Mirus pisał tu o Luboniu Wielkim - w zeszłym tygodniu poszedłem sprawdzić czy to prawda, że jest tam fajnie

.
Nie nastawiałem się na intensywne chodzenie: do Rabki dotarłem koło południa. Obejrzałem drewniany i duży dawny kościół św. Marii Magdaleny (obecnie muzeum Orkana), zaglądnąłem na peron i do budynku stacji kolejowej (fajnie - lody, witraże, kursujący dość często w sezonie letnim pociąg retro do Mszany Dolnej

), zrobiłem zakupy, przeszedłem przez część zdrojową, skręciłem także na cmentarz. Świeciło słoneczko, niebo błękitne, widziałem całkiem żółte klony, od których trudno było oderwać wzrok.
A potem już wstąpiłem na niebieski szlak do Rabki Zaryte, oczywiście ginął mi on, ale nie tylko przez moją niefrasobliwość. No, ale po drodze trochę podejścia, las, łąki u góry. A myślałem, że będzie to całkiem słaby odcinek

.
Przez Zaryte tylko przeszedłem. I dalej w górę, żółtym szlakiem. Kiedyś schodziłem nim w zimie, właściwie wtedy zjeżdżaliśmy na pupach i było bardzo fajnie, ale chciałem zobaczyć jak idzie się w górę i jak wyglądają te skalistości poprzednio zakryte śniegiem. Po drodze pastwiska, pojedyncze krowy, byki - a pod samym lasem zatrzymałem się na posiłek.
O, miałem chleb wypieczony w Jordanowie, masło - z ciekawości - irlandzkie tradycyjne z ziołami, kiełbaskę krakowską suchą (drugiego dnia zastąpił ją brie), pomidorek i sok warzywny. Luks!

I widok na ścianę Gorców. Z dołu pogwizdywał parowóz.
Potem przez las. A pod szczytem gołoborzątko i te skałki. Bardzo fajny zakątek a szlak poprowadzony jest tak, że jeśli trzymać go się ściśle, to nawet są elementy wspinaczki

. Chyba też jaskynia, ale wejście do niej bardzo wąskie. I jeszcze Tatry, Tatry można widzieć siedząc na ciepłym kamieniu - choć może niezbyt wyraźnie i dosyć białe.
Stamtąd na szczyt już bardzo blisko: najpierw wieża telewizyjna - no, jest to element obcy, ale mogło być gorzej, to pokrycie jej gontem w dolnych partiach nawet jest trochę rozczulające

, a potem już schronisko. Jeszcze było popołudnie, więc dość liczne towarzystwo tu i tam.
Mogę powiedzieć, że za trzecim razem na Luboniu miałem bardzo dobrą widoczność, ha! I jeszcze, że ten widok z góry jest jednym z moich ulubionych gdy chodzi o Beskid Wyspowy. Ćwilin, Mogielica - stamtąd widać szerzej, rozmaite góry (no, na szczycie Mogielicy nawet ostatnio pojawiła się wieża widokowa, alem jeszcze z niej nie patrzył), ale tu chodzi mi o spojrzenie na sam właśnie ten Beskid.
Rzecz pierwsza (i osobiście najważniejsza): patrzyłem stamtąd na góry otaczające Wiśniową, gdzie dość długo mieszkałem i się w ogóle urodziłem, hehe. Zdziwiłem się, że Grodzisko ma z Lubonia identyczną sylwetkę jak z Wiśniowej. Z jakimś lekkim wzruszeniem patrzyłem na tę górę, która jest też najdalej na północ wysuniętym szczytem Wyspowego, taka góra strażnicza. I rzecz druga: pięknie widoczna z Lubonia wyspowść Wyspowego. Szczebel, Lubogoszcz, Śnieżnica, Ćwilin, wychylająca się z drugiego planu wyraźna Kostrza - te ich masywne, ciemne i tajemnicze ciała w niewielkiej odległości od siebie i w kontraście do świateł w dolinach - super.
Trochę pobuszowałem po bliższych i dalszych okolicach schroniska, a potem okazało się, że zostaliśmy tylko gospodarz i ja (nie licząc panów od wieży tv). Posiedzieliśmy przy ognisku, posłuchałem o różnych sprawach mniej lub bardziej związanych z Luboniem, pogadliśmy też trochę o życiu

. W schronisku dostałem szklankę pysznego robionego wina, zamówiłem też kwaśnicę (bardzo dobra!). A potem poszedłem spać, ciesząc się tym, że w sali głównej schroniska, o której już była tu mowa.
Bo to schronisko jest dosyć szczególne. Widać, że jest takie jakie jest nie ze względów praktycznych i to mi się bardzo podoba. Ta jego wysokość, kształt - coś jak domek muminków? Piwnica, parter - gdzie kuchenka i sala - bufet, piętro z salą główną i poddasze na którym znajduje się pokoik obsługi. Cztery poziomy i cztery wielkie okna na cztery strony świata w tej dziesięciołóżkowej sali, gdzie w kącie stoi piec kaflowy - po prostu pięknie. I to przenikanie się różnych przestrzeni. Hm. Hmmm.... Rankiem kawa, jajecznica - a do wrzątku do termosu dostałem - hehe, nie wiem co mam o tym myśleć - ekspresową herbatę z prądem. Nic nie trzeba było dolewać, tylko torebkę zalać wrzątkiem. Pachniało, smakowało i do tego (podobno

) miało jeszcze pół procenta alkoholu

.
Zszedłem na Glisne, z Glisnego w górę na Szczebel - te fragmenty szlaków to takie zwyklaki beskidzkie. Ale już ten czarny ze Szczebla do Mszany... Las najpierw fajny, potem skałki, urwiska w lesie, z których co nieco widać. Mniejsze i większe. A potem karkołomne zejście, uau!

Mirus, nieźle się musiało tam Wam podchodzić - też chciałbym tego spróbować! A potem Mszana Dolna, PKS i tyle. Dość nagle się skończyło, bo to był już środek poniedziałku.
