Crazy pisze:
Przydałaby się relacja z Beskidu tym razem Śląskiego, ale nie w moim wykonaniu na razie.
Skoro by się przydała, postanowiłem takową utworzyć.
Prolog
Żeby gdzieś być, najpierw trzeba tam dotrzeć (choć, oczywiście, są pewne wyjątki od tej zasady). A podróż bywa pełna niespodzianek. W metrze jakiś miły człowiek chciał na widok plecaków ustalić, w jakie rejony świata dociera ono obecnie. W SKM okazało się, że do opuszczenia pociągu trzeba mieć uprawnienia. Na dworcu Warszawa Wschodnia z kolei, że aby wsiąść do pociągu, trzeba mieć trochę szczęścia (no, to akurat nie taka niespodzianka). Po pierwsze, nie do końca wiadomo, kiedy na ten dworzec przyjść - wykluczyć można jedynie okolice rozkładowej godziny odjazdu pociągu. Po drugie, jak do niego wejść, skoro tam już ktoś jest? Udało się jednak znaleźć w całości we wnętrzu jednego z dwóch licznych wagonów i rozpocząć główny etap podróży, którego podstawowymi atrakcjami były fantastyczne kawały, opowiadane przez doborową grupę zebranych na korytarzu (to naprawdę było imponujące; kilka osób, które nie znały się wcześniej, zaczęło opowiadać sobie - a robili to tak, że słyszał to chyba cały wagon i ludzie zamieszkujący skupiska, przez które przejeżdżał pociąg - kawały, które były na dokładnie takim samym, absolutnie dennym poziomie), jak również ponadplanowy postój w Częstochowie, którego zakończenie jeden z przedziałów przyjął gromkim
"dzię-ku-je-my! dzię-ku-je-my!".
Dzień I: Szczyrk - Skrzyczne - Barania Góra - Przysłop
Pociąg dojechał nad ranem do Bielska, PKS nad tym samym ranem do Szczyrku i tam ruszyliśmy na szlak. Jako dogodną drogę wejścia na Skrzyczne wskazałem szlak zielony, którym szedłem niecałe 9 lat wcześniej. Początkowo miałem obawy, że może on trafić Crazy'ego, bo wiódł drogą ułożoną z płyt betonowych, ale zgodnie z tym, co świtało w głowie, w końcu je opuścił, mijając znak zabraniający wstępu z powodu wyrąbu lasu. Jak się okazało, wcale nie na wyrost. Po chwili, wykorzystując nasz postój, wyprzedziła nas niewielka ciężarówka, po kolejnej chwili traktor, a po jeszcze kolejnej dwa konie z rzędem. Ruszyliśmy w ślad za nimi, choć na moment z tego śladu zeszliśmy, celem doświadczenia przygody na stromym podejściu i przepaścistym trawersie. I tak dotarliśmy do rzeczonego wyrębu. Drzewa padały jak muchy, a zwożące je w dół konie nadzorowane były komendami
"wio" (ruszaj),
"prrr" (zatrzymaj się),
"prrrwa mać!" (zatrzymaj się, no!). Po kawałku ładnego trawersu wyszliśmy na zamkniętą przestrzeń otwartą (zamkniętą siatkami, gdyż był to stok narciarski), ale okazało się, że widoczność ledwo pozwala na lokalizację Pilska, a i znacznie bliższy Czupel nie był widoczny za dobrze. Skrzyczne przywitało nas wiatrem i chłodem. Tablica z namalowanym widokiem pokazywała, co by było gdyby, choć po prawdzie, i to co było, mijało się z obrazkiem w sposób dość istotny. Dla miłośników sportów ekstremalnych była możliwość opłukania dłoni w schroniskowej wodzie - nie próbowałem, ale współwycieczkowicze zachowywali się po tej czynności bardzo przekonywująco. Przemarsz grzbietem był dla mnie w pewnym sensie nowym doświadczeniem, bo szedłem tam wcześniej wyłącznie w solidnej ulewie. Widokowo niestety wciąż dobrze nie było, a las jest tam strasznie zniszczony, więc ten kawałek drogi nie zachwycił. W okolicach Magurki Wiślańskiej zaczęło być widać Babią i dobrze, bo widok z wieży na Baraniej był już całkiem sensowny. Trzeba było tylko przebić się przez tłumy innych wycieczkowiczów. Zostało jeszcze straszliwie długie zejście do schroniska, podczas którego wykryto obecność Małej Fatry (wstyd przyznać, miałem wątpliwości, czy to ona - wyglądała bardzo potężnie - dopiero określenie kierunku dało pewność). W schronisku zabawialiśmy się grą strategiczną, której celem było zajęcie dobrych miejsc na podłodze, bo miejsca w pokojach były już dawno pozajmowane. Udało się częściowo. Zdecydowanym plusem było to, że zamiast na podłodze kimnąłem się na holowej kanapie, a minusem to, że wśród innych mieszkańców holu był jubilat, co utrudniało zaśnięcie.
