Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 kwietnia 2026 11:54:56

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18 ... 31  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 czerwca 2011 20:18:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 07:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Skowronek wylądował.
Zgadzam się z większością tego co napisał o tej płycie Pilot, ale w ocenie jestem surowszy - ****.
W pierwszy utworze faktycznie dużo się dzieje i tchnie świeżością, ale do ideału trochę brakuje. Odrobinę się nie klei.
"Book of Saturday" i "Exiles" to ładne piosenki, ale błahe, a w porównaniu z resztą płyty niewiele się w nich dzieje. Co gorsza w tym drugim słyszę dźwięki zbyt mocno kojarzące się z utworem tytułowym z "In the Court of the Crimson King". Płyta na kilometr cuchnie nowymi pomysłami, a tu wręcz autoplagiat. A Fe.
"Easy Money" to już duży postęp - atrakcji co niemiara, tylko początek mógłby być mniej toporny.
Ale akt III to już to co Azbesty lubią najbardziej. Hipnotyzująca sekcja rytmiczna, wijące się strunowce, napięcie rośnie... I ŁUP!
Podoba mi się ta płyta, ale już za rogiem czai się "SBB" pozbawiona jej wad i bardziej dopracowana.

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 czerwca 2011 17:40:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
„Starless And Bible Black” (1974)
Obrazek
Po wydaniu „Larks Tongues In Aspic” zespół rzucił się w wir koncertowania. Odejście Muira zmieniło troszkę zespół. Przede wszystkim improwizacje znacznie się skróciły, choć ich jakość w wielu wypadkach wzrosła. Zespół okrzepł. Przerwa w koncertach wypadła dopiero w grudniu 1973 roku. Tymczasem już w styczniu zespół spotkał się w londyńskich Air Studios, by rozpocząć nagrywanie kolejnej płyty, która w sklepach pojawiła się 29 marca 1974 roku. Podczas prac w studiu bardzo szybko okazało się, że w zasadzie zespół nie ma za wiele nowego materiału. Na wszystko jednak jest sposób. By zmontować album długogrający zespół sięgnął do swoich koncertowych archiwów i postanowił całość uzupełnić zespołowymi improwizacjami. W studiu nagrano niespełna trzy utwory. Pierwszy, „The Great Deceiver”, bardzo dynamiczny kawałek zaproponowany przez Wettona. Mocarny riff ma tutaj siłę huraganu. Jest to jedyna kompozycja o nieco jaśniejszych odcieniach. Dalej jest już tylko mrok. W studiu nagrano również „Lament”. Dziwnie rozwijająca się kompozycja miała swój niezaprzeczalny urok. W studiu nagrana została również piosenka „The Night Watch”. Postanowiono jednak poeksperymentować, zatem wersja z płyty w połowie składa się z nagrania koncertowego (wstęp), a w drugiej z nagrania w studiu. Pewnie wykorzystano by całość koncertową, gdyby nie to, że podczas tego koncertu w trakcie tego utworu zaszwankował mellotron. Słychać to bardzo dobrze na koncertówce „The Night Watch” będącej zapisem koncertu z 23 listopada 1973 roku z amsterdamskiego Concertgebouw. Z tamtego występu wykorzystano również skomponowany przez Frippa „Fracture”, który w odsłonie koncertowej zaprezentował się doskonale, oraz dwie zespołowe improwizacje „Trio” i „Starless And Bible Black”. Pierwsza z nich to delikatny zwiewny utwór podpisany przez cały skład, choć Bruford nie uderza w swój instrument ani razu. Koledzy jednak twierdzili, że miał istotny wpływ na wytworzenie odpowiedniego klimatu. „Starless And Bible Black” jest improwizacją typową dla tego składu. Tym razem jednak czuć w tym wszystkim boże błogosławieństwo, które pozwala unikać dłużyzn i mielizn, bo takie w koncertowym wydaniu również się zdarzały. Nazwę dla tego utworu i tej płyty zaczerpnięto z kompozycji Wettona, która wejdzie dopiero na następną płytę.
Kolejne dwie (oczywiście nie trzymam się tu kolejności, w jakiej utwory znalazły się na płycie) zespołowe improwizacje zostały nagrane na dwóch koncertach: „We’ll Let You Know” 23 pażdziernika 1973 w klubie Apollo w Glasgow oraz „The Mincer” z klubu Volkshaus w Zurychu 15 listopada tegoż samego roku. Pierwszą tych kompozycji można usłyszeć na boxie „The Great Deceiver” (nie jest to pełny zapis koncertu, choć kto bardzo chciałby usłyszeć całość, zawsze może pobrać kompletny materiał ze strony DGM Live), druga była częścią większej improwizacji (koncert z Volkshaus również pojawił się na boxie „The Great Deceiver”, ale tego fragmentu na nim nie umieszczono, choć powinien się znajdować pomiędzy dwoma częściami improwizacji „The Law of Maximum Distress”. Fripp wyciągną taśmy o wiele później, publikując komplet, tym razem w serii KCCC). Materiał koncertowy został w niewielkim stopniu obrobiony w studiu. „The Mincer” wzbogacony został o partię wokalną, gdzieniegdzie dograno kilka rzeczy. Nigdy nie słuchałem tej płyty pod kątem studyjnych dogrywek, choć udostępnienie surowego materiału koncertowego pozwala na takie badania.
Płyta jest inna niż „Larks Tongues In Aspic”. Materiał jest przede wszystkim znacznie bardziej mroczy, a spora ilość improwizacji sprawia, że również mało przewidywalny. Również brzmienie jest inne, znacznie cięższe, czasem nawet brutalne. Widać, czego zabrakło po odejściu Muira. W ciągu mojej znajomości z tą płytą jej status ciągle rósł, ale dopiero ostatnio nastąpiło przetasowanie i niewielkie wyprzedzenie „Larks” (nota gwiazdkowa jednak jeszcze ta sama). Eksperymentatorski duch płyty sprawił, że stała się ona niejako patronką jednej z późniejszych płyt. Słowa „This Night Wounds Time” wydrukowane na okładce „Starless And Bible Black” staną się tytułem jednej z improwizacji z zawartych na „THRaKaTTaK”.

