Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 kwietnia 2026 11:58:05

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25 ... 31  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 stycznia 2012 13:52:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
pilot kameleon pisze:
Moim zdaniem jest to bardzo poważne wydawnictwo. Co więcej, jest to jedna z najwspanialszych płyt King Crimson.


Pamiętam, że zdziwiłem się jak wyraziłeś tę opinię ustnie (chyba przy okazji koncertu Janerki, albo jakiejś innej :wink: ).
Wciąż niestety nie znam VROOOM, podobnie jak żadnej innej karmazynowej płyty z tego okresu, prócz THRAK. Ale napisałeś tak, że aż mam ochotę posłuchać i nawet podejrzewam, że może mi się spodobać! :)

W ogóle cholernie dobry wpis - nie znałem tych wszystkich kulisów!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 stycznia 2012 14:02:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 21599
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
I Obrazek "Cage".

Zdrówka życzę

_________________
Sometimes good guys don't wear white


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 stycznia 2012 23:38:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
Pamiętam, że zdziwiłem się jak wyraziłeś tę opinię ustnie (chyba przy okazji koncertu Janerki, albo jakiejś innej)

Tak, Janerka w Żaczku, ale nie pamiętam w którym roku, bo chyba ze dwa albo trzy razy się tam widzieliśmy.


King Crimson, THRAK [1995]
Obrazek
We wrześniu i październiku 1994 roku zespół udał się do Argentyny. W Buenos Aires dali kilkanaście koncertów, na których szlifowali materiał znany z „VROOOM”, komponowali kolejne utwory oraz też po prostu zgrywali się podczas koncertów. Efekty tych scenicznych zmagań można było poznać latem 1995 roku, kiedy na rynku pojawił się album „B’Boom – Official Bootleg Live In Argentyna”. Tym wydawnictwem zajmę się następnym razem. Listopad i grudzień 1994 roku stanął pod znakiem nagrywalnia kolejnego, tym razem pełnoprawnego wydawnictwa. Zespół postawił na Real Studios Petera Gabriela, gdzie kilka miesięcy wcześniej miksowali „VROOOM”. Jako współproducent znów pojawił się David Bottrill. Efekt pracy zespołu pojawił się w sklepach w kwietniu 1995 roku, czyli jedenaście lat po „Three Of A Perfect Pair”, poprzedniej płycie długogrającej. Słuchacze, którzy znali „VROOOM” nie byli zdziwieni zawartością płyty. Ci, do których fakt reaktywacji dotarł dopiero przy tej okazji, pełni podziwu z uznaniem kiwali głowami. I słusznie, ja kiwam głową aż po dziś dzień.
Płyta pomimo że została nagrana przez taką samą konfigurację osób co poprzednio, opierając się w dużej mierze na tych samych kompozycjach stworzyła album równie ważny co poprzednio, ale jednak różniący się od niego. Było to słuszne rozwiązanie. Posiadacze poprzedniego wydawnictwa nie czuli się nabici w butelkę klasycznym dublowaniem materiału i mogli na bieżąco przyglądać się zmianom jakie zaszły w zespole w tak krótkim czasie.
Najpierw okładka, czyli zwyczajna szafka od komputera. Potem pierwsze dźwięki dobiegające z głośnika. Mellotron. Co więcej, jest to mellotron, który mieliśmy okazję usłyszeć przy okazji płyty „In The Court Of The Crimson King”. Po tej wiekopomniej chwili dialogu z samym sobą sprzed 25 lat King Crimson uderza kompozycją „VROOOM”. Mocny cios jest jednak nieco słabszy z powodu „delikatniejszego” niż poprzednio brzmienia. Fripp zadecydował, by w lewym kanale słychać było Bruforda, Gunna i jego, natomiast w prawym Belewa, Levina i Mastelotto. Ów trick pozwala na zgłębianie patentów jednego albo drugiego trio. Oczywiście jeśli ktoś ma tyle samozaparcia, by ślęczeć nad odseparowanymi ścieżkami. W drugiej części tej kompozycji zatytułowanej „Coda: Marine 475” pojawia się głos Frippa i Gunna, którzy wypowiadają słowa związane z syndykiem ubezpieczeniowym Lloyds, który miałwiele wspólnego z machlojkami firmy EG. Belew stwierdził, że ta płyta jest jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości. Ten utwór jest na to idealnym dowodem. Kolejną kompozycją jest „Dinosaur”, który również świadomie odwołuje się do przeszłości. Podobno nawiązano tutaj do utworu „Cirkus” z płyty „Lizard”. Ja tego nie słyszę, ale nie przeszkadza mi to rozkoszować się prawdziwym dźwiękowym smakołykiem. Piękna melodia połączona z zadziornym graniem zwięczona wręcz klasyczną końcówką, która gustownie domyka kompozycję. Wytworzony nastrój przejmuje „Walking On Air” z wręcz lennonowską melodyką i pięknymi kojącymi partiami gitary. Ten utwór jest przeciwieństwem pierwszych fragmentów płyty, stanowi też wyciszenie przed dźwiękowym atakiem, który za chwilę ma przygwoździć słuchacza. Z chmury upiornych dźwięków soundscape wyłaniają się dźwięki dwóch perkusji, czyli „B’Boom” (tytuł nawiązuje do grupy perkusyjnej Maxa Rocha M’Boom). Mastelotto i Bruford zagęszczają atmosferę, która w pewnym momencie staje się tak obłędna, że przeradza się w gwałtowną burzę, którą jest kompozycja tytułowa. Podobnie jak na małej płytce uderzenie jest potężne, gdyż „B’Boom” świetnie sprawdziło się w roli wporwadzającej. Improwizowany środek jest jednak nieco inny, przypominający późniejsze wykonania koncertowe, więcej w nim swoistych „gierek” pomiędzy muzykami, pojawia się pewnego rodzaju wyrafinowanie, którego nie było na minialbumie. Czasem brakuje mi tylko tej nieokiełznanej siły. Należy też dodać, że pełnoalbumowy „THRAK” jest też krótszy. W tym momencie kończyłą się strona A kasety, z której pierwotnie poznawałem ten materiał.
Delikatne interludium „Inner Garden” właściwie otwiera drugą część płyty, na którą złożą się właśnie takie przerywniki oraz trzy utwory mające formę piosenek. Wszystko prowadzi do mocnego finału, ale nie wyprzedzajmy faktów.
„Inner Garden I” to głos wokalisty i delikatna gitara. Nic więcej. Ukojenie po poprzednich dwóch kompozycjach. „People” uderza funkowym ciosem basu, by pod koniec rozpłynąć się w delikatnej solówce. Potężna głębia łamana delikatnością, kolejny hit pełną gębą. Po nim znów oddech. „Radio I” dźwiękowym soundscapem wprowadzające w kolejną niezwykłą balladę zatytułowaną „One Time”. Jest ona kolejnym przykładem różnic pomiędzy płytą długogrającą a minialbumem. Wysmakowanie, delikatność, większa dbałość o produkcję i detal, selektywność. Mnie najbardziej żal tej dzikości i nieokiełznania poprzedniej płytki. Była w tym niesamowita świeżość, która tutaj przerodziła się w dojrzałość. Można mieć im to za złe? Również w znanym, ale poprzedzonym przez kolejne impresje „Radio” i „Inner Garden”, „Sex Sleep Eat Drink Dream” czuć brak tej pięknej niewinności, która emanowała z poprzedniego wykonania. Nie jest jednak źle! Ba, jest cholernie dobrze! Dochodzimy tutaj do kolejnej kulminacji. Sekwencja „VROOOM VROOOM” i „VROOOM VROOOM: Coda” nawiązuje do pierwszej kompozycji, ale na zasadzie wariacji wiedzie nas do samego końca. Środkowa część pierwszej kompozycji została ponoć napisana z myślą o utworze „Red”. Kolejny element dialogu z samym sobą znów podparty dźwiękami mellotronu. „Coda” niesamowitym ciężarem i nieco apokaliptyczną solówką pięknie zapętla album. Jeszcze tylko na końcu słyszymy Pata Mastelotto mówiącego „Yeah!” i dysk przestaje się obracać. Fripp określił ten album jako „56 minut i 39 sekund piosenek o miłości, umieraniu, odkupieniu i dorosłych facetach, którzy mają erekcję”. Dzięki Robert! Po przesłuchaniu tej płyty widać, że macie jaja!

