antiwitek pisze:
Pamiętam, że zdziwiłem się jak wyraziłeś tę opinię ustnie (chyba przy okazji koncertu Janerki, albo jakiejś innej)
Tak, Janerka w Żaczku, ale nie pamiętam w którym roku, bo chyba ze dwa albo trzy razy się tam widzieliśmy.
King Crimson, THRAK [1995]
We wrześniu i październiku 1994 roku zespół udał się do Argentyny. W Buenos Aires dali kilkanaście koncertów, na których szlifowali materiał znany z „VROOOM”, komponowali kolejne utwory oraz też po prostu zgrywali się podczas koncertów. Efekty tych scenicznych zmagań można było poznać latem 1995 roku, kiedy na rynku pojawił się album „B’Boom – Official Bootleg Live In Argentyna”. Tym wydawnictwem zajmę się następnym razem. Listopad i grudzień 1994 roku stanął pod znakiem nagrywalnia kolejnego, tym razem pełnoprawnego wydawnictwa. Zespół postawił na Real Studios Petera Gabriela, gdzie kilka miesięcy wcześniej miksowali „VROOOM”. Jako współproducent znów pojawił się David Bottrill. Efekt pracy zespołu pojawił się w sklepach w kwietniu 1995 roku, czyli jedenaście lat po „Three Of A Perfect Pair”, poprzedniej płycie długogrającej. Słuchacze, którzy znali „VROOOM” nie byli zdziwieni zawartością płyty. Ci, do których fakt reaktywacji dotarł dopiero przy tej okazji, pełni podziwu z uznaniem kiwali głowami. I słusznie, ja kiwam głową aż po dziś dzień.
Płyta pomimo że została nagrana przez taką samą konfigurację osób co poprzednio, opierając się w dużej mierze na tych samych kompozycjach stworzyła album równie ważny co poprzednio, ale jednak różniący się od niego. Było to słuszne rozwiązanie. Posiadacze poprzedniego wydawnictwa nie czuli się nabici w butelkę klasycznym dublowaniem materiału i mogli na bieżąco przyglądać się zmianom jakie zaszły w zespole w tak krótkim czasie.
Najpierw okładka, czyli zwyczajna szafka od komputera. Potem pierwsze dźwięki dobiegające z głośnika. Mellotron. Co więcej, jest to mellotron, który mieliśmy okazję usłyszeć przy okazji płyty „In The Court Of The Crimson King”. Po tej wiekopomniej chwili dialogu z samym sobą sprzed 25 lat King Crimson uderza kompozycją „VROOOM”. Mocny cios jest jednak nieco słabszy z powodu „delikatniejszego” niż poprzednio brzmienia. Fripp zadecydował, by w lewym kanale słychać było Bruforda, Gunna i jego, natomiast w prawym Belewa, Levina i Mastelotto. Ów trick pozwala na zgłębianie patentów jednego albo drugiego trio. Oczywiście jeśli ktoś ma tyle samozaparcia, by ślęczeć nad odseparowanymi ścieżkami. W drugiej części tej kompozycji zatytułowanej „Coda: Marine 475” pojawia się głos Frippa i Gunna, którzy wypowiadają słowa związane z syndykiem ubezpieczeniowym Lloyds, który miałwiele wspólnego z machlojkami firmy EG. Belew stwierdził, że ta płyta jest jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości. Ten utwór jest na to idealnym dowodem. Kolejną kompozycją jest „Dinosaur”, który również świadomie odwołuje się do przeszłości. Podobno nawiązano tutaj do utworu „Cirkus” z płyty „Lizard”. Ja tego nie słyszę, ale nie przeszkadza mi to rozkoszować się prawdziwym dźwiękowym smakołykiem. Piękna melodia połączona z zadziornym graniem zwięczona wręcz klasyczną końcówką, która gustownie domyka kompozycję. Wytworzony nastrój przejmuje „Walking On Air” z wręcz lennonowską melodyką i pięknymi kojącymi partiami gitary. Ten utwór jest przeciwieństwem pierwszych fragmentów płyty, stanowi też wyciszenie przed dźwiękowym atakiem, który za chwilę ma przygwoździć słuchacza. Z chmury upiornych dźwięków soundscape wyłaniają się dźwięki dwóch perkusji, czyli „B’Boom” (tytuł nawiązuje do grupy perkusyjnej Maxa Rocha M’Boom). Mastelotto i Bruford zagęszczają atmosferę, która w pewnym momencie staje się tak obłędna, że przeradza się w gwałtowną burzę, którą jest kompozycja tytułowa. Podobnie jak na małej płytce uderzenie jest potężne, gdyż „B’Boom” świetnie sprawdziło się w roli wporwadzającej. Improwizowany środek jest jednak nieco inny, przypominający późniejsze wykonania koncertowe, więcej w nim swoistych „gierek” pomiędzy muzykami, pojawia się pewnego rodzaju wyrafinowanie, którego nie było na minialbumie. Czasem brakuje mi tylko tej nieokiełznanej siły. Należy też dodać, że pełnoalbumowy „THRAK” jest też krótszy. W tym momencie kończyłą się strona A kasety, z której pierwotnie poznawałem ten materiał.
Delikatne interludium „Inner Garden” właściwie otwiera drugą część płyty, na którą złożą się właśnie takie przerywniki oraz trzy utwory mające formę piosenek. Wszystko prowadzi do mocnego finału, ale nie wyprzedzajmy faktów.