Ocena: ****1/2

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 czerwca 2011 19:50:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
„Red” (1974)
Obrazek
Od marca 1974 roku zespół był znów na trasie. Marzec w Europie, kwiecień, maj i czerwiec za oceanem. Zespół był w bardzo dobrej formie, choć wiadomo było, że coś zaczyna się psuć. David Cross nie odnajdywał się w zespołowych improwizacjach. Panowie grali coraz mocniej i coraz głośniej, a dźwięk skrzypiec nie bardzo pasował do takich tendencji. Zespół pojawił się na scenie po raz ostatni 1 lipca w Central Parku w Nowym Jorku. Tydzień później rozpoczął nagrywanie kolejnej płyty. Do studia nie zaproszono Crossa, choć dźwięk jego skrzypiec słychać na tej płycie. Fripp stawiał zarzuty również innym muzykom. Wetton podobno za bardzo ciągnął w stronę komercji, a Bruford skupiał się tylko na sobie, nie bacząc co dzieje się naokoło.
Na miejsce Crossa Wetton zaproponował Collinsa i McDonalda. Fripp natomiast poprosił Charga i Millera. Pojawił się również nieznany z nazwiska wiolonczelista. Pomimo niespecjalnych nastrojów powstał album wybitny. Można nawet napisać, że ten album łączy w sobie wątki z pierwszych sześciu lat działalności tego zespołu. Łączy, spaja i podsumowuje.
Pierwszy utwór uderza pełnią sił. Tytułowa kompozycja pełna mocnego riffowego grania rozkłada na łopatki. Kompozycja jest na tyle nowoczesna i uniwersalna, że w koncertowym repertuarze utrzymała się aż do 2003 roku. Sięgnięto po nią również podczas okazjonalnych koncertów w 2008 roku. Drugi z kolei to fenomenalna ballada „Fallen Angel” rozpoczynająca się tajemniczymi dźwiękami. Przez lata myślałem, że jest to fragment jakiejś koncertowej improwizacji. Okazało się jednak, że dźwięki wygenerował anonimowy muzyk. „Fallen Angel” rozwija się powoli, pęcznieje, kumuluje się w sobie. Również ten utwór wywiera piorunujące wrażenie. Należy pamiętać, że główny riff został zaprezentowany na scenie podczas pierwszego koncertu tego składu w 1972 roku w Zoom Club. Wetton dorzucił natomiast kilka dźwięków zagranych kiedyś w zespole Family. Trzeci w kolejce „One More Red Nightmare” wypada w tym towarzystwie najbardziej blado. Oczywiście to nie jest zła kompozycja, ale zawsze wydawało mi się, że czegoś jej brakuje. Fajny riff, ciekawe sola instrumentów dętych, świetna gra Bruforda na bębnach… Niemniej jednak poziom troszkę niższy niż reszta płyty.
Drugą stronę albumu otwiera zapis koncertowej improwizacji nagranej 30 czerwca w Providence. Na albumie umieszczono wyedytowany fragment. Oryginalnie utwór trwał prawie dziesięć minut. Wycięto również sporą część partii Davida Crossa. Może zespół był wtedy w fazie rozpadu, ale tutaj kompletnie tego nie słychać. Fenomenalne zgranie, intuicja, mnóstwo ciekawych pomysłów. To jedna z najlepszych improwizacji tego składu. W pierwszej dziesiątce znalazłaby się bez problemu. No a na koniec „Starless” bazujący na kompozycji Wettona. Utwór był regularnie ogrywany podczas wiosennej trasy. Cóż można napisać o tym utworze? Że po tylu latach nadal jest piękny? Że pomimo swej patetyczności nie jest śmieszy? Doskonałe zwięczenie kolejnego etapu w twórczości King Crimson.
O tej płycie pisze się równie ciężko jak o „In The Court Of The Crimson King”. Wszyscy znają, wielu ceni, nie ma się za bardzo co mądrować.
Tak, to chyba moja ulubiona płyta studyjna tego zespołu.

Ocena: *****

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Ostatnio zmieniony sob, 25 czerwca 2011 08:44:24 przez pilot kameleon, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 czerwca 2011 23:48:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
...zgadzam się z pilotem ! :D

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 25 czerwca 2011 08:43:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
USA (1975)
Obrazek
Po wydaniu „Red” zespół się rozpadł. Frippowi zespół nie był już potrzebny. Nauki Gurdżijewa starczały za wszystko. Wytwórnia EG zwróciła się jednak do niego z prośbą, by przygotował materiał koncertowy. I tak też się stało. W kwietniu 1975 roku światło dzienne ujrzała druga oficjalna koncertówka King Crimson. Niestety przez wiele lat dzieliła los, jaki przypadł „Earthbound”. Fripp ociągał się z reedycją kompaktową. Sama płyta, pomimo, że materiał na niej zawarty jest fenomenalny nie jest najlepszą wizytówką zespołu. Największym problemem jest wyedytowanie materiału. Znów pocięte. Boli to zwłaszcza w wypadku świetnej improwizacji „Asbury Park” oraz wybornej wersji „Easy Money”. Do tego wszystkiego w trzech utworach („Larks' Tongues in Aspic (Part II)”, „Lament”, „21st Century Schizoid Man”) partie skrzypiec dograł w studiu Eddie Jobson. Przy reedycji kompaktowej niestety niewiele się zmieniło. Dodano tylko dwa utwory. Szkoda, że nie pokuszono się wtedy o wydanie całego koncertu w oryginalnej formie. Do tego doszło dopiero w grudniu 2005 roku, kiedy ruszyła strona DGM Live, skąd można pobrać materiał w formie elektronicznej. W tym ostatnim wydaniu słychać, jak fenomenalną maszyną koncertową był ten zespół.
Okaleczenie materiału jest pewnie jednym z powodów, dla których żadna koncertówka King Crimson nagrana w epoce nie zyskała statusu kultowego. Dobrze, że później ktoś się ocknął i wydał kilka innych płyt z tamtego okresu.
Ocena: ***1/2 (natomiast przy ocenie kompletnego koncertu jestem w stanie przyznać *****)

