Dobry wieczór – dla mnie od początku jasny punkt płyty! Piosenka niby błaha, a życie w niej czuć, krąży charakterystyczna energia. Do tego świetny tekst, lekko napisany, a jednak słuchacz podąża za jego lekko przewrotnym sensem.
Po godzinach – muzyka: swing, murzyni, korzenie. Tekst: korytarz, który odsłania kolejne zakręty, pokój, chodnik, ulica, prowadzi tu i tam. Najbardziej lubię tę zwrotkę:
W hotelu mnie usypia sprzątaczek ble ble / W opakowaniu czekam na nienadchodzący sen / Zjem śniadanie i wyjdę zanim znów się ściemni / By zrobić coś starego po nowemu zupełnie. Pasuje do płyty. No i na koniec genialny slajd. Liryczny, lecz i pomrukuje groźnie!
Kim bym był -
Snułbym się po barach, a niewiele brakowało!

Świetnie się rozgrywa ten numer od początku do końca, bazując na tej dość dziwnej formie rytmicznej. Ale przy okazji muszę powiedzieć, że owszem – podoba mi się jak Bryndal gra – ale jednak brakuje mi Stopy. Może to trochę kwestia brzmienia: Stopa lepiej stapiał się z brzmieniem Voo Voo, które jest trochę jak przyjemnie zmurszała kora. A Bryndal jakoś jednak połyskuje nowością.
A, z tym solem Crazy - niezwykle trafnie! I zgadza się z tym, co Waglewski mówi w wywiadach o funkcji gitary i o tym, że ważniejsze w muzyce niż melodia, rytm czy kwestie harmoniczne jest to, co dzieje się między nimi. A tu faktycznie super się impro rozgrywa!
Pokój – no tu mój największy problem z Waglem. To kwestia podania tekstu, który sam w sobie jest niezły, a i numer ciekawy i fajnie się rozwija. Warto zwrócić uwagę, że bas wchodzi dopiero pod koniec 3 minuty! Chór balansuje na granicy, a solo Waglewskiego brzmieniowo przywodzi na myśl wczesne płyty WW. Ach, mnóstwo tych nawiązań do starych albumów, ale w sumie liczę to na plus. Podobnie jak, mimo wszystko, cały numer.
Na coś się zanosi – zgoda co do nocy! Sporo tu niepokoju, przy czym ta tu dynamika b. dobrze robi płycie na tym etapie. Numer narasta, chór brzmi osobliwie, ale ja go akceptuje. Lecą w impro, dobrze wywija Bryndal, Mateo daje czadu! Faktycznie: dobre zakończenie strony A.
Strona B zaczyna się zaś od...
Gdybym – a to mój numer jeden. Ujmujący za serce tekst, a muzyka przy nim cicha, ale tak fantastycznie się otwiera i spaja ze światem. Doskonały refren, zwłaszcza jego warstwa instrumentalna. Kilka nut, ale zbierają większość tego co w muzyce Voo Voo dobre. A potem zaskakujące przejście do Azerów - jak na drugą stronę ulicy. Dziwiłem się temu, że nie ma tam jakiejś większej instrumentalnej odległości, ale już dziwię się mniej.
Skrzyżowanie – chórek, jak Crazy napisał, ok, i w ogóle muzyka. Treść mnie za to trochę mierzi. Najfajniejsze rzeczy przed
gdybym palił, to po kryjomu zapalił-bym - doskonałe solo, ten puszczony szeroko ostatni dźwięk! No i sama końcóweczka niezwykle punktuje.
Tli się – superwejście: ten nerw, bardzo VooVoo bębnienie, i w ogóle świetne operowanie dynamiką. Okazuje się znów, że humor
belongs in music: chór
mmm plus dziwne brzmienie gitary - w WW zawsze były momenty, że człowiek się uśmiechał do samych dźwięków

.
Dokąd idą – znów taki negro spiritual swing, tyle, że tym razem przez Styks jadą i motoryka bębnów nieco inna. Te różne mijane w drodze dźwięki układają się w podniosłe i poważne formy, jest na serio, choć fabularnie. Ale ta fabuła też doskonale ciągnie numer, aż przejmą go – znów z nienacka – Azerowie. A ci jak z innego świata, co tu, mimo wszystko, bardzo pasuje.
Odpuść mi moje życie – ogólnie numer ok, zwłaszcza jak się rozwinie. W tekście najlepszy
medyk. Bardzo lubię jak wchodzą bębny, centralka, i już za chwilę można by pomyśleć, że zaraz przejdą do Floty Zjednoczonych Sił

.
Z tą nocą na płycie, to rzeczywiście. Samo brzmienie jest takie: dobrze sprawdza się w ciemności. No i skoro zaczynamy od
dobry wieczór, to znaczy, że jest jak kiedyś, jak
z środy na czwartek, choć może mniej surrealistycznych snów, niż na „Sno-powiązałce”. W ogóle mógłbym sporządzić listę numerów z przeszłości, które przypominają się podczas słuchania nowej płyty, ale, jak już wspomniałem: zupełnie to nie przeszkadza, a nawet przeciwnie. Gdzieś tam może pojawia się też coś, co nie jest turboświeże, ale nie przeszkadza to w słuchaniu muzyki z prawdziwą przyjemnością. Częściej wątpliwości miewam przy tekstach, ale patrząc całościowo też muszę je bardzo docenić. Zwłaszcza to, że ich zalety nie wyczerpują się, jak to nieraz bywa, w pierwszej zwrotce, tylko słucha się ich z zainteresowaniem od początku do końca.
Ciekawa sprawa jest z, właściwymi właśnie dla tej płyty, nowinkami - jak Azerowie czy męskie wokalizy. Zwłaszcza te ostatnie brzmią czasami osobliwie i nie zawsze wiadomo co o nich sądzić. Niemniej jednak chyba dobrze, że są - w miarę słuchania coraz łatwiej polubić i te, które na początku drażniły czy śmieszyły.
Podobnie, choć inaczej, jest z Azerami. Bo tu nie mam żadnych wątpliwości, że są świetni (Crazy, rzeczywiście śpiewają teksty - ktoś nawet wrzucał ba fejsa tłumaczenie którego, ale nie umiem teraz znaleźć), ale są takim elementem bardzo zaskakującym i na pierwszy rzut oka nie do końca pasują do całości. Ale wraz z osłuchaniem i to wrażenie zaczyna się ulatniać.