Zbocza Kamienistej widziane z przełęczy Pyszniańskiej żywo stoją mi przed oczami. Wpatrywałem się w nie długo i namiętnie, obliczając skąd musimy zacząć uciekać, gdyby burza wróciła. Ale nie wróciła. Ruszyliśmy dość chyżo do góry, próbując z jednej strony rozgrzać się - z drugiej nadrobić stracony czas.
Mieliśmy ruszyć z Pyszniańskiej o drugiej. Kiedy dotarliśmy tam grubo przed czasem, liczyliśmy, że wyjdziemy nawet wcześniej. Tymczasem
była trzecia, a przed nami nie-wiadomo-co, niby bez trudności, ale niby, bo wiemy przecież, że z Kamienistej nie można iść dalej ostrzem grani, tylko trzeba szukać obejścia. Podobno ścieżka trawersująca wierzchołek odbija gdzieś kilkadziesiąt metrów przed szczytem i jest wyraźna

Wyraźna była na szczęście sama droga wejściowa, niestety niczego w bok nie dostrzegliśmy.
Ale, ale!
Szczyt Kamienistej! Jak by nie patrzeć jeden z najwyższych w Tatrach Zachodnich i kulminacyjny punkt naszej przeprawy, więc był to dla nas ważny psychologicznie moment. Zrobił wrażenie, tym bardziej, że o ile zbocza opadające w stronę Pyszniańskiej są łagodne i nadawałyby się do odwrotu w razie dupówy, o tyle w drugą stronę szczyt urywa się czymś w rodzaju ogromnego kamieniołomu! Zatrzymaliśmy się na widoki, zdjęcia i przechadzki nad skrajem urwiska, z czystej ciekawości zajrzeliśmy, jak dalej prowadzi grań i czy na pewno trzeba ją obchodzić... no, trzeba było

(turniczki i inne cuda). Ale którędy?!
Jeżeli prowadzi tam jakaś ścieżka, to z pewnością nie znaleźliśmy jej. Nasz trawers był nieco rozpaczliwy: widzieliśmy przed sobą punkt, w którym ścieżka znowu była i po prostu szliśmy w jego kierunku - przez obsuwające się kamienie i trawy pomiędzy którymi wciąż połyskiwały ziarenka gradu. Na szczęście nie było przesadnie stromo i obyło się bez odwrotów, obejść obejścia itp.; trwało to jednak dość długo.
Od momentu powrotu na właściwą ścieżkę mieliśmy właściwie przed sobą prostą drogę, która miała się utrzymać aż do Tomanowej Przełęczy. Sęk w tym, że był to jeszcze kawał drogi; przed nami wyrastał z całkiem głębokiej przełęczy Smreczyński Wierch, za nim Tomanowy, z niego dość ostre zejście na Przełęcz. Nie mogliśmy liczyć, że pójdzie to na hop siup, a im dalej szliśmy, tym bardziej nie mieliśmy odwrotu. Pogoda bynajmniej nas nie rozpieszczała: groźba burzy
prawdopodobnie minęła, ale jeszcze przed Smreczyńskim Wierchem pokropił nas znowu dość zdecydowany deszcz, ciepło nie było a wiatr smagał solidnie. W rejonie
Hlińskiej Przełęczy rozglądaliśmy się więc z nietęgimi minami za miejscem na ewentualny kibel (czyt. nieplanowany biwak).
Na szczęście zgodnie z naszymi wiadomościami ścieżka (tym razem dobrze widoczna)
omijała Smreczyński Wierch nie tylko w partii szczytowej, ale w ogóle całego masyw, prowadząc od lewej strony przez skądinąd bardzo przyjemne żeberko i łącząc przełęcze Hlińską i Smreczyńską bez zbędnej utraty (i zyskiwania

) wysokości.
Zdaje się, że granią szczytową też wiedzie jakiś dostępny wariant i z wielką chęcią wróciłbym kiedyś do niego, zmierzyć się ze szczytem, który choć nie z tych największych, wzbudził w nas duży niepokój.
Wtedy jednak było dla nas oczywiste, że priorytet mamy jeden: dotrzeć całym i zdrowym, i o przyzwoitej godzinie na Tomanową Przełęcz. Przetrwaliśmy burzę i grad, zdobyliśmy Kamienistą, pchanie się teraz na ostrze grani, o którym niczego bliższego nie wiedzieliśmy, byłoby wyzywaniem losu...
Smreczyńska Przełęcz pomiędzy Wierchami: Smreczyńskim i Tomanowym zachwyciła nas przestrzennością i pięknymi trawami, porównywaliśmy ją nawet do Pyszniańskiej, choć chyba na wyrost - pod względem przestrzenności nic nie może się z tamtą równać... Miejsce na biwak w razie potrzeby znalazłoby się wszelako na pewno, tylko wiatr duł jak pieron, co miało tę zaletę, że niemal całkowicie wyschła mi moja strzaszliwie mokra kurtka. W tym czasie wiedzieliśmy już, że z czasem stoimy dobrze, Tomanowy Wierch to niecałe 2000 metrów npm., droga była nadal widoczna a siły szczęśliwie dopisywały.
Cóż więc zostało? Mozolne, ale łatwe podejście na szczyt, jeszcze chwila koncentracji na dość wąskiej grani szczytowej i potem 300 metrów z hakiem schodzenia raczej na łeb na szyję, stopniowo zagęszczająca się kosówka........
JESTEŚMY!

Nasz cel sprzed jedenastu lat i tegoroczny plan minimum został osiągnięty!
Godzina była dopiero siódma wieczorem, czasu mieliśmy wystarczająco, żeby przysposobić sobie miejsce biwakowe, rozbić namiot, powyciągać co trzeba z plecaków, rozdzielić, co do namiotu, co zostaje na zewnątrz, co z powrotem do wora. Na obiad ugotowaliśmy tym razem...

... zapomniałem

tak to jest, jak się nie pisze kroniki od razu. Ale pamiętam, że było wyborne!
A! I depozyt!

W kosodrzewinie czekała na nas torba z PRZEPYSZNYM sokiem porzeczkowym i pudełko Camemberta pozostawione przeze mnie kilka dni wcześniej, gdy byłem tam z elseą. Dobry depozyt nie jest zły!
Jutro atakujemy Ciemniak!