Zawartość płyty:
1. "Walk On...No Pussyfooting" – 0:35
2. "Larks' Tongues in Aspic (Part II)" – 7:03
3. "Lament" – 4:21
4. "Exiles" – 7:09
5. "Asbury Park" – 7:06
6. "Easy Money" – 6:41
7. "21st Century Schizoid Man" – 8:40

Dwa bonusowe nagrania dorzucone w wydaniu kompaktowym 30th anniversary edition:
8. "Fracture – 11:19
9. "Starless" – 14:55

Utwory 1-6 i 8-9 nagrano w Casino, Asbury Park, 28 czerwca 1974.
Utwory 7 nagrano w The Palace Theatre, Providence, USA, 30 czerwca 1974.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 26 czerwca 2011 22:41:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
The Great Deceiver (1992)
Obrazek
Z wydawniczej pustki jaka obejmowała koncertowe oblicze King Crimson dobrze zdawał sobie sprawę Fripp. Od 1991 roku zaczęły pojawiać się płyty, które miały uzupełniać „braki” w dyskografii. W 1991 roku pojawił się przekrojowy box „Frame By Frame”, natomiast rok później czteropłytowy zestaw „The Great Deceiver” już z całkowicie premierowym materiałem prezentującym dokonania sceniczne zespołu z lat 1973-1974. To wydawnictwo z miejsca zyskało status kultowego i w pewnych kręgach tak jest do dziś. Oczywiście największy wpływ na to wszystko miał fenomenalny materiał muzyczny, ale nie można zapominać o formie wydania. Spore pudełko, obszerny booklet z bardzo dużą ilością zdjęć, listą koncertów tego składu (trochę niedokładną), tekstami. Trzecią kwestią była dostępność. Przez lata ten album stał na półkach sklepowych z bardzo wysoką ceną. Później zniknął na kilka lat. Ostatnio pojawił się natomiast w ekonomicznym podwójnym wydaniu dwupłytowym, z inną okładką, bez wielkiego pudełka. Szkoda, bo opakowanie też jakby sugerowało, że jest to wydawnictwo niezwykłe. Dziś okładki wydawnictwa prezentują się tak:
Obrazek Obrazek

Mnie osobiście udało się kupić ten box w oryginalnym wydaniu całkowicie przez przypadek. W 2002 roku byłem w Toruniu i w jakimś komisie płytowym wypatrzyłem ten album. Cena była jednak jak dla mnie zaporowa. Jakiś czas później kolega doniósł mi, że zestaw nadal jest dostępny. Tym razem byłem przy gotówce, więc postanowiłem sobie sprawić to cudo. Nie żałuję.
Całość prezentuje się tak:
[to nie są zdjęcia mojego egzemplarza]
Obrazek ObrazekObrazek

Obrazek

Nagrania zostały zarejestrowane w sześciu miejscach. Dwa pochodzą z jesieni 1973 roku, reszta z czerwca 1974 roku. Tylko jeden koncert został tu umieszczony w całości, ale dzięki ładnemu przykrojeniu repertuaru na potrzeby wydawnictwa materiał znacznie się zdynamizował. Dotyczy to zwłaszcza improwizacji umieszczonych tutaj dość hojnie. I bardzo dobrze. Ciężko będzie omówić te cztery płyty unikając powtórzeń. Wszak materiał pochodzi z jednego okresu i jest wiele utworów pojawiających się po kilka razy. Zespół jest jednak w świetnej formie i tam gdzie tylko można szykuje niespodzianki. Do tego wszystkiego należy nadmienić, że jakość nagrań jest wzorowa.

Disc 1: Things Are Not as They Seem...
Obrazek
Recorded at the Palace Theatre, Providence, USA, June 30, 1974.
1. "Walk On ... No Pussyfooting"– 0:52
2. "Larks' Tongues in Aspic, Part Two" – 6:12
3. "Lament" – 4:04
4. "Exiles" – 7:00
5. "A Voyage to the Centre of the Cosmos" – 14:41
6. "Easy Money" – 7:14
7. "Providence" – 9:47
8. "Fracture" – 10:47
9. "Starless" – 11:56

