcu, jeszcze nie padało. Umożliwiło to poczynienie w komfortowych warunkach przygotowań do spodziewanych niewygód na szlaku, jak również różnych przepakowań, w tym wypuszczenie z plecaka niedużego, acz posiadającego z pewnością niepomijalną wagę kundelka. Samochód pozostawiliśmy przy drodze z pewnymi wątpliwościami, co do jego najbliższej przyszłości i rozpoczęliśmy marsz. Wtedy też zaczęło padać, ale nieprzesadnie. Wilgotność była jednak znaczna, a szlak śmiało piął się w górę i po pewnym czasie Żółtek wyraził opinię, że intensywność opadu nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, ponieważ i tak jest całkowicie mokry dzięki działalności własnych gruczołów potowych. Pod koniec podejścia na grzbiet deszcz ustał, a chwilę później oczom naszym ukazał się ładny widok na Babią Górę, na tle postzachodniego nieba. Widok ów był na tyle atrakcyjny, że Elsea wyraziła żal, iż aparat ma głęboko w plecaku. Solidaryzowałem się z nią w tym żalu przez kilka kroków, aż do momentu, w którym oboje jednocześnie stwierdziliśmy, że choć aparaty mamy głęboko w plecakach, to widoku nie dajemy rady mieć głęboko gdzie indziej i jęliśmy te plecaki zdejmować, co by jednak wyciągnąć z nich nasze uwieczniacze. Elsea była pierwsza. Ja jeszcze chwilę szamotałem się ze swoją salewą, a następnie oparłem ją o Żółtka i przyłączyłem się do fotografowania. Każda chwila spędzona w tym miejscu wydłużała jednak drogę, którą trzeba będzie pokonać nic nie widząc, ruszyliśmy więc dalej. Kilka minut po 22, a kilkanaście po ostatecznym zapadnięciu nocy, dotarliśmy do schroniska, gdzie bardzo miły pan podarował nam za pewną opłatą klucz do pokoju nr 7, w którym za moment miał się rozegrać prawdziwy dramat. Ale nie uprzedzajmy faktów. Udaliśmy się niespiesznie do wskazanego pomieszczenia i przystąpiliśmy do jedzenia kolacji. Właśnie wtedy Crazy ze zgrozą odkrył, że nigdzie nie może znaleźć kabanosów. Sytuacja rysowała się w czarnych barwach. Kabanos pozostawiony w porzuconym samochodzie był łakomym kąskiem dla włamywaczy (jako pierwszą potencjalną podejrzaną uznaliśmy gosposię proboszcza, z uwagi na lokalizację pojazdu). Nagłe ocieplenie mogło również wpłynąć na decyzję rzeczonego kabanosa o samodzielnym opuszczenie pułapki. Tak czy inaczej, los Żółtowozu wydawał się być przesądzony. Poszliśmy więc spać.
Dzień II
czyli dzień, w którym szliśmy przez las i polany, w deszczu i słońcu, a na koniec ekipa wyjazdowa uległa skompletowaniu, a nawet rozszerzeniu o jednostkę dochodzeniową
Obudziliśmy się z samego rana. Crazy twierdził, że przebudzał się również w środku nocy, a że jego lokalizacja pozwalała na ocenę zjawisk atmosferycznych występujących za oknem bez zmieniania jakże przyjemnej pozycji horyzontalnej, stwierdził z przerażeniem, że świeci słońce i w związku z tym trzeba będzie przejść strasznie długą trasę, która była zaplanowana jeszcze przed wyjazdem. Wraz z nadejściem poranka słońce ustąpiło jednak miejsca chmurom, tak że wszyscy pozostali z obiecywanego (wcale nie mgliście) przez pana w recepcji poprzedniego wieczora widoku zobaczyli jedynie pięć namiotów, stojących w odległości około 10 metrów od schroniska. Byłby to dla nas zimny prysznic, ale ten każdy wziął przed pójściem spać i żaden