Płyta składa się z trzech elementów konstrukcyjnych. Dwóch głównych i jednego pobocznego. Pierwszym są kompozycje instrumentalne, które budują najcięższe fragmenty płyty. Należą do nich „VROOOM” oraz wszystkie wariacje na ten temat, „B’Boom” i „THRAK”. Łącznie sześć kompozycji. Drugim głównym elementem są utwory o charakterze piosenkowym, czyli „Dinosaur”, „Walking On Air”, „People”, „One Time” i „Sex Sleep Eat Drink Dream”. Łącznie pięć utworów, z których można wydzielić dwie podgrupy, czyli dwie ballady oraz trzy utwory o gwałtowniejszym charakterze. Ostatnim elementem są interludia, czyli po dwie wersje „Inner Garden” i „Radio”. Są one służebne wobec dwóch głównych wątków architektonicznych. „Radio” przez soundscape’ową prowienencję przynależy do monolitycznych kompozycji instrumentalnych, a „Inner Garden” rodzajowo jest bardzo zubożoną piosenką. Wszystkie te elementy zostały rozłożone niezwykle proporcjonalnie, dzięki czemu słuchacz nie gubi się w tych wszystkich wariacjach dźwiękowych i ma czas na chwilę oddechu pomiędzy kolejnymi ciosami.
Ciekawym zabiegiem może być połączenie tych wszystkich elementów z jednej kategorii: zwłaszcza monolitów instrumentalnych i piosenek (interludia można zlikwidować lub przydzielić tak jak zasugerowałem w poprzednim akapicie). Wyłania się z tego dualny obraz ówczesnego składu rozpięty pomiędzy wyrafinowaniem a brutalnością. I takie właśnie było Double Trio w tamtym momencie. Owe pół roku zaowocowało rozwinięciem skrzydła liryczniejszego, bardziej ułożonego, rozpisanego między zwrotkę a temat, nawet jeśli część piosenkowa w wielu fragmentach emanuje siłą charakterystyczną dla instrumentalnych utworów. Dobrze, że tak się stało, gdyż „VROOOM obrazował ten skład jako niezwykle brutalną formację, a to tylko część prawdy. „THRAK” zmienia ten jednorodny obraz poprzez dodanie elementów łagodniejszych, bardziej ludzkich przy zachowaniu niezbędnych proporcji pomiędzy wszystkimi składnikami.