Pierwszy dysk zawiera nagrania z Providence z 30 czerwca 1974 roku. To przedostatni koncert tego składu. Po krótkim intro uderza „Larks Tongues In Aspic Part II”. Potężne wejście typowe dla koncertów z tamtego okresu. Po pierwsze trzeba się zatrzymać przy brzmieniu. Jest wyjątkowe, bardziej drapieżne niż na płytach studyjnych. Przesterowany bas Wettona brzmi niesamowicie. Do tego Bruford, który operuje nie tylko podstawowym zestawem, ale często sięga po przeszkadzajki. Brakowało mu Muira, więc w jakiś sposób się w niego wcielił. Do tego Cross. Nie słyszę, by nie mógł się odnaleźć w tej muzyce. Gdy jest już bardzo głośno przesiada się na mellotron. Mellotron obsługuje również Fripp. A gdy lider sięga po gitarę, to słychać, że jest w doskonałej formie. Ten zespół w tamtym okresie był doskonałą maszynką koncertową. I to słychać. Zespół był świetnie zgrany i mógł sobie pozwolić na bardzo wiele. Drugi w kolejce jest „Lament”. Ten utwór raczej nigdy nie przynosił niespodzianek interpretacyjnych. Jest potężnie. Dalej jest „Exiles”, ballada Crossa. Tym razem pozbawiona wstępu improwizowanego wstępu, w jaki bywała niejeden raz zaopatrywana. Następnie przechodzimy do monstrualnej improwizacji, która wiedzie nas do samego centrum kosmosu. To prawie 15 minut cudownej podróży w nieznane. Końcówka scenicznego istnienia King Crismon przyniosła znów powrót do nieco dłuższych improwizacji. Drugim swobodnym fragmentem jest „Providence” w wyedytowanej formie znajdujący się na „Red”. Trudno polemizować z tym, że całość została przycięta i że wykastrowano część partii Crossa. Skrócenie było spowodowane tym, że mroczna część w pewnym momencie przechodzi w nieco funkowy fragment. Ale dlaczego na „Red” wycięto Crossa? Do teraz nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Pomiędzy tymi improwizacjami jest czarny koń, czyli „Easy Money”. Ta kompozycja zaskakuje mnie w każdej odsłonie. W części instrumentalnej dzieje się bardzo wiele, ale panowie nie tracą kontaktu ani ze sobą, ani z słuchaczami. Dwa kolejne utwory to „Fracture” oraz „Starless”. Bardzo fajne wersje. Tym, którzy lubią ostatni utwór z płyty „Red” polecam kontakt z wykonaniem koncertowym. W zarysie bardzo podobnym, ale znacznie surowszym, pozbawionym oczywiście instrumentów dętych. W tym miejscu kończy się dysk pierwszy. Cały koncert niestety się nie zmieścił, ale jego kontynuację mamy na samym początku drugiej płyty. Na bis dostajemy „Schizofrenika”. Bardzo fajnie ten skład grał ten utwór. Potem już tylko outro i przechodzimy do kolejnego koncertu.

Disc 2: Sleight of Hand (or Now You Don't See It Again) and...
Obrazek
Tracks 1-2 recorded at the Palace Theatre, Providence, USA, June 30, 1974.
Tracks 3-11 recorded at the Glasgow Apollo, Glasgow, UK, October 23, 1973.
Tracks 12-13 recorded at Pennsylvania State University, State College, USA, June 29, 1974.
1. "21st Century Schizoid Man" – 7:32
2. "Walk off from Providence ... No Pussyfooting – 1:15
3. "Sharks' Lungs in Lemsip" – 2:31
4. "Larks' Tongues in Aspic, Part One" – 7:25
5. "Book of Saturday" – 2:49
6. "Easy Money" – 6:43
7. "We'll Let You Know" – 4:54
8. "The Night Watch" – 4:54
9. "Tight Scrummy" – 8:27
10. "Peace: A Theme" – 1:01
11. "Cat Food" – 4:14
12. "Easy Money" – 2:19
13. "...It Is for You, but Not for Us" – 7:25

Po dwóch kawałkach, które nie zmieściły się na dysku pierwszym cofamy się do koncertu z 23 października 1973 roku z klubu Apollo w Glasgow. „Sharks' Lungs in Lemsip” wyraźnie wprowadza w pierwszą część „Larks Tongues In Aspic”. Wykonania tej kompozycji w kwartecie są może i nieco zubożone od strony perkusyjnej, ale Bruford radzi sobie na dwóch etatach bezproblemowo. Kompozycja jest oczywiście trochę krótsza niż w wersji studyjnej. „Book Of Saturday” na koncertach niczym nie zachwycał. To raczej chwila przerwy od rytmicznych zawijańców. W tym zestawie czterech płyt ta kompozycja pojawia się tylko raz. „Easy Money” po raz kolejny w elektryzującej wersji. Utwór w pewnym momencie przenika w znaną z płyty „Starless And Bible Black” improwizowaną kompozycję „We’ll Let You Know”. Zawsze rozbrajała mnie swoboda rytmiczna tego utworu. Ta wersja jest nieco dłuższa niż ta zawarta na „SABB”. Pominięto sam finał, gdzie głównie mamy charakterystyczne „plumkanie”. Kolejnym kawałkiem jest „The Night Watch”. Niestety pierwsza część tego utworu pochodzi z tego występu, drugą zaczerpnięto z koncertu w Zurichu, z czwartej płyty. Wynikało to z technicznych problemów. Mimo wszystko trochę szkoda. „Tight Scrummy” to kolejna improwizacja. Trochę nietypowa, ale przez to niezwykle intrygująca. Wykorzystano w niej jakiś prymitywny automat perkusyjny. Maszyna podaje prosty rytm, dzięki czemu Bruford może operować przeszkadzajkami i gongami nie martwiąc się o perkusyjny rdzeń. Reszta muzyków kręci się dookoła tej syntetycznej powtarzalności. W okolicy piątej minuty maszyna cichnie. Reszta improwizacji jest bardzo spokojna, choć na samym końcu panowie pozwalają sobie na swoisty „ending”. Po tym smacznym kąsku pojawiają się dwie perełki. Ten skład prócz „Schizofrenika” nie grał utworów z wcześniejszych płyt. Kilka razy jednak pozwolił sobie na powrót do drugiej płyty. „Peace – a Theme” przechodzące w „Cad Food” brzmi potężnie. Czuć, że sekcja jest o kilka ton cięższa niż na „In The Wake Of Poseidon”, Wetton śpiewa mniej zrozumiale, ale to nie przeszkadza. Również Cross potrafi elegancko odnaleźć się w tym kawałku. Koncert z Glasgow nie został umieszczony w całości na tej płycie. Jeśli kogoś interesowałaby całość, musi zerknąć na stronę DGM Live.
Finał płyty zawiera dwa (a może jedno?) nagranie z Penn State University z 29 czerwca 1974 roku. Jest to wyjątkowo ciekawa wersja „Easy Money”, gdzie po pierwszej zwrotce muzycy tak zapamiętują się w graniu, że do finałowej klamry już nie dochodzą. Podobna zagrywka miała miejsce w Asbury Park dzień wcześniej. Po wyciszeniu Fripp zwraca się tylko do osoby nagrywającej, że teraz jest odpowiedni moment, by zmienić taśmę. Na dysku trzecim pojawią się jeszcze fragmenty tego koncertu, a jeśli ktoś chciałby poznać całość po raz kolejny musi zerknąć na DGM Live.