już nie został. W związku z zastaną aurą zbieraliśmy się nieśpiesznie. Gorce, moim skromnym, acz słusznym zdaniem, z którym raczył nie zgodzić się później Crazy, tracą bardzo wiele ze swojej atrakcyjności, gdy nic nie widać. Przed oczami stanął mi widok polanek, pozbawionych widoku i z żalu gotowy byłem nigdzie się nie ruszać, pozostając przy rozwiązywaniu jolki. W trakcie, gdy leniwie przeżuwaliśmy śniadanie, zaczęło się wprawdzie nieco przejaśniać, ale obiektywna miara widoczności - liczba widocznych z okna pokoju namiotów - wskazała spadek widoczności o trzy. Niemniej, postanowiliśmy wyruszyć na mniejszą z dwóch pętelek, jakie są naturalnym wyborem planistów wycieczek, mieszkających na Turbaczu: Turbacz - Czoło Turbacza - Turbaczyk - Koninki - Suhora - Obidowiec - Turbacz. Nie zdążyliśmy nawet dotrzeć na Czoło, a już nasze czoła zostały zroszone, ale nie potem, bo nim potem, a przedtem deszczem. Ten jednak ustał na tyle szybko, że nie zdążyliśmy wprowadzić żadnych korekt do naszego planu. Schodziliśmy więc przez bardzo ładny rezerwat, który Crazy'emu przypadł do gustu do tego stopnia, że stwierdził, że widoczność nie jest mu potrzebna, bo las i tak widzi, a polany będą mu się podobać mniej. Co więcej, trzymał się tej tezy wbrew przytłaczającym argumentom, takim jak Polana Turbaczyk, na którą wyszliśmy wkrótce po daleko idącym rozpogodzeniu. A na Polanie Turbaczyk, jak to na Polanie Turbaczyk - duże nachylenie stoku, wysokie trawy i wspaniały widok od Babiej Góry przez Beskid Wyspowy po Kudłoń. W tym też miejscu doszło również do istotnych ustaleń. Jako że Witt przebywał w Rabce, zostało wskazane miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć niemal jednocześnie - był to szczyt Obidowca. Telefoniczne negocjacje zaowocowały ustaleniem, że spotkamy się na Obidowcu albo nie. Ruszyliśmy zatem w dalszą drogę, najpierw przez całą polanę, potem przez następną polanę, a potem lasem. I znów w deszczu, który tym razem sprawiał wrażenie, że pada już na poważnie. Ale nim nasze nogi postanęły w Koninkach, znów się przejaśniło. Główną atrakcją Koninek był szczekający las. Po pewnym czasie okazało się, że w lesie był pies, z którym Żółtek nawiązał kontakt dźwiękowy. Wydawało się, że pies olał te zaczepki, ale po kilku minutach przybiegł, przywitał się ze wszystkimi (najbardziej z Elseą) i pobiegł z powrotem. W Koninkach był też sklep obfitujący w różne dobra, takie jak zepsuty kefir, ale i zupełnie dobre lody, banany, jogurty, wody i co tam jeszcze. Dzięki zastosowaniu zasady "co wpadnie do mojego plecaka, to moje" zdobyłem również jednego wafelka, choć to już kosztem Crazy'ego, a nie sklepu. Posileni upolowanymi dobrami rozpoczęliśmy podejście, na którym jak się nagle nie zrobiło ciemno, jak nie dmuchnęło tak, że o mało żeśmy szlaku nie zmienili... Po czym troszkę popadało i gdy doszliśmy na grzbiet, wyszło słońce. I bardzo dobrze, bo pozytywnie wpłynęło to na widoki wsteczne, w tym widok na Luboń i Szczebel. Ten drugi szczyt wyrastał na górę wyjazdu, bo prezentował się efektownie przy każdej okazji i zawsze przyciągał wzrok. Ku rozpaczy Żółtka mijana górna stacja wyciągu Tobołów pozbawiona była najmniejszej choćby gastronomii, choć wyciąg ów czynnym był. Mało