„Inner Garden I” to głos wokalisty i delikatna gitara. Nic więcej. Ukojenie po poprzednich dwóch kompozycjach. „People” uderza funkowym ciosem basu, by pod koniec rozpłynąć się w delikatnej solówce. Potężna głębia łamana delikatnością, kolejny hit pełną gębą. Po nim znów oddech. „Radio I” dźwiękowym soundscapem wprowadzające w kolejną niezwykłą balladę zatytułowaną „One Time”. Jest ona kolejnym przykładem różnic pomiędzy płytą długogrającą a minialbumem. Wysmakowanie, delikatność, większa dbałość o produkcję i detal, selektywność. Mnie najbardziej żal tej dzikości i nieokiełznania poprzedniej płytki. Była w tym niesamowita świeżość, która tutaj przerodziła się w dojrzałość. Można mieć im to za złe? Również w znanym, ale poprzedzonym przez kolejne impresje „Radio” i „Inner Garden”, „Sex Sleep Eat Drink Dream” czuć brak tej pięknej niewinności, która emanowała z poprzedniego wykonania. Nie jest jednak źle! Ba, jest cholernie dobrze! Dochodzimy tutaj do kolejnej kulminacji. Sekwencja „VROOOM VROOOM” i „VROOOM VROOOM: Coda” nawiązuje do pierwszej kompozycji, ale na zasadzie wariacji wiedzie nas do samego końca. Środkowa część pierwszej kompozycji została ponoć napisana z myślą o utworze „Red”. Kolejny element dialogu z samym sobą znów podparty dźwiękami mellotronu. „Coda” niesamowitym ciężarem i nieco apokaliptyczną solówką pięknie zapętla album. Jeszcze tylko na końcu słyszymy Pata Mastelotto mówiącego „Yeah!” i dysk przestaje się obracać. Fripp określił ten album jako „56 minut i 39 sekund piosenek o miłości, umieraniu, odkupieniu i dorosłych facetach, którzy mają erekcję”. Dzięki Robert! Po przesłuchaniu tej płyty widać, że macie jaja!
Płyta składa się z trzech elementów konstrukcyjnych. Dwóch głównych i jednego pobocznego. Pierwszym są kompozycje instrumentalne, które budują najcięższe fragmenty płyty. Należą do nich „VROOOM” oraz wszystkie wariacje na ten temat, „B’Boom” i „THRAK”. Łącznie sześć kompozycji. Drugim głównym elementem są utwory o charakterze piosenkowym, czyli „Dinosaur”, „Walking On Air”, „People”, „One Time” i „Sex Sleep Eat Drink Dream”. Łącznie pięć utworów, z których można wydzielić dwie podgrupy, czyli dwie ballady oraz trzy utwory o gwałtowniejszym charakterze. Ostatnim elementem są interludia, czyli po dwie wersje „Inner Garden” i „Radio”. Są one służebne wobec dwóch głównych wątków architektonicznych. „Radio” przez soundscape’ową prowienencję przynależy do monolitycznych kompozycji instrumentalnych, a „Inner Garden” rodzajowo jest bardzo zubożoną piosenką. Wszystkie te elementy zostały rozłożone niezwykle proporcjonalnie, dzięki czemu słuchacz nie gubi się w tych wszystkich wariacjach dźwiękowych i ma czas na chwilę oddechu pomiędzy kolejnymi ciosami.
Ciekawym zabiegiem może być połączenie tych wszystkich elementów z jednej kategorii: zwłaszcza monolitów instrumentalnych i piosenek (interludia można zlikwidować lub przydzielić tak jak zasugerowałem w poprzednim akapicie). Wyłania się z tego dualny obraz ówczesnego składu rozpięty pomiędzy wyrafinowaniem a brutalnością. I takie właśnie było Double Trio w tamtym momencie. Owe pół roku zaowocowało rozwinięciem skrzydła liryczniejszego, bardziej ułożonego, rozpisanego między zwrotkę a temat, nawet jeśli część piosenkowa w wielu fragmentach emanuje siłą charakterystyczną dla instrumentalnych utworów. Dobrze, że tak się stało, gdyż „VROOOM obrazował ten skład jako niezwykle brutalną formację, a to tylko część prawdy. „THRAK” zmienia ten jednorodny obraz poprzez dodanie elementów łagodniejszych, bardziej ludzkich przy zachowaniu niezbędnych proporcji pomiędzy wszystkimi składnikami.
Po doznaniach związanych z poprzednim wydawnictwem nota tej płyty musi być niższa. W tekście starałem się zaznaczyć dlaczego. Niemniej jednak, gdybym nie znał „VROOOM”, ocena tamtej płyty mogłaby zostać przyznana temu albumowi.
Ocena: ****1/2
Koniec: Szkoda tylko, że ten album jest właściwie zamknięciem kolejnego etapu w działalności King Crimson. Większość osób, która z wypiekami na twarzy wsłuchiwała się w te dźwięki nie podjęła dalszych wyzwań rzucanych słuchaczom przez Frippa. Wielka szkoda, gdyż późniejszy dorobek studyjny, ale przecież nie tylko, chociaż odbiega od dźwiękowej zawartości tej płyty, to jednak sam w sobie jest niezwykle frapujący. Jak się niestety okazało nie dla wszystkich.
Do rozpadu tego składu zostało jednak trochę czasu, więc wkrótce pojawią się teksty omawiające trzy płyty koncertowe nagrane przez Belewa, Gunna, Frippa, Mastelotto, Levina i Bruforda.