Disc 3: ...Acts of Deception (the Magic Circus, or Weasels Stole Our Fruit)
Obrazek
Tracks 1-11 recorded at the Stanley Warner Theatre, Pittsburgh, USA, April 29, 1974.
Tracks 12-13 recorded at Pennsylvania State University, State College, USA, June 29, 1974.
1. "Walk On ... No Pussyfooting" – 1:15
2. "The Great Deceiver" – 3:32
3. "Bartley Butsford" – 3:13
4. "Exiles" – 6:23
5. "Daniel Dust" – 4:40
6. "The Night Watch" – 4:18
7. "Doctor Diamond" – 4:52
8. "Starless" – 11:36
9. "Wilton Carpet" – 5:52
10. "The Talking Drum" – 5:29
11. "Larks' Tongues in Aspic, Part Two" (abbreviated) – 2:22
12. "Applause and announcement" – 2:19
13. "Is There Life Out There?" – 11:50

Dysk trzeci rozpoczyna się zapisem koncertu ze Stanley Warner Theatre w Pittsburghu z 29 kwietnia 1974 roku. Po krótkim intro autorstwa Frippa i Eno wskakuje dynamiczny „The Great Deceiver”, który dał tytuł całemu wydawnictwu. Oszust dokazuje. „Bartley Butsfort” jest rozbiegiem prowadzącym do „Exiles”. Z kolei swobodny „Daniel Dust” przywodzi na myśl zwiewne „Trio”. Ten sam nastrój, ta sama zaduma i nostalgia. „The Night Watch” jest pięknym przedłużeniem tego klimatu. Sporą niespodzianką jest „Doctor Diamond”, utwór regularnie pojawiający się na koncertach w tamtym okresie, ale nie umieszczony na żadnej płycie. Charakterem przypomina on kompozycję „The Great Deceiver”. Dynamiczny, mocno zrytmizowany choć przełamany delikatnym fragmentem. Zdecydowanie nie jest to wypełniacz, a na pewno jedna z lepszych kompozycji tego składu. „Starless” pojawia się w typowej wersji koncertowej. Bardzo fajne solo na skrzypcach. Końcówka koncertu to klasyczna sekwencja w postaci improwizacji, „The Talking Drum” oraz finalnego „Larks Tongues In Aspic Part Two”. Ostatni utwór tym razem w mocno przyciętej wersji.
Dwa ostatnie utwory z płyty pochodzą z Penn State University z 29 czerwca 1974 roku. Prócz zapowiedzi mamy kolejną wielowątkową improwizację. Sekcja rytmiczna łapie w kleszcze i nie odpuszcza przez ponad 10 minut. Fripp z Crossem również mają sporo do zaproponowania. Jeśli ktoś ceni takie utwory jak „Starless And Bible Black” lub „Providence” będzie zadowolony. Tutaj chodzi dokładnie o to samo.

Disc 4: ...But Neither are They Otherwise
Obrazek
Tracks 1-4 recorded at Massey Hall, Toronto, Canada, June 24, 1974.
Tracks 5-12 recorded at the Volkshaus, Zürich, Switzerland, November 15, 1973.
1. "The Golden Walnut" – 11:14
2. "The Night Watch" – 4:22
3. "Fracture" – 10:48
4. "Clueless and Slightly Slack" – 8:36
5. "Walk On ... No Pussyfooting" – 1:00
6. "Some Pussyfooting" – 2:23
7. "Larks' Tongues in Aspic, Part One" – 7:41
8. "The Law of Maximum Distress, Part One" – 6:31
9. "The Law of Maximum Distress, Part Two" – 2:17
10. "Easy Money" – 6:57
11. "Some More Pussyfooting" – 5:50
12. "The Talking Drum" – 6:05