otwarcie prezentowało się również zagadkowe obserwatorium na Suhorze, tak więc niczego specjalnego tam nie zaobserwowaliśmy. Nawiązaliśmy natomiast kontakt z zupełnie nieobcą i nieodległą cywilizacją, jaką był zbliżający się do Obidowca od strony Starych Wierchów Witt. Nam brakowało jeszcze zaledwie 20 minut, więc można powiedzieć, że zgraliśmy się idealnie. Po drodze jeszcze wykonaliśmy zdjęcia do powtórzenia zagadki z Suhorą. Przechodził akurat pewien chłopiec, który wszystkim mówił "dzień dobry". Ponieważ byłem skoncentrowany na doborze kadru, nie odpowiedziałem mu od razu, chłopiec ponowił więc skierowane do mnie "dzień dobry" po 3 sekundach. Tym razem zachowałem się już kulturalnie i odpowiedziałem, nie wiadomo więc po ilu próbach chłopiec ów rezygnuje. Na Obidowcu czekał już Witt. Przywittaliśmy się ciepło i serdecznie, wymieniliśmy kilka grzecznościowych uwag i poszliśmy grzbietem dalej. Od strony Babiej nadciągała kolejna porcja ciemnych chmur, jakaś góra w Beskidzie Makowskim kilka razy dostała piorunem po szczycie, ale udało nam się dotrzeć do schroniska przed nadejściem obfitego opadu. Po drodze wyprzedziliśmy jeszcze rowerzystów, z którymi Witek miał do czynienia od początku swej wędrówki. W schronisku powitała nas Tereska, która mieszkała w budce harcerskiej nieco poniżej Turbacza, a przyszła w odwiedziny, przy okazji korzystając z oferowanych przez schronisko zdobyczy cywilizacji, takich jak prąd i woda. Powitały nas również dwa Manowary, które czekały aż z wędrówki wróci klucz do pokoju, który okazał się naszym wspólnym. Żółtek bohatersko i bardzo przekonywująco odparł wszelkie zarzuty sformułowane przeciw nam w sprawie zabrania klucza (dobrze, że nie została wykryta zasadzka, jaka powstała przez zabranie deseczki spod jednego materaca...), a gdyby dyskusja nie została szybko zakończona, nasze współlokatorki być może same poczułyby się winne zaistniałej sytuacji. Tego wieczora zbadaliśmy jeszcze właściwości prysznica, który nie zamierzał tryskać ciepłą wodą w sytuacji, gdy tylko jedna kabina była używana, najedliśmy się do syta, a nawet jeszcze trochę, obejrzeliśmy podeszczowe widoki, zjedliśmy kupionego przez Witka na pniu bunca i legliśmy do wyrek.
Dzień III
czyli dzień, w którym zrealizowaliśmy złowieszczy plan Wielkiej Pętli (fr. Le Tour de Gorce - czyt. le tuh de gohs), tracąc przy tym jedynie ręcznik
Kolejny ranek przywitał nas - a jakże - mgłą. I to mgłą czasoprzestrzenną - widoków nie było ani w żadnym kierunku, ani na przyszłość. Był to jednak ostatni dzień na realizację zasadniczego planu (Turbacz - Gorc - Przełęcz Przysłop - Kudłoń - Turbacz), więc nie zwlekając zwlekliśmy się z posłań, zjedliśmy co popadło i stanęliśmy u wrót schroniska, które stały otworem, co ułatwiło nam wyjście na zewnątrz. Oczywiście natychmiast zaczęło mżyć, Tatr nie było widać w najmniejszym stopniu, ale z Jaworzyny Kamienickiej widać było Gorc, a więc pierwszą istotną kulminację na naszej trasie. Brak widoków dalszego zasięgu, zredukował nieco atrakcyjność szlaku, który do tej pory uważałem za swój ulubiony w Gorcach, ale i tak szło się przyjemnie. Polanka raz z jednej strony, raz z drugiej, a między nimi ścieżka przez las. Zahaczyliśmy nawet o Zewnętrzne Rubieże, a