obiecałem, jest
All That You Can’t Leave Behind
Płyta bardzo przeze mnie wyczekana. Pamiętam, że obserwowałem kolejne wiadomości w necie o jej powstawaniu, o planach wydania, nawet śledziłem i ściągałem koncerty promujące jeszcze przed wydaniem płyty (np. w klubie ManRay w Paryżu 19.10.2000).
Beautiful Day ****1/2 Całkowite zaprzeczenie lat 90tych w wykonaniu U2. Prosty, skoczny utwór. I strasznie optymistyczny. Bardzo to w nim lubię. Widać, że zespół roznosi radość grania. Tekst mówi o człowieku, który stracił wszystko ale i tak znajduje radość w tym co ma. Zaczyna się bardzo spokojnie syntetycznym rytmem i spokojnym wokalem. Dopiero wraz z wejściem gitary całość wybucha ferią dźwięków. Bardzo udany hymn optymizmu. Michael Stipe w którymś z wywiadów stwierdził, że kocha ten utwór i żałuje, że sam go nie napisał. Praktycznie od wydania grany na każdym koncercie na obydwu ostatnich trasach.
Był to pierwszy singiel wydany jeszcze przed debiutem płyty. Jego duże powodzenie na pewno bardzo pomogło w dobrym przyjęciu płyty
Video nakręcono częściowo na lotnisku w Paryżu, z którego z resztą pochodzi też zdjęcie okładkowe. Fajne były sceny z pasa startowego ze startującymi i lądującymi samolotami. Wyreżyserował Anton Corbijn. Choć jest i drugie video: jakby reportaż z nagrywania – studio, lato, francuskie wybrzeże – Piękny dzień

.
Stuck In A Moment You Can’t Get Out Of ***1/2 Kolejny udany numer ale nie należy do moich ulubionych. Choć tekstowo zdecydowanie poważniejszy, nawiązujący do problemu zagubienia, znalezienia się w sytuacji bez wyjścia a bezpośrednio do śmierci Michaela Hutchence’a. To próba niedoszłego dialogu czy nawet kłótni pomiędzy dobrymi znajomymi na temat samobójstwa. Przytaczanie argumentów i próba przekonania, że to tylko akt głupoty. Niestety do takiej rozmowy pomiędzy nim a wokalistą INXS w rzeczywistości dojść już nie mogło

.
Akustyczna wersja została zamieszczona na singlu Walk On oraz EPce 7. Nakręcono też dwa video. W jednym z nich Bono jest kilkanaście razy wyrzucany z vana na ulicę. Drugi dzieje się na meczu footballu amerykańskiego pomiędzy zespołami Flys i Lemons

a gracze czy też trenerzy obu zespołów nazywają się też bardzo znajomo (Dave Evans, Paul Hewson, Paul McGuiness).
Elevation **3/4 zdecydowanie najgorszy na płycie, od samego początku nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego zyskał taką popularność. Takie Mysterious Ways tej płyty. Nie lubię tej gitary i tego pohukiwania, choć rzeczywiście sprawdza się na koncertach. Fajne za to takie wyciszenie po dwóch zwrotkach
Z reguły otwierał koncerty trasy Elevation Tour i zazwyczaj był dobrą okazją do rozruszania tłumu, który łątwo podłapywał tekst skandując go razem Bono. Na ostatniej trasie grano go trochę inaczej ze spokojnym wstępem i mocniejszym uderzeniem wchodzącym dopiero po pierwszym refrenie.
Wykorzystany w filmie (i w konsekwencji video) o Larze Croft. Tam i na singlu była to przearanżowana wersja, bardziej rockowa niż na płycie.
Walk On ****3/4 dla odmiany jeden z moich faworytów na tej płycie. Znów jest to utwór brzmiący prawie jak hymn. Bardzo podniosły, nawiązujący do osoby Aung San Suu Kyi, laureatki pokojowej nagrody Nobla w roku 1991, aktywistki walczącej o wolność w Birmie. Z tego powodu za samo posiadania singla lub płyty z tym utworem w Birmie można trafić do więzienia na parę lat