Po doznaniach związanych z poprzednim wydawnictwem nota tej płyty musi być niższa. W tekście starałem się zaznaczyć dlaczego. Niemniej jednak, gdybym nie znał „VROOOM”, ocena tamtej płyty mogłaby zostać przyznana temu albumowi.

Ocena: ****1/2


Koniec: Szkoda tylko, że ten album jest właściwie zamknięciem kolejnego etapu w działalności King Crimson. Większość osób, która z wypiekami na twarzy wsłuchiwała się w te dźwięki nie podjęła dalszych wyzwań rzucanych słuchaczom przez Frippa. Wielka szkoda, gdyż późniejszy dorobek studyjny, ale przecież nie tylko, chociaż odbiega od dźwiękowej zawartości tej płyty, to jednak sam w sobie jest niezwykle frapujący. Jak się niestety okazało nie dla wszystkich.
Do rozpadu tego składu zostało jednak trochę czasu, więc wkrótce pojawią się teksty omawiające trzy płyty koncertowe nagrane przez Belewa, Gunna, Frippa, Mastelotto, Levina i Bruforda.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 stycznia 2012 23:55:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 07:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Dojebałeś:brawa:
Później coś więcej.

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 17 stycznia 2012 21:30:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
pilot kameleon pisze:
Fripp zadecydował, by w lewym kanale słychać było Bruforda, Gunna i jego, natomiast w prawym Belewa, Levina i Mastelotto


O! Tej wiedzy przed laty mi brakowało, a sam, słuchając również z kasetki, nie umiałem tego rozgryźć. Teraz szykuję się do odsłuchów po latach, to zwrócę uwagę :) .

Mi THRAK nigdy tak do końca nie siadł. Wiadomo, jest to przemuza, fascynowała, intrygowała, robiła wrażenie, ale też leciała minimalnie obok mnie. Chyba moim ulubionym fragmentem był "B'Boom" z "Thrakiem".

Zobaczymy jak będzie teraz. Ale chwilowo nie mogę się opędzić od Stonesów :wink: .




Edit. Tymczasem posłuchałem "ConstruKcion of Light". Dotąd miałem tyle z tą płytą wspólnego, że oglądałem ją w sklepie jak wyszła. I zarejestrowałem ówczesne nie za pozytywne jej recenzje. Za to moje pierwsze wrażenia były bardzo dobre!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 18 stycznia 2012 20:35:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
King Crimson, B’Boom - Official Bootleg Live In Argentyna [1995]
Obrazek
Zapis wybrany z kilkanastu koncertów w Argentynie został wydany bardzo szybko po płycie „THRAK”. Działania były reakcją na istniejące bootlegi, które napychały kasę nielegalnemu wydawcy. Była to ponoć jakaś włoska firma, która specjalnie wysłała gościa na te występy, żeby później móc handlować tymi nagraniami.
Na „B’Boom” zespół prezentuje się bardzo ciekawie. Widać jednak, że to dopiero początek ich wspólnej drogi koncertowej. Mam w głowie szereg późniejszych zapisów, które ekspresją, polotem i jakością wykonania znacznie przebijają dźwięki z tej podwójnej koncertówki. Repertuar jest typowy dla tego składu: trochę kolorowej osiemdziesiony, „Red”, „Talking Drum” i „Larks II” ukazujące odleglejszą historię, a do tego dorobek najnowszy (sekwencja „B’Boom”/ „THRAK” pojawia się dwa razy.). Dodać należy, że King Crimson w tym okresie miał niezwykle stabilny repertuar, co z perspektywy czas sprawia, że większość tych koncertów jest jednak do siebie podobna.
Jak zabrzmiały stare kawałki? Zaaranżowane na sześcioosobowy skład sporo zyskały, zwłaszcza te z okreso kolorowej trylogii – zagęszczenie tamtych łamańców było jak tuning klasycznego auta. Charakter został zachowany, ale pod maską pojawiła się inna jakość. Nowe kawałki są natomiast uformowane, ale cały czas jest poszukiwane brzmienie. Oczywiście różnią się nieco do tego co było na „VROOOM” i od tego, co pojawi się na „THRAK”. Fajne ujęcie momentu przejścia. Na koniec kwestia brzmienia. Jest bardzo fajnie, ale ja przyzwyczaiłem się do innego rodzaju jakości obowiązującej w nagraniach koncertowych Double Trio. „THRaKaTTaK” oraz „VROOOM VROOOM” przeniosą ją na znacznie wyższy poziom.

Ocena: ***1/2 (ale to w żadnym wypadku nie jest kiepskie wydawnictwo!)