konkretnie Dagobah - miejsce, które Witka wyraźnie zainteresowało, żeby nie powiedzieć wciągnęło. A dlaczego właściwie nie powiedzieć?! Co?! No dlaczego by nie?! No... bo nie wciągnęło. Niestety droga bywała kręta i wyboista, co najbardziej odczuł Żółtek, uszkadzając nieco nogę. Ale troskliwi znajomi a to poratowali bandażem (Crazy), a to, gdy widzieli go siedzącego obok drogi, kolejno nadchodząc pytali: "odpoczynek czy awaria?" (Bogus), "Siedzisz, bo chcesz, czy musisz?" (Elsea), "Też chciałem o to zapytać" (Witt). Jako, że siedział, bo chciał, a potem chciał wstać, więc wstał, poszliśmy dalej, odkrywając mimochodem krzak sprężynowca. W końcowym fragmencie podejścia na Gorc zaczęło padać, tak że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie rozważyć potencjalnej możliwości powrotu tą samą drogą, ale szybko ją odrzuciliśmy. Padało coraz mocnej, więc Żółtek zarządził wznowienie marszu, celem zejścia w bardziej gęsty las. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że szlak nie prowadzi w gęstszy las, a na (całkiem skądinąd ładną) polanę. Sądzę, że gdyby sobie zdawał, jego zarządzenie brzmiałoby inaczej. Na polanie było wszystko - deszcz, zimno i silny wiatr. Najpierw boczny, potem centralnie w ryj (Elsei w twarz). Deszcz padał właściwie poziomo, o czym świadczył suchy fragment drogi położony od zawietrznej niewielkiego drzewka. Polana ta w normalnych warunkach oferuje przyjemne widoki na Gorce, zwłaszcza polany na opadającym grzbiecie Kudłonia, którymi mieliśmy się wg planu wspinać za czas jakiś, ale tym razem chyba wszyscy myśleli tylko o tym, żeby jak najszybciej z niej zejść. A jak zeszliśmy, to przestało padać, a i wiatr przestał dokuczać. Początkowo przede wszystkim dzięki drzewom, ale potem już zupełnie obiektywnie. Na tym jednak niebezpieczeństwa czyhające na trasie się nie skończyły - beskidzkie szlaki często wiodą rozjeżdżonymi drogami. Jak takie drogi wyglądają po deszczach? Wiadomo. Jak się po nich idzie? No właśnie, tego zwykle nie wiadomo. Ale prześlizgawszy się jakoś i przez tę zasadzkę, trafiliśmy na przełęcz Przysłop, gdzie wsparliśmy oba silnie ze sobą zapewne konkurujące sklepy spożywcze. Jeden, mimo stwierdzonego słabszego - z naszego bieżącego punktu widzenia - asortymentu, wydawał się być w tej przełęcznej rywalizacji górą, jako że posiadał grupę oddanych miejscowych klientów. Żółtek znów sprawiał kłopoty sprzedawczyni - tym razem jego zakupy były tak skomplikowane, że pani długo nie mogła się doliczyć, jaką kwotę powinna zainkasować. Elsea znów miała ochotę na zjedzenie loda, a że było zimno jak ch... no... jak chyba w czerwcu nie powinno, założyła na siebie wszystko, co miała, a ogrzawszy się wcieliła swój pomysł w życie. Żółtek konwencjonalnie problem na odcinku ogrzewania rozwiązał przy pomocy Witkowej wiśnióweczki. Crazy miał ochotę na jakiś ser dostępny u pani, siedzącej na parkingu, ale wcześniej najadł się tak bardzo, że na panią nie mógł już patrzeć. Czas w drogę, przed nami podejście na Kudłoń. Żółtek ruszył pierwszy, prowadzony przez drogowskazy "Noclegi". Powoli zaczęło się przejaśniać. Wyszliśmy na pierwszą z polan i od tej pory nie bardzo wiem, co się działo, bo na świat patrzyłem przez wizjer i obiektyw, a