Nastał
piątek i po przebudzeniu Kacper i Crazy zaczęli się zastanawiać, ile mają czasu, zanim ktoś dotrze z dołu (pamiętajmy, że mimo wszystko ich nocleg był nielegalny i woleli uniknąć tłumaczenia się przed kimś niepowołanym). Stanął nawet zakład - Crazy wyliczył, że od Chochołowskiej powinien spokojnie ktoś dotrzeć przed dziewiątą, Kacper oponował - w chwili jednak, kiedy ustalali, o co zakład ma być, sprawa się zdezaktualizowała, bo na szczycie Kończystego zobaczyli ludzi! Niby więc Crazy wygrał, ale nie do końca, ludzie ci bowiem przyszli ze strony... słowackiej, a od Chochołowskiej nie było nikogo nie tylko o dziewiątej, ale i kiedy ruszyli w drogę prawie pół godziny.
Tego dnia trasa miała być znacznie bardziej wymagająca - zaplanowane zostało przejście
na Tomanową Przełęcz, wiodące najpierw przez poznany kiedyś szlak graniowy do Pyszniańskiej Przełęczy, ale potem - przez Kamienistą, Smreczyński Wierch i Tomanowy Wierch - czekała ich
terra incognita, w dodatku nieszlakowana. Było za to więcej czasu. Cały dzień został dość dokładnie rozplanowany, z założeniem, że
na Pyszniańskej Przełęczy spędzą ok. półtorej godziny na dobry odpoczynek i obiad.
Po porannym gotowaniu (i nawet myciu! a co!) wody mieli już znacznie mniej, wiedzieli jednak że tuż pod Pyszniańską czeka na nich strumyk, gdzie będzie można zatankować. Znali to miejsce całkiem nieźle z wyprawy sprzed 11 lat - biwakowali tu wraz z trójką znajomych; już wtedy były zamiary, żeby przejść dalej granią do Tomanowej, ale po porywisto-wietrzystej nocy rano złapał ich grad i uciekli doliną (przepiękną skądinąd, i bardzo dziką) prosto do schroniska Ornak.
W tym roku wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej... z miejsca noclegu weszli w bardzo dobrym stylu na Starorobociański, spokojnie odetchnęli, był czas na zdjęcia, a choć tu i ówdzie chmury przetaczały się nie do końca optymistycznie, to jednak na Pyszniańską Przełęcz dotarli o wiele wcześniej, niż mówiły założenia, w znakomitej formie, świetnym nastroju i akurat zupełnie poprawnej pogodzie.
Warto wspomnieć, że tego dnia przypadał
1 sierpnia i Kacper z Crazy'm odśpiewali znaczne fragmenty płyty Powstanie warszawskie, czasem zachowując stosowną powagę, kiedy indziej jednak pozwalając sobie na nieco frywolne żarty... na ten przykład, kiedy z zachwytem rozważaliśmy możliwość kąpieli we wspominanym wyżej strumyku... Co odpowiedzieć Słowakowi, który znienacka wychynie z dna doliny i spyta czemu moczymy swoje dupy w czystym górskim potoku? -
My Polacy mamy opinię romantyków!
A kąpiel była CUDOWNA!!! Może tylko słowo "kąpiel" nie jest w pełni adekwatne, bo właściwie to
opluskałem się, stojąc po kolana w lodowatej bieżącej wodzie. Jeden z best momentów!
Przynieśliśmy też dużo świeżej wody i ugotowaliśmy znakomity obiad, na który złożyła się zupa soczewicowa z makaronem z dodatkiem znalezionych w drodze na Rakoń grzybów usmażonych na tłuszczu z zupki chińskiej

Były to chwile wspaniałe, sielankowe, nie ustępujące w niczym legendarnym pojedynkom na miecze świetlne (= kijki teleskopowe) na tejże Przełęczy 11 lat temu

i w dodatku nadal byliśmy do przodu w stosunku do przewidzianego czasu na ten dzień. Tja...
Akurat gdy udało nam się skończyć jedzenie, dopakować wodę, zamknąć plecaki - coś się w pogodzie zaczęło psuć
szybko. Zdołaliśmy tylko dojść na siodło przełęczy (siedzieliśmy nieco poniżej), kiedy zaczęło kropić. Ponieważ nie przestawało, założyłem swoją śmieszną kurtkę, która przemokła w chwilę moment, a ponieważ padało z chwili na chwilę coraz mocniej, przemokła nie tylko kurtka, ale i buty... Właściwie sprawą pierwszej wagi było co innego, a mianowicie plecaki. Gdyby przemokła nam ich zawartość, byłoby już po wyprawie. Kacpra wór z nieprzemakalnego materiału przeszedł doskonale test bojowy, całą burzę wisząc na "wieszaku", mój - opatulony szczelnie w jaskrawożółty pokrowiec - oparłem o tabliczkę szczytową... i tyle tylko mogłem zrobić. Daszek przy tabliczce był jedynym schronieniem, jakie istniało, ale można było pod nim zmieścić mniej więcej jedno ramię. Zresztą po kilkunastu minutach było to już całkowicie obojętne. Deszcz przeszedł w ulewę, a ulewa w szalone gradobicie, pośród którego na domiar złego wciąż waliły pioruny. Staliśmy jak takie zwierzęta, co nie mają się gdzie skryć, więc całą ulewę po prostu stoją i mokną. Może o tyle inaczej od zwierząt, że cała ta sytuacja coraz bardziej pompowała w nas adrenalinę i wyraźnie czuliśmy, że to dopiero jest
przygoda! Grad w nas łupie tak, że nogi odpadają, zimno jak cholera, a człowiekowi gęba się śmieje

Tylko co robić?! ZNOWU uciec w dolinę??? Takie upokarzające deja vu nie mieściło nam się w głowach. Ale co? Czy po takiej burzy - nawet gdyby ustała - możemy w ogóle ruszyć na nową drogę?! Kacper wpadł na pomysł, że już lepiej by było zejść na stronę słowacką, przynajmniej poznalibyśmy coś nowego. Nie mieliśmy jednak mapy niższych partii terenu, a z pamięci kojarzyło nam się, że jest tam daleko i kompletnie pusto.
Póki łomotał grad nie było warunków, żeby coś mądrzejszego wykombinować, wiedziałem tylko, że
nie chcę jeszcze schodzić, że chcę dać sobie szansę, więc będę tak stał... śmiesznie trochę było, bo kiedy już grad ustał, ale nadal padało, dotarło z dołu od Podbańskiego na Przełęcz dwoje Czechów. Byli też całkowicie przemoczeni, ale weszli na siodło i czym prędzej z niego zbiegli, zagadawszy do nas tylko przelotem (zdaje się, że grad po czesku to "kroupki"?.. choroba, zapomniałem) - i w sumie nie mieliśmy pojęcia, jak im tłumaczyć, że po co my tak stoimy... Ale staliśmy. A potem Kacper uruchomił telefon, zadzwonił do Włodka Cywińskiego z pytaniami dotyczącymi tej słowackiej doliny, a także ewentualnej dalszej drogi na Kamienistą, połączyliśmy się też z Izą, Bogusem i jeszcze jednym kolegą, którzy jak się okazało, byli w tym czasie całkiem niedaleko, bo na Rakoniu i wcale burzy nie mieli... a deszcz z wolna przestawał padać i chmury wydawały się odchodzić w inne strony, nawet gdzieniegdzie przebijało niebieskie niebo... plecaki w środku suche!
... i tak od słowa do słowa postanowiliśmy, że zobaczymy, co z tą Kamienistą da się zrobić