. Po wydarzeniach 11.09.2001 utwór był też wykorzystywany w innym kontekście jako wsparcie dla Amerykanów po tej tragedii. I właśnie z tego powodu trafił też na koncert i płytę
America: A Tribute To Heroes
Z tekstu piosenki pochodzi też tytuł całej płyty:
The only baggage you can bring, is all that you can’t leave behind.
Kiepsko tylko się kończy, bo takim wyciszeniem, których zwykle nie lubię. Lubię jak utwór wybrzmiewa naturalnie, kończy się jakimś konkretnym dźwiękiem. Zdecydowanie nie jestem entuzjastą kończenia utworu jego stopniowym wyciszaniem, zwłaszcza jeżeli w tle jest jeszcze wokal albo solówka. Czuję wtedy jakbym słuchał radia, które w ten sposób nagminnie masakruje utwory. Tylko w nielicznych przypadkach ma to merytoryczne uzasadnienie. Najczęściej wydaje mi się po prostu wynikiem brakiem konceptu na dobre zakończenie.
Kite ****1/4 I od razu pozostajemy w dobrym momencie płyty. Bardzo podoba mi się tu współbrzmienie gitary Edge’a z pełnym zaangażowania wokalem Bono.
Utwór powstał po wycieczce Bono z córkami na puszczanie latawca w okolicach Dublina. Kite czyli latawiec jest tutaj metaforą sytuacji wydostawania się spod czyjejś kontroli. Na przykład moment wychodzenia dzieci z rodzinnego domu. I to odnosiło się już do obu sytuacji jakie widział Bono – córki odchodzące z jego domu ale także powrót do jego odejścia i niełatwych stosunków z ojcem.
Regularnie grany podczas Elevation Tour zyskał dodatkowego znaczenia w końcu 2001, gdy umarł ojciec Bono Bob Hewson. Wtedy był już jednoznacznie kojarzony ze wspomnieniem tej osoby, nawet w tekście Bono zmieniał
tha last of the rock star na
opera star nawiązując do amatorskich prób ojca.
In A Little While ***3/4 Ciut słabiej ale cały czas dobrze. Spokojnie rozwijający się utwór, bez gwałtownych skoków. Trochę elektroniki w podkładzie. Taki mały sposób na przetrwanie do następnej chwili, zwłaszcza, że tekst traktuje o … powracaniu nad ranem do domu na kacu (this hurt will hurt no more)

.
Podobno był to ostatni utwór jakiego Joey Ramone wysłuchał przed śmiercią.
Wild Honey ***1/2 Ciągniemy trochę słabszy fragment płyty. Utwór trochę bez wyrazu i bez historii. Lubię posłuchać ale nie wzbudza wielkich emocji.
Peace On Earth **3/4 utwór typowo świąteczny, i chyba zbyt słodki aby robił duże wrażenie. Boleśnie bez wyrazu. Obok Elevation najsłabszy na płycie.
Znów tekst jest poważny, ponieważ powraca do zamachu IRA w Omach w 1998. W tekście padają nawet imiona osób, które w nim zginęły. I znów po wrześniu 2001 utwór zyskiwał dodatkowe znaczenie jako wołanie o pokój na świecie. Prawdę mówiąc już sam tytuł przyprawia mnie lekko o mdłości i kojarzy się najbardziej z wyborami miss, gdzie każda kandydatka chce pomagać chorym dzieciom i marzy o pokoju na świecie

Ale nigdy nie wszedł do koncertowego setu.
When I Look At The World ****1/4 Jak sobie tego ostatnio słuchałem to coraz bardziej mi się podoba. Bezpretensjonalny. Fajne tempo utrzymane przez cały czas. I bardzo fajna solówka pod koniec trzeciej minuty. Taka wyluzowana z długimi dźwiękami, bez zbędnego spinania się.
Tekst opowiada o problemie tracenia wiary w obliczu jakiejś osobistej tragedii. To znów taki monolog skierowany bezpośrednio do Boga.
Niestety nigdy nie został wykonany na koncercie. The Edge nawet kiedyś powiedział, że w trakcie sesji nagrali go tak sprawnie i szybko, że zanim skończyli płytę zdążył zapomnieć jak go grać