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 stycznia 2012 19:31:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
King Crimson, THRaKaTTaK [1996]
Obrazek
Wydany w maju 1996 roku eksperymentalny album o dziwacznej nazwie „THRaKaTTaK” może mocno namieszać w głowie słuchacza przyzwyczajonego do dotychczasowego dorobku King Crimson. Pomysł na to wydawnictwo był następujący. Stworzyć album składający się z koncertowych improwizacji stanowiących istotę wykonań utworu „THRAK”, czyli najbardziej swobodną kompozycję wykonywaną przez Double Trio. W tamtym czasie długość prezentacji scenicznej tego utworu wynosiła mniej więcej od pięciu do siedmiu minut. Jeśli pominiemy wstęp i koniec okaże się, że najcenniejszej treści nie ma aż tak wiele. Z tego powodu nagrano kilkadziesiąt koncertów z trasy po Japonii i USA w październiku i listopadzie 1995 roku, z których wybrano najsmakowitsze kąski utkane potem w długą, prawie godzinną mozaikę. Fripp już kiedyś bawił się w łączenie różnych wykonań danego kawałka, ale na tak szeroką skalę nie miało to nigdy miejsca, gdyż tym razem powstała nowa jakość. Płyta zainicjowała inne podejście do materii koncertowej. ProjeKcty czy album koncertowy „Heavy ConstruKction” odwoływały się do tej tradycji. Jednym słowem „THRaKaTTaK” jest w dużej mierze studyjną robotą [fragmenty wybierał i poskładał w jedną całość David Singelton], która niewiele ma wspólnego z faktycznym obrazem scenicznym King Crimson tamtego czasu. Double Trio nie było składem, który oddawał się namiętnej improwizacji, jak to miało miejsce w okresie 1972-1974. Sporadyczne impresje oraz wspomniany utwór „THRAK” były właściwie jedynymi swobodnymi fragmentami na ich koncertach. Resztę wypełniał ściśle dopracowany repertuar, bez większych możliwości modyfikacji. Decydując się na eksperyment pod nazwą „THRaKaTTaK” obraz zespołu uległ zmianie. Wydawać by się mogło, że ten skład był wręcz zwierzęciem awangardowej improwizacji. Dodam, że kiedyś wydawało mi się, że improwizacje tego składu właśnie tak wyglądały, a powodem tego było właśnie to wydawnictwo. Człowiek był młodszy, wiedział trochę mniej, a taka interpretacja wydawała mi się niezwykle… romantyczna! Do tego patronem tej płyty był album „Starless And Bible Black”, najbardziej swobodna płyta w dotychczasowym dorobku King Crimson. Wszelkie wątpliwości rozwiewa jednak poniższa tabela. Dociekliwi słuchacze wyłapali skąd pochodzą poszczególne fragmenty:
Obrazek
Źródło: http://www.projekction.net/crimsonlive/thrakattak.htm
[Tam nie tylko utwór po utworze, ale również data po dacie.]

Pomińmy temat „jak to zostało zrobione” i zajmijmy się tym co najważniejsze, czyli muzyką. Płyta zaczyna się upiornymi dźwiękami soundscape, by po chwili uderzyć pełną mocą znanego riffu. Do tego wieńcząca całość koda. I na tym właściwie koniec znanej muzyki. Między tym pojawia się istna dżungla nieokiełznanych dźwięków, które w tak dużej ilości nie mają właściwie nic wspólnego z tym, z czym kojarzyliśmy zespół King Crimson. Pamiętam mój pierwszy kontakt z tym wydawnictwem. Muzyka wydawała mi się całkowicie awangardowa, czasami wręcz nieczytelna. Brak jakichkolwiek punktów zaczepienia. Kompozycyjne ramy? Te są, ale rozpięte ponad pięćdziesięciominutowym szaleństwem. Jasno określona struktura? Melodia? Spójny rytm? Wokal? Zapomnijcie… Niczego takiego tu nie znajdziecie. Jazgotliwe wejścia sekstetu, ambientowe impresje, dziwaczne partie basu, gitara imitująca fortepian, zgiełkliwe solówki gitary, dziwne, nienaturalnie poukładane pauzy, nieoczekiwane przeskoki międzygatunkowe. Muzyka z tej płyty jest niezwykle gęsta i intensywna, ale dzięki temu niezwykle świeża. Na płaszczyźnie dźwiękowej nie odwołuje się do historii zespołu. Choć może instrumentalny fragment „Moonchild” będzie dobrym punktem odniesienia. Formalnie wygląda to inaczej, natomiast od strony łamania konwencjonalnego podejścia do muzyki analogia może wydawać się słuszna. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałby prawie godzinny utwór o charakterze „Moonchild” grany przez Double Trio na płycie „THRAK”. Wydaje mi się, że takie porównanie zarysowuje terytorium po którym porusza się zespół na tej płycie.
Albumu zatem nie można potraktować po łebkach. Jeden odsłuch niczego nie załatwi. Może tylko odstraszyć. I to na tyle skutecznie, że do tej płyty już się nie wróci. Moja metoda poznawania tej płyty nadal trwa. Słucham jej regularnie od kilku lat. I o ile początki były niezwykle trudne, o tyle teraz poruszam się po tym materiale niezwykle biegle. Nauczyłem się słuchać tej muzyki. Wykarczowałem sobie ścieżki, po których się poruszałem, łapię coraz to nowe fragmenty, oswajam dziki las dźwięków, który na mnie napiera po to, żeby mnie zgnieść. Tytuły oraz podległe im ścieżki nie niosą pomocy, są tylko pomocne przy ewentualnym przełączaniu na kolejny fragment. Nie jestem znawcą awangardowej muzyki, nie wiem, na ile w kontekście całej muzyki jest oryginalne to wydawnictwo, ale mnie potrafiło ono otworzyć oczy. Uświadomiłem sobie istnienie innych muzycznych światów. Czy wyruszyłem na ich podbój, to już zupełnie inna historia.
Moja aprobata dla tej płyty to jedno. Jest też druga strona medalu mówiąca o pseudoawangardzie, nieudanym eksperymencie, bełkotliwym albumie czy przeroście formy nad treścią. I tych odbiorców jestem w stanie również zrozumieć. Jeśli nie chce się tej płyty polubić, to po prostu lepiej jej nie słuchać. Jedno jest pewne. To wyjątkowa płyta w dorobku King Crimson.

