How To Dismantle An Atomic Bomb
Tu z kolei album nie był jakoś szczególnie wyczekiwany. Ale jak już kupiłem to mnie wzięło i słuchałem bardzo dużo. Podobny do poprzednika też jest tradycyjnie rockowy a nawet jeszcze bardziej rockowy i jeszcze bliższy wczesnemu wcieleniu zespołu niż jego elektronicznej odmianie lat 90tych.
Nie jest to koncept album choć lirycznie jest dość spójny traktując o świecie na rozdrożu, dużo też o śmierci.
Vertigo ****3/4 Pierwszy singiel pojawił się jeszcze przed wydaniem płyty. Piękna rockowa strzała. Od samego początku. Odliczamy i od razu udajemy się na rockową imprezę w klubie zwanym Vertigo. Już w tym pierwszym utworze widać kolejną zmianę brzmienia w stosunku do poprzednich płyt ale również w stosunku do bezpośredniej poprzedniczki. Elektroniki jest jeszcze mniej a całość jeszcze mocniej osadzona jest na naturalnych brzmieniach. Bardzo mi się podoba takie spokojne przejście po dwóch zwrotkach. Bardzo osiemdziesionowato mi to brzmi (tak koło 2:20) a to miłe skojarzenie.
Co ciekawe Bono odlicza tam po hiszpańsku
raz, dwa, trzy, czternaście a nie
raz, dwa, trzy, cztery (
unos, dos, tres, catorce zamiast
unos, dos, tres, cuatro). Dlaczego? Jak stwierdził Bono „there may have been some alcohol involved”
Na koncertach grali go zazwyczaj dwa razy. Najpierw gdzieś na początku i potem jako ostatni utwór bisu. Miało to być swego rodzaju hołdem dla wczesnych lat grupy, gdy przy niewielkim jeszcze repertuarze nie starczało utworów na bisy i zdarzały się powtórki.
Miracle Drug ***3/4 Dobry ale zdecydowanie nie najlepszy fragment płyty. W każdym razie nie wytrzymuje porównania z sąsiadami. Znów zdecydowanie rockowe brzmienie. Cieszy to bardzo.
Tekst odwołuje się do historii Christophera Nolana, irlandzkiego pisarza, który po ciężkim porodzie (dwie godziny niedotlenienia) pozostawał praktycznie nieruchomy. Tylko dzięki ogromnej ofiarności swojej matki, która uczyła go przez lata w domu oraz faktowi odkrycia po iluś tam latach jakiegoś lekarstwa (miracle drug) zaczął ruszać szyją. Przymocowanym do głowy urządzeniem nauczył się pisać i został poetą. Członkowie U2 znali go ze szkoły a Bono przed koncertowym wykonaniem tego utworu zawsze poświęcał go lekarzom i pielęgniarkom.
Jeden z dwóch zaledwie utworów w historii grupy, w których wokalnie udziela się trzech członków grupy. Do Bono i Edge’a dołącza w chórkach Larry. Pierwszym taki utworem było Numb.
Sometimes You Can’t Make It On Your Own *****1/2 Cudeńko. Powoli rozwijająca się ballada, w której linię wokalną zaliczyłbym do najpiękniejszych fragmentów jakie U2 stworzyło ever. Pięknie delikatne. Głos Bono z tym falsetem że aż

.
Szalenie ważny utwór dla Bono, gdyż znów powracający do stosunków z ojcem, który zmarł w trakcie koncertów po ATYCLB. Utwór, napisany wtedy i zaśpiewany przez Bono na pogrzebie.
Love And Peace Or Else ****1/4 Mocno bluesowy numer, gitary brzmią tu jakby wzięte z sesji Rattle & Hum. I pomimo, że nie jestem fanem tamtej płyty

to tu bardzo mi się to podoba. Fajne dudniące basy, do tego mocne gitary. Intensywność utworu przypomina mi z kolei Bullet The Blue Sky. Dobre.
Na koncertach mocno eksponowana była perkusja Larry’ego a utwór kończył się graniem na werblu przez Bono, co swobodnie przechodziło we wstęp do Sunday Bloody Sunday. A potem rzeczywiście było Bullet The Blue Sky. Bardzo mocny, intensywny i udany fragment koncertów.
City Of Blinding Lights **** Miasto oślepiających świateł, to znów o Nowym Jorku? Tak jest. Utwór powraca do dwóch scen z historii zespołu – pierwszego przyjazdu do Stanów w 1980 roku oraz do pierwszego koncertu w NYC po 11.09.2001. Jak stwierdził Bono zainspirowały go „pasja i emocje fanów z tego miasta”. Muzycznie to też pewne nawiązanie do historii a konkretnie do utworu Where The Streets Have No Name. Sam początek jest bardzo podobną kombinacją klawiszowego tła i gitary Edge’a, których dźwięki powoli narastają.
Utwór bardzo pięknie prezentował się na koncertach. Pierwsze utwory grane przed nim operowały wizualnie jedynie telebimami i fragmentami sceny, podczas gdy przy nim cała scena wybuchała feerią kolorów rzeczywiście oślepiającego światła.
All Because Of You ***1/2 wyszło to nawet na singlu ale mi zawsze wydawało się najsłabszym momentem płyty. Fajny energetyczny początek, potem nawet niezła zwrotka ale refren mnie się mi kompletnie nie podoba.
Na koncertach grano go z zapowiedzią, że jest to „love song to The Who”.
Tak jak poprzedni utwór nawiązywał do “Ulic bez nazw” muzycznie tak tu podobne skojarzenia może budzić video. Muzycy grali na platformie ciężarówki jeżdżąc po Manhattanie a na koniec dali zaimprowizowany mini koncert na moście Brooklyńskim.
A Man And A Woman ***** Od pierwszego przesłuchania podobał mi się bardzo i pozostało mi do dziś. Piękny utwór, jeden a moich ulubionych na płycie. Fajne niespieszne tempo, nienaganna sekcja i piękna melodia. Monika kiedyś pisała, że jej się też podobało, nadal?