Dysk czwarty skrywa w sobie najsmaczniejsze kąski. Po ponad trzech godzinach odsłuchów można by się było spodziewać lekkiego zmęczenia materiału. Nic takiego jednak się nie dzieje. Pierwsze cztery utwory zostały nagrane w Massey Hall w Toronto 24 czerwca 1974 roku, czyli mniej więcej w tym samym okresie, co większość materiału z tego wydawnictwa. „The Golden Walnut” oraz „Clueless And Slighty Slack” to dwie długometrażowe improwizacje. Pierwsza z nich gwałtowna, pełna rytmicznej mocy, z ciekawym solem na instrumentach klawiszowych zagranym przez Crossa. W drugiej z improwizacji prym wiedzie Cross i jego skrzypce. Od samego początku to on wyznacza ścieżkę po której kroczy reszta muzyków. Pomiędzy dwoma improwizacjami znajduje się „Night Watch” i „Fracture” w wersjach nie odbiegających za bardzo od oryginału. Nie wszędzie jednak było miejsce na swobodę. Struktura „Fracture” nie pozwalała na to, by coś w niej modyfikować, więc wszystkie wykonania koncertowe są do siebie podobne.
Powyższe cztery nagrania zostały zarejestrowane właściwie na tydzień przed ostatnim koncertem. I nic nie wskazuje, jakoby w zespole działo się źle. Zespół jest świetnie zgraną maszynką, gdzie wszyscy muzycy znajdują się na tych samych prawach. Cross, bo jego osoba może budzić wątpliwości, również.
Reszta płyty to powrót do listopada 1973 roku. Znów klasyczne intro przeradzające się w swobodny wstęp do „Larks Tongues In Aspic Part One”. Kolejne dwie improwizacje należą do ścisłego grona moich faworytów. Pierwotnie pomiędzy nimi znajdował się „The Mincer” zamieszczony na „Starless And Bible Black”. Tutaj niestety bezczelnie go wycięto, choć osiągnięty efekt wcale nie daje powodów do narzekań. A jak ktoś chce usłyszeć, jak koncert wyglądał bez zabiegów korygujących może sięgnąć po płytę wydaną w serii KCCC. „Easy Money” nie przynosi zaniżenia poziomu. Co ciekawe, ten utwór w każdym wykonaniu niesie w sobie jakąś świeżość. Mogłoby się wydawać, że powtórzony czterokrotnie w pewnym momencie zacznie nudzić. Tak jednak się nie dzieje. Inne studyjne kompozycje umieszczone w takim natężeniu raczej by się nie obroniły. Następna improwizacja pod tytułem „Some More Pussyfooting” poprzedzająca “The Talking Drum” to kolejna porcja esencjonalnego grania. Tym razem zespół wkracza w rejony „plumkania” oraz zmian przesuwu taśmy w mellotronie i robi to w tak fascynujący sposób, że mógłbym tego słuchać bez końca! Przejście do „Talking Drum” to łatwizna, a ucięcie tej kompozycji w momencie największego natężenia uświadamia, że coś nie zostało zagrane, że chciałoby się więcej…

Ciężko pisać o improwizacjach, które stanowią o wyjątkowości tego składu. Muzycy osiągnęli taki stopień współgrania i wzajemnego zrozumienia, że swobodne fragmenty można niejednokrotnie brać za przygotowane specjalnie utwory. W tym momencie jest idealne miejsce by przeprowadzić małą typologię improwizacji King Crimson z tego okresu. Oczywiście to tylko bardzo prosty podział. I nie jedyny. Najłatwiej byłoby zrobić to w zależności od tego, jaką funkcję one pełnią względem innych utworów. Według takiego klucza improwizacje dzielą się na:
- samodzielne, nie będące w jakikolwiek sposób związane z utworami znajdującymi się przed i po niej. Najlepszymi przykładami będą „A Voyage to the Centre of the Cosmos”, „Providence”, „Is There Life Out There?”, „The Golden Walnut”, „Clueless and Slightly Slack”, „Starless And Bible Black” czy też obie części „The Law of Maximum Distress”. O ich niezależności świadczy również czas ich trwania, zazwyczaj wynoszący ponad 6 minut, choć nie jest to reguła. W tym wypadku można wytypować improwizacje unikalne oraz powtarzalne (czy to jeszcze jest improwizacja?). Nie znam wszystkich koncertów tego składu, ale do pierwszej grupy zaliczyłbym utwory wymienione wyżej. Jako powtarzalne wskazałbym natomiast „Trio” (klasyczna wersja pochodzi z Amsterdamu, Concertgebouw, 23 listopada 1973, później wrócono do tego kawałka 15 marca 1974 roku w Mainz) oraz „Tight Scrummy” (Klasyczna wersja pochodzi z 23 października z klubi Apollo w Glasgow. Wcześniejszą wersję można usłyszeć na koncercie w Arlington, Texas University Of Texas, 6 października 1973 roku). Pisząc o wersji „klasycznej” mam na myśli pierwszą wydaną oficjalnie.
- improwizacje łączące. Są to kompozycje rozpościerające się pomiędzy dwoma utworami i w jakiś sposób z nimi związane. Najsilniejsze więzy są jednak pomiędzy kompozycją poprzednią. Przykład: „We'll Let You Know”, ale też troszkę na siłę oderwana od „Easy Money” „...It Is for You, but Not for Us”.
- improwizacje wstępne. Są to introdukcje do utworów. Kilka kawałków z ówczesnego repertuaru dorobiło się statusu, który wymagał wstępu. Można to zaobserwować przed „Exiles” („Bartley Butsford”), „The Talking Drum („Wilton Carpet”, „Some More Pussyfooting”) oraz „Larks Tongues In Aspic Part One” („Sharks' Lungs in Lemsip”, „Some Pussyfooting”). We wszystkich tych przypadkach w improwizacji wstępnej słychać zazwyczaj elementy nadchodzącej kompozycji.

„The Great Deceiver” został kiedyś nazwany „Starym Testamentem” King Crimson („Nowy Testament” również jest, ale o nim za jakiś czas) i bezdyskusyjnie jest jednym z dwóch najlepszych wydawnictw King Crimson. Żadna płyta studyjna nie zbliża się do tego poziomu. Arcydzieło.

Ocena: *****

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 26 czerwca 2011 22:57:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 07:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Solidna robota. Dodam tylko, że pan na okładce to Wielki (The Great) Kovari...