Ocena: ***3/4

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 20 stycznia 2012 21:22:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
King Crimson, VROOOM VROOOM [1995-96/2001]
Obrazek
Album został wydany kilka lat po rozpadzie Double Trio i jeśli przyjrzymy się dokładnie jego zawartości, to stwierdzimy, że właściwie nie przyniósł nic nowego. Dociekliwy słuchacz znał już te nagrania z innych płyt. Dysk pierwszy został nagrany na początku sierpnia 1996 roku w stolicy Meksyku. Wcześniej z tym materiałem można było obcować na kompilacyjnej płycie „Cirkus: The Young Persons' Guide to King Crimson Live” oraz darmowej (tak!) publikacji internetowej „Live in Mexico City”. Dysk drugi był natomiast okrojoną wersją piątego i szóstego tytułu z serii KCCC „On Broadway” zawierającego nagrania z listopada 1995 roku z Nowego Jorku. Wszystkie te albumy pojawiły się na rynku w 1999 roku, ale tylko „Circus” był w powszechnej sprzedaży.
Obrazek Obrazek Obrazek

Zatem kompilacja „VROOOM VROOOM” niezbyt elegancko naciąga najbardziej oddanych fanów. I to jest mało fajne. Natomiast zdecydowanie bardziej fajne jest to, iż album ten można traktować jako szczytowe osiągnięcie koncertowe podwójnego trio. I jeśli ktoś nie jest ultrasem kolekcjonującym wszystko, może mieć wielką radość z tego wydawnictwa.
Dysk pierwszy zatytułowany „VROOOM VROOOM Live In Mexico City” to nagrania właściwie z końcowego etapu działalności. Zgrupowano tutaj masywniejszy repertuar. Jest on również w większości instrumentalny. Prócz sporej ilości materiału z „THRAK” w postaci „VROOOM VROOOM”, „Coda: Marine 475”, „Dinosaur” oraz „B’Boom” i „THRAK” sięgnięto głębiej w przeszłość. Jest „Talking Drum” i „Larks II”, jest wreszcie „Neurotica”, która w końcu zyskała wykonanie na jakie zasługiwała zawsze, jest również niezmiennie mocarny „Red”. Z niespodzianek pojawia się „Prism” autorstwa Pierre’a Favre, czyli kolejny popis dwóch perkusistów, krótka improwizacja „Improv: Biker Babes of the Rio Grande” jako żywo przypominająca to, cośmy usłyszeli na „THRaKaTTaK”, a na sam koniec „21st Century Schizoid Man” w wybornej ognistej sześcioosobowej wersji. Materiał jest doskonale zmiksowany i mimo, że koncert King Crimson nigdy nie miał takiego układu utworów, to jednak zaproponowany układ oraz charakter tych kompozycji rzucił jeszcze inne światło na ten skład. Mocne utwory, tak jak wytypowałem je podczas pisania o „THRAK” zespoliły się w jeden wielki monumentalny wręcz kocioł dźwiękowy. Dodatkowo poszerzono to o utwory z tym samym mianownikiem z innych okresów. Samku całości dodaje również idealne brzmienie oraz nieprawdopodobne wręcz zgranie muzyków. Niby wszystko jest zaplanowane od samego początku do końca, ale czuć, że jeśli tylko bardzo by chcieli, to z łatwością wyrwaliby się z narzuconej sobie formy.
Dysk drugi o nazwie „On Broadway Live In New York City” jest propozycją nieco inną. Pierwszy na liście utworów jest „Conundrum”. To kolejny popis perkusyjnego duo, który przygotowuje podbudowę pod wejście pełnego składu przedstawiającego publiczności szaleńczą wersję „Thela Hun Ginjeet”. I dalej przeskakujemy pomiędzy najsmaczniejszymi kąskami kolorowej trylogii oraz elementami piosenkowymi z historii na ten czas najnowszej. Nowością jest olśniewające „Free As A Bird” wykonane przez samego Belew. A inne równie ekscytujące momenty? Bulgoczące pajęczynki w kawałkach z lat osiemdziesiątych w tym wykonaniu porażają. „Three Of A Perfect Pair” po prostu poraża! Innym oczywiście też nic nie brakuje. Double Trio zjada poprzedni skład bez popity! Piosenkowa reprezentacja z „THRAK” również sporo zyskała. Scena stałą się tutaj katalizatorem, który świetny materiał zmienił we wręcz rewelacyjny! Nie ma sensu więcej pisać, radzę posłuchać.