od dźwięków odciąłem się mentalnie. Pamiętałem, że te polany są fantastyczne, ale nie pamiętałem, że są jeszcze fajniejsze! Zwłaszcza Podskały! Czad i wypas, choćby nawet jedynie kulturowy i wcale nie tam. Fascynacja nie była tylko moim udziałem, Żółtek z wrażenia zostawił gdzieś ręcznik, a Elseę wciąż widziałem z aparatem przy oku. Ale i na tych pięknych polanach czyhały niebezpieczeństwa - szedłem sobie przez Podskały spokojnie fotografując, aż tu nagle usłyszałem za sobą narastający szum i w ostatniej chwili odskoczyłem przed biegłym Crazym, pędzącym za żoną. Po wejściu na grzbiet okazało się, że podniosły się trochę chmury również nad Tatrami i możliwe stały się próby określenia, co gdzie jest, a po pewnym czasie nawet samo stanowcze określenie. Niestety wiązało się to ze stopniowym zamarzaniem, więc poszedłem dalej, tym bardziej że spór na temat tego, czy Koszysta jest Żółtą Turnią, okazał się mniej interesujący niż ten, w którym roku ks. Karol Wojtyła odprawił pierwszą mszę przodem do wiernych i z 15 minut wcześniej poszedł Żółtek (który obstawiał błędny rok i poszedł wprowadzić niezbędne modyfikacje na pomniku upamiętniającym to wydarzenie), 5 minut po nim Elsea (która rozgryzła ten przebiegły plan i poszła go udaremnić), a jeszcze chwilę później Witt (któremu po prostu znudziło się siedzenie). A szlak wciąż trzymał poziom atrakcyjności, choć z poziomem w terenie było już trochę gorzej. Szczęśliwie na zejściu, zamiast uważać, by nie potknąć się o kolejną przecinaną poziomicę, obejrzałem się w odpowiednim momencie za siebie i ujrzawszy w oddali czerwoną plamkę, którą wziąłem za Crazy'ego - i mając w pamięci zdarzenie z polany - od razu usunąłem się na bok. A była to słuszna decyzja, bo Crazy przemknął zaraz koło mnie, ponownie w pogoni za żoną. A pogoda poprawiła się na dobre. Na Hali Turbacz było już pełne słońce, które skłoniło nas do wspomnień przypadków, kiedy na szlaku bardzo brakowało wody. Nie wiedzieliśmy wtedy, jak szybko powstanie kolejna taka historia. Ale - oddajmy ponownie głos red. Wołoszańskiemu - nie uprzedzajmy faktów. Spod schroniska pięknie widać było Tatry, co jeszcze trochę opóźniło nasz powrót, ale tym razem nie miało to kluczowego znaczenia. Klucz był bowiem w posiadaniu Manowarów, które posiadały również informację, że jest już ciepła woda. Chwyciłem więc czym prędzej niezbędne akcesoria i udałem się pod prysznic. Po drodze przeszła mi przez głowę myśl, że informacja o ciepłej wodzie była zemstą za wczorajszą wpadkę z kluczem, ale poziom przejrzystości powietrza w łazience kazał tę myśl odrzucić. Z natrysku lał się ukrop. Ale nie zawsze i nie wszędzie. Po chwili przyszedł Witek i on miał wodę lodowatą. Co gorsze, ja już też miałem lodowatą, a potrzebowałem spłukać z siebie mydło. Szczęśliwie po pewnym czasie symultanicznego wypuszczania wody z kranu, udało się doprowadzić wodę do idealnej temperatury. Okazało się, że w ten sposób pomogliśmy również Elsei, która w sąsiedniej łazience przechodziła w tym czasie te same problemy. Po wizycie w łazienkach (niezbyt królewskich) przyszedł czas na żarło, które wbrew moim wcześniejszym wspomnieniom z Turbacza ponownie okazało się być zupełnie dobre. Wieczór umililiśmy sobie partyjką makała.