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 27 czerwca 2011 19:17:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
„The Night Watch” (1997)
Obrazek

Obrazek
W 1997 roku, chwilę po wydaniu „Epitaph” na rynek trafiło wydawnictwo „The Night Watch”. Mniej obszerne niż poprzednik, ale w tym wypadku nie było takiej potrzeby. Na płycie znajduje się koncert z 23 listopada 1973 roku zarejestrowany w amsterdamskim Concertgebouw. Wspominałem o tym wydawnictwie pisząc o albumie „Starless And Bible Black”. Z tego koncertu zaczerpnięto sporą ilość materiału. Ci, którzy przez lata zastanawiali się, jak wyglądał cały występ mogą się teraz o tym przekonać. Pierwsza sprawa: nie został nagrany utwór otwierający, czyli „Larks Tongues In Aspic Part One”. Druga rzecz: koncert nie przynosi wielkich niespodzianek repertuarowych. Trzecia kwestia: muzycy są w doskonałej formie. Wyróżniłbym świetne jak zwykle „Easy Money”, intrygującą improwizację „Improv: The Fright Watch” przechodzącą w doskonałe „The Talking Drum”. Na bis zagrali „Schizofrenika”. Nie znam lepszego wykonania tego kawałka przez ten skład. Po czwarte: po boxie „The Great Deceiver” ta płyta nie wnosi nic nowego do obrazu tego zespołu. Nie taki jednak był cel. To jest po prostu świetny koncert, który i tak prędzej czy później ujrzałby światło dzienne. Na koniec jeszcze jedno: trochę szkoda, że w sklepowej sprzedaży nigdy nie pojawił się zapis koncertu z Muirem w składzie.

Ocena: ****1/2

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 30 czerwca 2011 21:38:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Wyszperałem w sieci cztery bardzo ciekawe recenzje płyty Jakszyka, Frippa i Collinsa. Zdecydowanie polecam lekturę:
http://67mil.blogspot.com/search?q=05+jakszyk%2C+fripp

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 01 lipca 2011 07:24:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:20:04
Posty: 14601
Skąd: nieruchome Piaski
Toś się naszperał :wink: Hmm, wystarczy przeczytać kwestionariusz pod każdą z recenzji, by wyrobić sobie zdanie na temat tej płyty. Zastanawia mnie tylko uwaga Azbesta o produkcji bimbru z moczu cukrzyków :taaaaa:

_________________
Go where you think you want to go
Do everything you were sent here for
Fire at will if you hear that call
Touch your hand to the wall at night


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 01 lipca 2011 07:41:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 18 września 2010 09:19:33
Posty: 452
Bardzo dobre i niestety, bardzo TRAFNE recenzje. Ta płyta to wielkie, monstrualne ziewniecie. Kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, pomyslałem ze to brzmi jak jakiś pieprzony Kenny G, albo któraś z płyt Niedzwieckiego z gatunku "Smooth Jazz Cafe". Gdzieś wyczytałem ze ta płyta brzmi jak TOTO -smętny, wysmakowany pop starszych panów którzy nie muszą już nic nikomu udowadniać...Gavin Harrison i Tony Levin pewnie niezle wynudzili się podczas tej sesji...no ale z drugiej strony oczywiście wszędzie (na przykład w "TR") zachwyty, bo jak tu się nie zachwycać kolejnym wielkim projektem Frippa...

Recenzja z ArtRock.pl:

http://artrock.pl/recenzje/51245/jakszyk_fripp_collins_a_scarcity_of_miracles.html


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 10 lipca 2011 10:50:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
John Wetton & Richard Palmer-James „ Monkey Business 1972-1997” (1998)
Obrazek
Richard Palmer-James, tekściarz zespołu w latach 1972-1974, oraz John Wetton wydali w 1998 roku wspólną płytę. Album jest mieszaniną utworów zebranych na przestrzeni 25 lat. Są koncertowe wykonania, są demówki, jest kilka smaczków, są również odgrzewane kotlety. Najciekawsze są nagrania, które były bazą do powstania karmazynowych szlagierów. Krótkie „Easy Money” zagrane i zaśpiewane przy akompaniamencie fortepianu. Podobnie jest podane „Book Of Saturday”. Należy dodać, że są to szkice. Przykładowo obie wersje „Starless” z epoki trwają łącznie minutę.
Na tej płycie dominuje jednak słaba muzyka. Koncertowe wykonanie „The Night Watch” i „Book Of Saturday” ocierają się o tandetę. „Doctor Diamond” jest wręcz obrzydliwy… „Rich Men Lie” to typowy popowy progrock. Taki styl dominuje niestety na tej płycie. Widać w jakim kierunku szedł Wetton. Inne jego projekty tylko potwierdzają, że nie była to najlepsza droga. Powodów do dumy nie ma, ale warto sięgnąć po ten album, by wyłuskać z niego najcenniejszą drobnicę, z której między innymi wykluło się tamto wcielenie King Crimson.

Ocena: **

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 10 lipca 2011 15:33:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Obrazek

Fripp & Eno „(No Pussyfooting)” (1973)
Obrazek
Debiutancki album Frippa i Eno ukazał się w listopadzie 1973 roku. Na płycie znalazły się dwie kompozycje. „The Heavenly Music Corporation” (nagrana we wrześniu 1972 roku) oraz „Swastika Girl” (sierpień 1973). Nagrania powstały dzięki specjalnej technice nagrywania wymyślonej przez Eno. Gitara została sprzężona z dwoma magnetofonami połączonymi pętlą taśmy. Każdy wyemitowany przez gitarę dźwięk wybrzmiewa i za każdym kolejnym razem wraca coraz ciszej i ciszej. Tak powstały słynne frippertronics. Jeden ze znaków rozpoznawczych Roberta Frippa. „No Pussyfooting” wypełnia muzyka ambientowa, spokojna, w całości instrumentalna. Pełno tutaj delikatnych, eterycznych dźwięków, pastelowych krajobrazów, choć Frippowi zdarza się czasem zagrać dynamiczniej. Ta muzyka świetnie wpływa na wyobraźnię. Jeśli ktoś jest otwarty na eksperymenty z dźwiękiem, powinien koniecznie sięgnąć po ten album, natomiast jeśli ktoś chciałby usłyszeć piosenki, może poczuć się bardzo rozczarowany.
Fragment tej płyty był wykorzystywany jako intro koncertowe w latach 1973-1974. W reedycji płyty z 2008 roku możemy posłuchać obu kawałków nagranych… od tyłu. Dodatkowo można się rozkoszować „The Havenly…” w wersji… zwolnionej o połowę.
Ocena: ****