„VROOOM VROOOM” jest kolejną prawdą o tym składzie. Dzięki jakości jaką ze sobą niesie właściwie zamyka kwestię koncertowych płyt z tego okresu. Przy niej „B’Boom” brzmi jak niewinna rozbiegówka. Z „THRaKaTTaK” nie można jej za bardzo porównywać, bo w obu tych płytach chodziło o coś zupełnie innego. Lepszej laurki nie mogło być. W tym momencie mogę napisać, że Double Trio przestało istnieć. Nadchodziło nowe.

Ocena: ****3/4

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 21 stycznia 2012 14:12:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Rieflin, Fripp, Gunn, Repercussions Of Angelic Behaviour [1997/1999]
Obrazek
Double trio dało ostatnie koncerty latem w 1996 roku. Panowie postanowili chwilę od siebie odpocząć. Na próby umówiono się w maju w 1997 roku. Przed tym spotkaniem miało miejsce jednak zdarzenie, które było punktem zwrotnym w historii zespołu. W kwietniu 1997 roku Trey Gunn i Robert Fripp spotkali się w studiu z Billem Rieflinem znanym wtedy ze współpracy z Ministry, a później wspierania za bębnami zespołu R.E.M. Panowie postanowili pojamować. Wspólne granie oparte w całości na improwizacji otworzyło przed muzykami nieznane dotąd przestrzenie muzyczne. Swoboda, brak jakichkolwiek ograniczeń, jednym słowem wolność w każdym aspekcie. To musiał być niesamowity powiew świeżości, zwłaszcza po matematycznej precyzji poprzedniego składu. Miesiąc później Double Trio dokonało swojego żywota. Sesja w Nashville była dźwiękowym koszmarem. Jej efektów mogliśmy posłuchać na albumie wydanym w serii KCCC „Nashville Rehearsals”. Dawno temu wspominałem w tym wątku, co znajduje się na tej płycie. Wymęczona, nudna próba, podczas której każdy tylko spogląda na zegarek, by już zająć się innymi rzeczami. Decyzja Frippa o rozbiciu zespołu na kilka mniejszych, bardziej mobilnych grup była zatem ze wszech miar słuszna, gdyż sześcioosobowy skład po prostu się zużył. Po sesji z Rieflinem lider miał też kierunek, w jakim mogłaby pójść dalsza muzyka. Jednym słowem trzeba było zacząć pisać wszystko od początku. FraKctalizacja King Crimson stała się faktem.

Wrócę jeszcze na chwilę do płyty „The Repercussions Of Angelic Behaviour”. Zawiera ona ponad 50 minut muzyki nie spętanej żadnymi ograniczeniami. Nie ma tu piosenek, nie ma tu ram kompozycyjnych. Wszystko czego słuchamy wynika z wzajemnej chemii, jaka została osiągnięta podczas trzech dni spędzonych w studiu nagraniowym w Seattle właśnie w tej konfiguracji personalnej. Daleko stąd do szaleństwa „THRaKaTTaK”, gdzie uzyskany efekt był w dużej mierze osiągnięty dzięki postprodukcji. Trio Rieflin, Fripp, Gunn było po prostu żywym organizmem otwartym na dźwięki, jakich nikt z nich do tej pory nie grał. Swoboda i otwartość tej muzyki udziela się również słuchaczowi. Ze względu na swobodną formę trudno się nią znudzić. Wracam do tego albumu regularnie.
Z perspektywy czasu mamy też tutaj unikalną możliwość podziwiania innego bębniarza. Rieflinowi chyba nieco bliżej do Bruforda niż Mastelotto. Gra na akustycznych bębnach, ale uderzenie ma niezwykle mocne. Nie brak mu również niesamowitego polotu, ale jakże innego niż wywodzące się z jazzowej szkoły zagrywki Bruforda. Gunn i Fripp na tym albumie osiągnęli brzmienie oraz zakreślili teren twórczych peregrynacji na najbliższe dwa lata. Co więcej, właśnie ta dwójka będzie jądrem wszystkich powstałych podgrup.
Album został wydany dopiero w 1999 roku, w momencie, kiedy idea ProjeKcts właściwie dobiegła końca. Niestety omawiana płyta nie została uwzględniona w czteropłytowym boxie podsumowującym tamten dorobek, więc niestety o jej istnieniu wiedzą tylko co bardziej dociekliwi słuchacze. Szkoda, bo album z pewnością zasługuje na to bardziej niż kilka płyt z „twardej dyskografii” King Crimson.