Dzień II: Przysłop - Jezioro Czerniańskie - Cieńków - Kubalonka - Stożek
Sobotę rozpoczęliśmy przemarszem ładną doliną Czarnej Wisełki - naszym pierwszym celem było Jezioro Czerniańskie. Niestety zapomniałem powiedzieć, że ta rzeczka to Czarna Wisełka i Elsea wyraziła żal, że nie wiedząc o tym, nie przyjrzała się jej uważniej. Przynajmniej częściową rekompensatą było przecięcie Białej Wisełki i obejrzenie zalewu, z którego swój początek bierze Wisła. Crazy odkrył tam również bagno, obwieszczając to światu archimedesowskim
"kurwa mać!". Znad zalewu wspięliśmy się (bardzo męczące podejście) na Cieńków, gdzie naszym oczom ukazała się przemiła łączka z mleczami, drzewami w różnym stanie zaliścienia, owieczkami i widokiem na zalew. Dla mnie miejsce numer 1 całego wyjazdu. Po drodze do kolejnego fragmentu Wisły minęliśmy dwie panie, szukające drogi nad Czarny Staw, jak również skocznię w Wiśle-Malince, gdzie Mistrz Adam po raz pierwszy poprawił gogle i nos przed skokiem, a już na dole cudem wymknęliśmy się goniącemu nas złowieszczemu traktoro-pociągowi. Podejście na Kubalonkę uprzyjemniły nam spory odnośnie skojarzeń, jakie może wywoływać ta nazwa. Ja i Crazy podchodziliśmy na stanowisku, że jest to nazwa budząca skojarzenia góralsko-rustykalne, podczas gdy Elsea uważała, że ewidentnie to miejsce ma coś wspólnego z kosmitami. Próbowałem przekonywać, że z mej wizyty w tym miejscu przed wielu lat wyniosłem przekonanie co do ogólnej słuszności mojej tezy, ale nic to nie dało. Dopiero po dotarciu na miejsce okazało się, że... rację ma Elsea. Były kręgi, były nawet skorupki pozostawione przez Obcych. I budka, gdzie nabyliśmy lody Atlant, każdy w innej wersji smakowej. Kubalonka nie zachęcała do dłuższego pobytu, tym bardziej, że czułem się głupio z powodu tak nietrafnej wcześniejszej oceny tego miejsca, ruszyliśmy więc niezwłocznie w dalszą drogę. Szlak już bardziej przypominał to, co pamiętałem. Do schroniska na Stożku dotarliśmy o tabliczkowym czasie, mimo tego że jeszcze przed połową dystansu Crazy skręcił nogę. Stożek - miejsce legenda. To tu moje liceum organizowało obozy narciarskie, na którym nawet raz byłem 10 lat temu. To tu była szafa grająca, która denerwowała wuefistę. To tu jest kołchoz, czyli 13-osobowy pokój numer 13. Nam przypadł po sąsiedzku pokój nr III - ale cóż to za pokój! Drzwi, jak do pomieszczenia technicznego nieupoważnionym wstęp wzbroniony, a wnętrze idealnie trójkątne. Trójkąt równoboczny tworzyła podłoga i dwa skosy. Na przeciwległej od drzwi ścianie trójkątne okienko. Wysokość pokoju w najwyższym punkcie - 182cm. Ponadto odkryłem, że na drzwiach męskiej toalety podpisani są wuefista i anglistka z mego liceum. I że poezja jest dla mnie zdecydowanie nieprzystępna. I że w tysiąca najwięcej można zyskać nie licytując.