Dzień IV
czyli dzień, w którym wyjazd dobiegł końca, choć zupełnie nie od razu
Pogoda z sobotniego wieczora utrzymała się do rana i nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek w tym zakresie miało się zmienić do wieczora niedzielnego. Jeszcze przed śniadaniem zeszliśmy kawałek do kapliczki, w której od lat ten sam ksiądz odprawia w niedzielę msze. Ksiądz jest dość nietypowy - ma już swoje lata, problemy z pamięcią, jak również niezbyt ortodoksyjne podejście do liturgii. Wszystko to sprawia, że odprawiane przez niego msze są niepowtarzalne. Tym razem nie pomylił chyba niczego w liturgii, pominął tylko jedno czytanie, a drugie wzbogacił o śródtekstowy komentarz, z irytacją zareagował na to, że ludzie tylko raz użyli spójnika "i" we frazie "bo Twoje jest królestwo, potęga i chwała na wieki", a kazanie dotyczyło wszystkiego, czego tylko mogło - od ukraińskiego biskupa, przez ceny na Słowacji i budowę Zakopianki, na musztardzie francuskiej skończywszy. Po mszy wróciliśmy na śniadanie, a potem się rozdzieliliśmy. Żółtek poszedł do Nowego Targu, gdzie miał oddać koła do wulkanizatora i wstawić szyby. Elsea, Crazy i ja ruszyliśmy Głównym Szlakiem Beskidzkim do Krościenka. Witek natomiast miał schodzić do Lubomierza, ale w końcu zmienił zdanie i poszedł z nami. Po drodze mnóstwo okazji do podziwiana panoramy Tatr, od Kieżmarskiego do Brestowej, jako że pogoda idealna. Marsz uprzyjemnialiśmy sobie zabawą w geograficzne 20 pytań. Zagadki padały jak muchy, tylko Elsei udało się nas pokonać - raz niby zgadliśmy, ale niebardzo, a drugi raz już bardzo nie. Do Przełęczy Knurowskiej wszystko było ok, potem zaczęło wkradać się zmęczenie, a do tego okazało się, że nie mamy zbyt wiele wody, co przy wreszcie bardzo dobrej pogodzie rodziło pewne problemy. I tak to podróżowaliśmy w czasie, a w czasie gdy my podróżowaliśmy, Żółtek dotarł do Nowego Targu i przysłał smsa: "Szyby całe, zamki nie ruszone, kabanosa nie ma. Chytra ta gosposia". A my parliśmy naprzód, przez górki i dołki między Przełęczą Knurowską a Lubaniem, z przerwą na postój na jednej z polanek, skąd świetnie widać było Tatry (Crazy zauważył, że jeden z pasażerów kolejki na Kasprowy nie ma biletu) i Jezioro Czorsztyńskie, a na wyposażeniu były również drzewa z dogodnymi drogami wspinaczkowymi. Podejście na Lubań ostatecznie wykończyło wszystkich - przed laty szedłem tą trasą w drugą stronę i zapamiętałem jedynie przyjemne polanki, które ma pamięć rozciągnęła na cały odcinek, tymczasem właściwe podejście okazało się wyjątkowo nieprzyjemne. Tyle że widok z Lubania trochę to wynagrodził. Trochę, bo choć jest on bezsprzecznie wspaniały, to brak wody i wyczerpanie mocno nas stępiało. Na Lubaniu Witt podjął decyzję o zejściu do Tylmanowej, co zwiększało jego szanse zdążenia na autobus. Tam więc się pożegnaliśmy i we trójkę kontynuowaliśmy marsz do Krościenka. Zejście się dłużyło, wszyscy chcieli być już na dole. Udało nam się jeszcze zgubić szlak, ale po chwili się znalazł. Jeszcze kilka naprawdę ładnych widoczków na Tatry i Pieniny i wreszcie ten ostatni, na Krościenko. Kiedy byliśmy na wysokości czubka wieży krościeńskiego kościoła Crazy zaczął podejrzewać, że możemy dać radę dojść. W pobliżu rynku znaleźliśmy bar, w którym postanowiliśmy coś przekąsić, zanim wsiądziemy do Żółtowozu, który w tym czasie zbliżał się do Krościenka drogą wojewódzką nr 969. Nagły napływ klientów wyraźnie przeraził panią za barem. Fakt, że po zamówieniu gyrosa i