Ocena: ****3/4

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 21 stycznia 2012 17:25:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
Mi utkwiła w pamięci ta okładka, kiedyś ją musiałeś już wklejać. Ciekawe rzeczy, aż chce się posłuchać! :)

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 stycznia 2012 11:26:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
The ProjeKcts
Jako się rzekło, w 1997 roku kolejny skład King Crimson stał się przeszłością. I pewnie Karmazynowy Król znów udałby się na spoczynek, gdyby nie wspomniana ożywcza sesja Frippa, Gunna i Rieflina. Z kolei ostatnie spotkanie Double Trio w Nashville było przysłowiowym gwoździem do trumny. Drogowskaz, jaki wtedy pojawił się w głowie Frippa mógł wskazywać na dalszy rozwój według zasad innych niż dotychczasowe. Przejawem tego mogła być myśl: „Rozbijam sześcioosobowy zespół na kilka mniejszych. Powstałe podgrupy będą pracować swoim rytmem w charakterystyczny dla siebie sposób. Efekty pracy wykorzystane zostaną, albo też nie podczas pracy nad kolejną płytą King Crimson”. Wszystko to doprowadziło do powstania na przestrzeniu dwóch lat aż czterech pełnoprawnych grup: ProjeKct One (Fripp, Gunn, Levin i Bruford), ProjeKct Two (Fripp, Gunn, Belew), ProjeKct Three (Fripp, Gunn, Mastelotto), ProjeKct Four (Fripp, Gunn, Levin, Mastelotto). Historia dopisała później ciąg dalszy w postaci ProjeKct X, ProjeKct Six oraz ubiegłorocznego nieszczęsnego pseudo-ProjeKctu z Jakszykiem, ale nimi zajmę się w odpowiednim dla nich momencie.
Jak sama nazwa wskazuje, pierwszy powołany został do życia ProjeKct One. Nim jednak zdołał rozpocząć jakiekolwiek działania, ProjeKct Two nagrało swój debiutancki album studyjny.

ProjeKct Two, Space Groove [1998]
Obrazek
Nagrana w ciągu trzech dni w listopadzie 1997 roku w studiu Adriana Belew w Nashville płyta była wydawnictwem o charakterze rozbiegowym i… przypadkowym. Belew pochwalił się Gunnowi i Frippowi swoimi nowymi bębnami V-Drums firmy Roland, na których natychmiast zaczął grać. Koledzy od razu dołączyli do niego. Podobno po 20 minutach grania orzekli, że pierwsza kompozycja jest już gotowa. I w tak spontanicznych okolicznościach do życia został powołany P2. Na swojej pierwszej i jedynej studyjnej płycie zespół zaproponował sporą porcję muzyki. Myślę, że w takich okolicznościach powstało jej bardzo dużo, więc postanowiono wydać ją w formie albumu dwupłytowego. Całość zatytułowano „Space Groove”. Dysk pierwszy został zatytułowany tak jak cała płyta i zawierał prawie 40 minut muzyki, dysk drugi „Vector Patrol” o 10 minut więcej. Łącznie około półtorej godziny niezobowiązującego grania. Muzyka instrumentalna przedstawiona na obu dyskach ma bardzo swobodny improwizowany charakter. Jest również bardzo lekka. Później żaden z Projektów, nawet ten omawiany w tym momencie, nie zagra tak lekko, by nie powiedzieć że nawet humorystycznie, dotyczy to zwłaszcza krótszych form z płyty drugiej. Fripp i Gunn proponują długie, właściwie niekończące się i niezbyt agresywne partie na swoich instrumentach. Bębni natomiast Belew. Bębni, ale również ze swojego urządzenia wydobywa zaprogramowane sekwencje basowe. Jak można się domyślać, wybitnym perkusistą to on nie jest. Jego rola polega raczej na wybijaniu prymitywnego i właściwie cały czas tego samego rytmu, dzięki czemu wytwarza się coś na kształt transu. I o ile na samym początku wydaje się to porywające, o tyle dłuższa znajomość z tym albumem może nieco irytować. Ten sam rytm, te same dźwięki basu. I nawet jeśli Gunn i Fripp opowiadają na swoich instrumentach ciekawe historie, po pewnym czasie może się to stać męczące. Po ambitnym spotkaniu z Rieflinem ten album wydaje się być raczej relaksującym rendez-vous trzech karmazynowych weteranów. Nie powinno to jednak dziwić, zaproponowana konfiguracja personalna na pierwszy rzut oka wydawać się może nieco dziwna. Dobrze jednak, że ta płyta ujrzała światło dzienne, gdyż drugi, koncertowy album P2 zatytułowany „Live Groove” to już zupełnie inna bajka. Debiut natomiast pokazuje, że idea ProjeKcts nie była w całości propozycją przytłaczającą słuchacza gęstą, wymagającą i ponurą atmosferą. „Space Groove” jest jak figlarne mrugnięcie okiem przed wejściem w samo oko cyklonu.

Ocena: ***

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 stycznia 2012 12:38:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
antiwitek pisze:
kiedyś ją musiałeś już wklejać


A jednak był to Pietruszka. Może podzieli się wrażeniami? :)

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 stycznia 2012 21:10:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 07:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Pilot się rozpisał, ale coś jeszcze uda mi się wycisnąć z tematu.