Dzień III: Stożek - Czantoria - Ustroń ~ Cieszyn ~ Wisła Głębce
Na niedzielę plan przewidywał krótszą trasę, ale zakończoną zwiedzaniem. I plan ten został zrealizowany. Grzbietem szło się całkiem przyjemnie, aż do ataku szczytowego na Czantorię bez większych gór i dołów. Było bardzo ciepło i słonecznie, niestety widoczność nadal pozostawiała wiele do życzenia - główny grzbiet Śląskiego oczywiście widać było całkiem wyraźnie, a i Żywiecki odróżniał się od nieba: Romanka, Pilsko, Rysianka, Lipowska, Redykalny Wierch, Muńcuł, Rycerzowe. Po drodze czynny wyciąg krzesełkowy na Soszów i nieczynny kieszonkowy wyciąg orczykowy, taki z Decathlona, rozstawialny w 2 sekundy. Im bliżej Czantorii tym więcej ludzi. Na szczycie dramat. Jeśli komuś się wydawało, że Tatry są maksymalnie zatłoczone, powinien w weekend majowy pójść na Czantorię. Stężenie ludności na odcinku szlaku łączącym górną stację wyciągu krzesełkowego ze szczytem Czantorii podejmuje bez kompleksów dla utytułowanego przeciwnika rywalizację z drogą do Morskiego Oka. Na szczycie jedynym w miarę pustym miejscem jest wieża widokowa, za którą Czesi każą sobie płacić parę złotych, a te większość znajdujących się tu osób przeznaczyła już wcześniej na coś, czym będzie można ugasić pragnienie powstałe na skutek wyczerpującego podejścia na nieprzystępny wierzchołek, a przy tym wstępnie się nastukać przed wieczorną imprą w uzdrowisku. Schodzimy. Rozważany był plan zjeżdżania, ze względu na kontuzję Crazy'ego, ale twardo schodzimy. Głównym Szlakiem Beskidzkim, wzdłuż stoku narciarskiego. Schodziłem tędy drugi raz i w obu przypadkach towarzyszyła mi radość z tego, że nie podchodzę. Pomysł na poprowadzenie szlaku w ten sposób jest doprawdy znakomity. W Ustroniu kupujemy sok i colę, a następnie wykonujemy 3 próby dostania się do autobusu do Cieszyna. Dwie pierwsze się nie powiodły z uwagi na fakt, że autobusy jechały gdzie indziej. W Cieszynie upewniamy się, że mamy jak dojechać do Wisły-Głębce i idziemy na miasto. A tam sympatyczny rynek, rodzinny dom Crazy'ego, głęboka przełęcz między centrum a wzgórzem zamkowym, 20 złotych, wieża, restauracja wolnej obsługi, bar obsługi nieco szybszej, kościół i Park Pokoju. Z Cieszyna udaliśmy się do PKSem do Wisły-Głębce. Po drodze mieliśmy przyjemność podziwiać budynek Hotelu Gołębiewski, który wydaje się być większy od Wisły. Na miejscu natomiast znaleźliśmy ukryty w krzakach pociąg, w którym 1 (słownie jeden) wagon przeznaczony był dla osób chcących wracać na siedząco z weekendu majowego, spędzonego w Beskidzie Śląskim, Małym, bądź Żywieckim.
Epilog
Życie dopisało ciąg dalszy. Mocno zirytowany faktem, iż z całych dwóch wagonów klasy drugiej, jakie zwykle jeżdżą w tym składzie, jeden został w całości zarezerwowany dla jakiejś grupy, a w zamian nie dano nic, napisałem do PKP Intercity maila. Ku mojemu zdziwieniu po tygodniu dostałem odpowiedź, w którym zostałem poinformowany, że zgłoszony przeze mnie przypadek został wnikliwie przeanalizowany, a wnioski z tej analizy są takie, że wewnętrzne przepisy nie pozwalają na powiększenie składu, zwłaszcza na trasach górskich, a wszystko to w trosce o moje bezpieczeństwo. Wzruszenie odbiera mi władzę w palcach, więc kończę.