zakupieniu piwa chciałem jeszcze dostać się do lodówki z colą przyjęła z dużym zniesmaczeniem. Nadejście Żółtka i Tereski, która dołączyła do nas celem powrotu do Warszawy, musiało być już dla niej prawdziwą katastrofą. Ale potem okazało się, że i po 20 - a godzina ta była oficjalną godziną zamknięcia lokalu - można zamówić frytki. Okazało się również, że podczas gdy my wylewaliśmy n-te poty na wyczerpującym szlaku, Żółtek z Tereską zajmowali się jedzeniem lodów na wagę, oglądaniem połowy meczu podhalańskiej ligi okręgowej ZOR Frydman - Przełęcz Łopuszna, pływaniem rowerem wodnym po Jeziorze Czorsztyńskim i wjeżdżaniem wyciągiem krzesełkowym w Kluszkowcach. Na większość z tych atrakcji było już za późno, ale lodziarnia na rynku była nadal czynna i też sprzedawała lody na wagę, więc ukoronowaliśmy wyprawę właśnie przy jej pomocy. Potem pozostało już tylko wsiąść do samochodu i jechać. Główną atrakcją drogi powrotnej były rozmowy prowadzone przez CB, przede wszystkim za sprawą pojawienia się na falach dwóch Aś - znajomych wszystkich zgromadzonych w Żółtowozie z wyłączeniem piszącego te słowa - w stronę których natychmiast popłynęły różne propozycje, np. przejścia na kanał 25. Do Warszawy dotarliśmy około 2. Szkoda, że te 4 dni minęły tak szybko. Dzięki współwycieczkowiczom za świetne towarzystwo!
Dzień V
czyli dzień, w którym kabanos został znaleziony w lodówce na Małej Łące…
Gosposię pewnie ruszyło sumienie, ale to już tylko domysły...
Kilka słów o Gorcach
Podczas tego wyjazdu nie przeszedłem ani kawałka nowego dla mnie szlaku. Najbliżej do tej kategorii było żółtemu szlakowi z Kowańca w dolnym fragmencie, który przemierzałem ostatnio 21 lat temu i nie pamiętałem zbyt wiele. Większość dróg pokonanych na tym wyjeździe miałem w pamięci po pobycie przed trzema laty, a mimo to nie czułem najmniejszej potrzeby szukania nowych ścieżek, bo te co znałem - i przeszedłem teraz powtórnie - są naprawdę piękne i chciałem tam wrócić.
Przy okazji doszedłem do wniosku, że aby trafnie ocenić atrakcyjność szlaku, należy przejść go 10 razy w różnych warunkach atmosferycznych. W moim wpisie gwiazdkującym pasma za najlepszy szlak uznałem odcinek Turbacz - Gorc, bo szedłem tam przy ładnej pogodzie, natomiast jak podchodziłem na Kudłoń było strasznie parno, a od Kudłonia na Turbacz padał deszcz. Teraz pogoda była wyraźnie lepsza na tym drugim szlaku i on też podobał mi się bardziej.
Ale nie to jest istotne, który lepszy. Istotne jest to, że będąc na Turbaczu, nie za bardzo da się pójść szlakiem, który byłby słaby. Wspomniane 2 to w ogóle maks gwiazdek, do tego dochodzi świetny szlak zielony przez rezerwat i Turbaczyk, ładne są wszystkie 3 drogi do Kowańca, choć niby właśnie są to takie zwykłe szerokie drogi, GSB do Knurowskiej Przełęczy przecież też super, potem trochę nuży, ale momenty ma takie, że można by obdzielić 5 innych ścieżek. W drugą stronę może bez szczególnych rewelacji, ale w Gorcach nawet wiatrołom (pod szczytem Turbacza wiatr powalił spory fragment lasu 3 lata temu) nie szpeci terenu, zamiast tego oferując świetne widoki na Babią, Pasmo Policy, Beskid Wyspowy i Makowski, a Maciejowa to wiadomo - rewela. Zachwyt, w jaki Gorce wprawiły mnie teraz, jest dowodem na to, że mogę tam wracać ciągle.
Kilka obrazków z Gorców
I jeszcze
porcja moich zdjęć. Są pewnie dość monotonne - w kółko polany, drzewa, ścieżki i góry na horyzoncie - ale patrząc na nie widzę to, co mi się w Gorcach podoba, więc spełniają swoją rolę.