„THRaKaTTaK” ***3/4
W (drugiej) tylkorockowej wkładce wyczytałem, że ta płyta to najtrudniejsze wydawnictwo zespołu. Zaintrygowało mnie to i kiedy chciałem kupić jakąś płytę (wcześniej znałem tylko „Court”) KCrimsonów na co padł mój wybór? Właśnie.
Pierwszy odsłuch był szokujący – na przystawkę absolutnie miażdżąca wersja THRAKa a później prawie godzina w większości amuzycznych dźwięków. Nie mogłem tego ogarnąć. Brak melodii, dziwnie brzmiące instrumenty, przerzucanie się dźwiękami. Porównanie z „Moonchild” jak najbardziej na miejscu. Ale to „Moonchild” z piekła rodem. Jest tu tamto „szklankowanie”, ale „utwory” składają się ze znacznie cięższych i ostrzejszych dźwięków. Słuchałem tej płyty po kilka razy dziennie przez parę tygodni. W końcu udało mi się przez nią przegryźć. Pierwszy krok na drodze poznawania bardziej niekonwencjonalnej muzyki.
Z perspektywy ~10 lat nie robi już takiego wrażenia, ale wciąż mam do niej duży sentyment. A nawet i dzisiaj może być interesująca. M.in. ze względu na swoją atmosferę. Ta „muzyka” jest zimna i odhumanizowana. Ma się wrażenie, że to improwizacje grane przez roboty. Bezbłędna technika, ale brakuje tu duszy. Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że ta płyta to kolaż zbudowany z kilkunastu fragmentów wyrwanych z kontekstu. Trudno oczekiwać by połączone razem utworzyły spójna całość.
Sądzę, że ta płyta zaważyła nie tylko na sposobie w jaki odbieram muzykę, ale również na przyszłości zespołu. (Uwaga! Nisko latający hipotez)
we wkładce do THRaKaTTaK Robert Fripp pisze:
„The aim is to be true to the spirit of what an hour or so of THRaKKING might actually be like, were the audience to have the generosity and patience to support the leap, and group the courage to take it”
A kilkanaście miesięcy później przeprojeKCtował zespół. Wydaje mi się, że rozbijając grupę na mniejsze elementy Fripp miał na uwadze, że pod „marką” King Crimson ukazała się już cała płyta z wyłącznie improwizowanym materiałem. Mogło to ułatwić mu decyzje o wykorzystaniu doświadczeń z sesji z Rieflinem. Oczywiście dowodów nie mam :)

„VROOOM” ****1/2
„THRAK” ****1/2
Wstyd się przyznać, ale kiedyś uważałem, że ta Epka jest ubogim krewnym – zaledwie cieniem długograja. Mniej dopracowanym, mniej wygładzonym, mniej urozmaiconym. Do pewnego stopnia tak, ale porównaniu z THRAKiem ma jednak swoje zalety. Jest świeższa, nieco surowsza, ale ma więcej „mięcha”. Nie ma aż tylu soundscapes, materiał jest w większości kopiący. Doskonały wstęp do pełnej płyty.
A podwójne trio (ciekawe jest, ze nigdy sekstet, zawsze 2*3. 2i3. Ciekawe co Bobby miał na myśli?) było czymś wyjątkowym. Połączenie najlepszych elementów „Red” i „Discipline” zaowocowało muzyką ciężką ale niebanalną a w dodatku bujającą jak trzeba. W efekcie więcej mieli wspólnego z Rollins Band czy Tool niż z tradycyjnie rozumianym rockiem progresywnym.
A nagrywając płytę długogrająca zespół jeszcze powiększył swoją paletę dźwięków. Od ciężkich, instrumentalnych improwizacji aż po dźwięki delikatne i ulotne.
Duże znaczenie miało doskonałe brzmienie album – jest ciężar, ale i przestrzeń. KC zabrzmiał czysto i naturalnie niezależnie od tego czy grał balladę czy miażdżący łomot (Warto dodać, że maczający paluchy w produkcji „THRAK”a David Botrill był później kilkukrotnie zatrudniany przez Tool).

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 23 stycznia 2012 10:52:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
poprzednio jako azbest23 pisze:
Z perspektywy ~10 lat nie robi już takiego wrażenia

Wiek robi swoje, prawda? :)

poprzednio jako azbest23 pisze:
kilkanaście miesięcy później przeprojeKCtował zespół. Wydaje mi się, że rozbijając grupę na mniejsze elementy Fripp miał na uwadze, że pod „marką” King Crimson ukazała się już cała płyta z wyłącznie improwizowanym materiałem. Mogło to ułatwić mu decyzje o wykorzystaniu doświadczeń z sesji z Rieflinem. Oczywiście dowodów nie mam

Ciekawa teza, nigdy nie sięgałem aż tak daleko w poszukiwaniu źródeł fraKctalizacji zespołu, ale faktycznie, idea mogła się już wtedy pojawić.
Ciekawe, czy Frippowi brakowało improwizacji w tamtym czasie? Wszak w latach osiemdziesiątych jej nie było, tutaj też. A później jej erupcja...

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 23 stycznia 2012 20:54:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
ProjeKct One
Obrazek

ProjeKct Two
Obrazek

ProjeKct Three
Obrazek

ProjeKct Four
Obrazek

Zdjęcia wklejam tylko po to, by następny post znalazł się na samej górze nowej strony.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 19, 20, 21, 22, 23, 24, 25 ... 31  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group