Mi się cały czas podoba.
Bardzo fajny dwugłos Bono i Edge’a na końcu trzeciej minuty.
„I could never take a chance
Of losing love to find romance
In the mysterious distance
Between a man and a woman”
Szkoda, że nie grają tego na koncertach.
Crumbs From Your Table **** Okruchy ze stołu mają co najmniej dwa znaczenia. Po pierwsze może być to odczytywane jako zwykła piosenka o miłości w której jedna strona mocno angażując się oddaje się całkowicie a w zamian dostaje tylko okruchy. Drugie znaczenie odwołuje się do innych wysiłków Bono w tamtym okresie a mianowicie do kwestii pomocy Afryce, długów itp. Stwierdza on tutaj, że są to właśnie jedynie resztki ze stołu. Muzycznie dobra rockowa piosenka w średnich tempach.
Mało grany na koncertach utwór ale parę razy im się zdarzyło.
One Step Closer **** Bardzo charakterystyczny utwór. Z taką lekko senną, zamgloną atmosferą. Trochę „niezapomnianą”, trochę jak Runnig To Stand Still. Mi się to podoba ale zakładam, że niektórych może nudzić

. Słychać tu wpływ Daniela Lanois, który wspomaga tu po raz kolejny zespół na gitarze. Niektórzy doszukują się podobieństw do twórczości Velvet Underground a jedna z nagranych wersji rozciągnęła się podobno do 15 minut …
Muzyka dobrze oddaje emocje tekstu. Taki obraz spowolnionych kadrów mam przed oczami. Wokół wiele się dzieje ale bohater jest totalnie zatopiony w swoich myślach –
„an island at a busy intersection” – starając się coś przemyśleć, zbliżyć się o krok bliżej aby poznać?, zrozumieć?. Bardzo mi się podoba ten stan takiego mentalnego zawieszenia.
Utwór dedykowany jest Noelowi Gallagherowi (to ten z Oasis) na wspomnienie ich wspólnej rozmowy o zmarłym ojcu Bono, która stała się przyczynkiem do powstania tekstu. Noel zapytany przez Bono czy według niego jego ojciec wierzył w Boga odpowiedział, że w tej chwili jest już krok bliżej aby poznać prawdę (
”one step closer to knowing”) …
Niestety znów utwór niegrany w ogóle na koncertach.
Original Of The Species ***1/2 Kolejny spokojny, taki ładny utwór. Na koncertach grany niezbyt często. Najczęściej z Edge’em na pianinie i Bono z gitarą akustyczną. Tu z kolei według Bono czerpał on głównie z Lennona.
Utwór zaś dedykowany córkom Bono. Bo trochę jak w
Kite znów jest pewna obawa, że już niedługo opuszczą go aby zacząć samodzielne życie. I żeby w tym życie zachowały choć trochę z dziecka (
Please stay a child somewhere in your heart).
Mnie jakoś mniej podchodzi niż poprzednicy. Chyba właśnie dlatego, że stara się być taki wprost ładny. Jednak wolę bardziej zamglone klimaty jak w
One Step Closer.
Wyszło to nawet na singlu ale kariery nie zrobiło.
Yahweh ***** Bardzo piękny, podniosły hymn na koniec płyty. Znów bezpośrednie zwrócenie się do Boga. Jak dla mnie to wprost wydanie siebie Bogu, powiedzenie: taki jestem, takiego mnie stworzyłeś, takim się Tobie oddaję …
Zazwyczaj grane w spokojniejszej, akustycznej wersji podczas bisów wypadało rewelacyjnie.
Album spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem w prasie („dorosła muzyka dla dorosłych mężczyzn” – Rolling Stone), wśród fanów (8 milionów płyt do końca 2006), branży (8 nagród Grammy). Dla mnie był potwierdzeniem dobrej formy zespołu z poprzedniej płyty. Jest to jeszcze wyraźniejsze odejście od dziewięćdziesionowatych eksperymentów brzmieniowych a postawienie na prostotę. Na melodię i piosenkę. Oraz mocniejsze postawienie na rockową nutę, która pobrzmiewa tu najsurowiej od wielu lat. Płyta, podobnie z resztą jak poprzedniczka, trochę zwalnia około połowy długości. Z tym że tutaj brzmi to lepiej. Nie ma znudzenia, które miejscami można było odczuć na ATYCLB.
Znów dla części osób może być to mało nowe granie ale dla mnie najważniejsze jest, że są tu naprawdę dobre piosenki.
Faktem mającym kolosalny wpływ na dzisiejszą ocenę płyty ma oczywiście koncert z Chorzowa z lipca 2005. Niezapomniane chwile a zwłaszcza żywa flaga podczas New Year’s Day też przyczyniły się do wysokiej oceny -
****1/2.
Uffff