.
New York ****1/4 bardzo ważny utwór. Płyta wyszła w 2000 ale już rok później ten utwór zyskał dodatkowe znaczenie i był bardzo emocjonalnie odbierany, szczególnie w Stanach. Piosenka opisuje miasto Nowy Jork z jego widokiem, mieszkańcami, Irlandczykami i innymi narodowościami przybywającymi tam przez lata. Po 11.09.2001 Bono nieznacznie zmieniał w kilku miejscach słowa, tak że całość jeszcze bardziej nabierała odpowiedniego znaczenia.
Ważny ale też bardzo udany. Znów, podobnie jak w Beautiful Day czy Walk On podniosły temat wzbogacony jest odpowiadającym, optymistycznie brzmiącym tematem. Znów trochę elektronicznego podkładu w tle lekko błądzącołkająca gitara, która tylko w paru momentach wybucha.
Grace **** Trzeci z nigdy nie zagranych na koncercie utworów z tej płyty (po Peace On Earth i When I Look At The Word). Bardzo wyciszony koniec płyty. Ja zawsze go bardzo lubiłem. Podoba mi się jego bardzo głębokie, pogłosowe brzmienie, niespieszny wokal.
Pamiętam słuchany w mp3 jakąś audycję radiową ze Stanów promującą wydanie płyty, gdzie zadzwoniła słuchaczka i mówi, że jest w zaawansowanej ciąży i jej dziecko najszybciej uspokaja się w brzuchu słysząc właśnie ten utwór. A w te dni nasz Mikołaj też się właśnie szykował do wyjścia na świat

/
Ground Beneath Her Feet ****1/2 utwór tak naprawdę spoza płyty ale w paru wydaniach jest obecny na ATYCLB więc przy okazji mogę napisać, że go bardzo lubię

. Pierwotnie powstał do filmu Million Dollar Hotel wyreżyserowanego przez Wima Wendersa według pomysłu i scenariusza Bono. Dodatkowo na gitarze gra tu długoletni współpracownik zespołu Daniel Lanois. Autorem tekstu jest zaś Salman Rushdie. Konkretnie wykorzystane zostało tu jedno z opowiadań Rushdiego, w którym bohater pisze tekst jako lament po zmarłej ukochanej. Występuje też w video, które jest mieszanką wycinków z filmu, grającego zespołu i piszącego tekst Rushdiego. I wszystko w tytułowym hotelu.
A sam utwór jest wielce udany. Smutny, w czym podkreśla znaczenie tekstu ale piękny.
Płyta zdecydowanie inna od poprzedniczek. Spokojniejsza, bardziej wygłaskana. Przede wszystkim mniej tu eksperymentów brzmieniowych, nagromadzenia elektroniki itp. Tak bardzo charakterystycznych dla U2 lat 90tych. Oczywiście gdzieś tam w tle zespół nadal z nich korzysta ale nie ma to aż takiego wpływu na końcowy odbiór. Nie ma tu żadnego utworu, który mógłby kontynuować brzmienie Zoo Stadion, Mofo czy Numb. Chyba już najbliżej do tego Elevation i może dlatego nie należy do moich faworytów. Choć przecież Beautiful Day też otwiera fragment z klawisza z syntetyczną perkusją. I w podkładach słychać tego dużo ale brzmi to zupełnie inaczej – ciepło i melodyjnie. Jest tylko kolejnym środkiem w napisaniu dobrej piosenki a nie celem samym w sobie.
Zdecydowanie jest to więc powrót do korzeni, do rockowej muzyki. Może bardziej bogatej brzmieniowo niż w latach 80tych ale na pewno nie eksperymentalnej jak w dekadę później. Dla jednych może być to widziane jako krok wstecz, wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Znak że zespół przestał być inspirujący, przestał zaskakiwać. Istnieje dalej i przynosi radość tym, którzy go wcześniej lubili ale nie wytacza nowych trendów, nie próbuje zaskoczyć słuchaczy. Raczej korzysta ze swojego statusu megagwiazdy. Obficie przy tym zarabiając (album sprzedawał się znakomicie, trasa też, siedem nagród Grammy). Zjadanie własnego ogona? Można tak to widzieć.
Ja tam cieszę się, że wrócili do bardziej naturalnych brzmień, do stylistyki, w której zawsze byli mistrzami. Że słychać radość grania. Że jak słyszę Beautiful Day to od razu patrzę na wszystko z większym optymizmem.
Płyta ma dla mnie jeszcze dodatkowe znaczenie. Tak jak wcześniejsza (późniejsza też) kojarzy mi się z koncertem, tak ta wyszła w momencie, gdy moja Agata była już w zaawansowanej ciąży z Mikołajem (jesień 2000). Bardzo często jej wtedy słuchaliśmy i chyba zawsze będzie mi przypominać tamten piękny czas.
Znów mi wychodzi coś koło
****.