„Evening Star” (1975)
Obrazek
Dwa lata później pojawiła się kolejna płyta. Bardzo podobna do debiutu. Pierwsza strona jest chyba troszkę bardziej „melodyjna”, choć to nie jest najlepsze słowo. Tym razem panowie zaproponowali cztery krótsze i jedną długą kompozycję. Włączyć i zatopić się w pejzażach muzycznych.
Ocena: ***2/3

„The Equatorial Stars” (2004)
Obrazek
Minęło 29 lat. Ambient nadal w natarciu. Te same składniki, ci sami ludzie. Ciężko pisać o tej muzyce. Płynie jak chmury na niebie. Płytę można ocenić na wiele sposobów. Słuchanie wszystkich wydawnictw Frippa i Eno sprawia, że te płyty zaczynają się zlewać w jedną całość. Decydując się na odsłuch jednego albumu możemy przyznać mu notę znacznie wyższą.
Ocena: ***

„The Cotswold Gnomes” (2006) / „Beyond Even (1992-2006)”
Obrazek Obrazek
Po lewej stronie okładka płyty dystrybuowanej elektronicznie, po prawej sprzedawanej w sklepach. Od tej płyty zacząłem swoją znajomość z tym duetem. I pamiętam, że pierwsze odsłuchy dały mi bardzo wiele satysfakcji. Oczywiście było to spowodowane moim niezorientowaniem w nurcie. Tymczasem lata mijają, a album podczas odsłuchu nadal przynosi mi radość. Płyta jest „konkretniejsza” niż poprzednie, więcej na niej mocniejszych dźwięków, więcej też mroku. Muzyka jest znacznie bardziej gęsta, dochodzą do głosu namacalne basy, często pojawiają się wyraźne bębny. A finalny „Cross Crisis In Lust Storm” to istne dźwiękowe pandemonium! Bez problem mogłoby wejść do repertuaru jakiegoś ProjeKctu. Fripp na tej płycie często używa tych samych brzmień, które były typowe dla ProjeKcts i późnego King Crimson. Według mnie po „(No Pusyfooting)” ten album jest najlepszą płytą tego duetu.
Ocena: ****

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 10 lipca 2011 16:03:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
...brawo pilot ! :D

pilot kameleon pisze:
The Great Deceiver (1992)

...miałem to kiedyś pożyczone, a disc 4 nagrałem sobie na kasetę.... co ciekawe podczas słuchania tejże kasety, jadąc z Armią na koncert do Opola mieliśmy....wypadek! Skończyło się zszywaniem głowy w szpitalu...

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 24 lipca 2011 10:12:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Robert Fripp „Exposure” [1979]
Obrazek
Co by nie pisać, jest to jedna z fajniejszych płyt okołocrimsonowych. Po chwilowej pauzie Fripp wraca do akcji. Współpracuje z Peterem Gabrielem (debiut i dwójka), powoli pracuje nad własnym materiałem. Bierze również udział w nagraniach „Heroes” Davida Bowiego. Od 1977 roku Fripp mieszka w Nowym Jorku. Jego lokum znajduje się dwie przecznice od CBGB. W tych wszystkich produkcjach ewidentnie czuć, że artysta jest świadomy tego, że idzie nowe. Nowe instrumenty, nowe środki wyrazu, inna produkcja. Czuć, że punk rock nie został puszczony mimo ucha. No i do tego dochodzą dobre utwory.
Płyta miała nosić tytuł „The Last Of The Great New York Hart-Throbs”. Ostatecznie nazwaną ją jednak „Exposure”. Do jej nagrania zostało zaproszonych wielu muzyków. Wśród wokalistów można wymienić Hammilla, Halla (miał śpiewać znacznie więcej utworów, lecz nie wyraziła na to zgody jego wytwórnia) czy Gabriela. Przy syntezatorach pomagał Eno, basował Levin, a perkusję obsługiwali Jerry Marotta i Phil Collins. „Exposure” jest częścią nieformalnej trylogii, w której skład wchodziły „Sacred Songs” Daryl Halla i „dwójka” Peter Gabriela.
Na albumie znajduje się sporo ciekawej muzyki. Są to zarówno dźwiękowe pasaże, jak i zwykłe kompozycje. W „You Burn Me Up…” jest zwyczajnie rock’n’rollowo, choć gitarowa ściana dźwięku odciąga nieco uwagę od tej stylistyki. W „Breathless” riff jest żywcem wzięty z tytułowej kompozycji z płyty „Red”. „Disengage” wykrzykuje w wielkiej furii Hammill. Tutaj tej pojawiają się echa dawnego King Crimson, ale nie tak oczywiste jak w utworze poprzednim. Kolejny kawałek „North Star” (wokal Hall) zapowiada już kolejne wcielenie Karmazynowego Króla. Czuć w nim „Matte Kudasai”. W „Chicago” bluesuje Hammill, choć nie jest to wzorzec stylu. Frippertronics atakują zewsząd, wprowadzając dość nerwową atmosferę. „NY3” to połączenie frippowych pajęczynek z konkretnym noisem, a inspiracją był „Foxy Lady” z dorobku Hendrixa. Tytułowa kompozycja jest znana z drugiej płyty Petera Gabriela. Tam jednak nie było damskiego wokalu skierowującego całość w kierunku muzyki soul. Wiele utworów na tej płycie ma charakter eksperymentalno-ilustracyjny. Pod koniec pojawia się Peter Gabriel i sam z akompaniamentem fortepianu śpiewa „Here Comes The Flood”.
Płyta przypomina kalejdoskop. Co kompozycja to zmiana klimatu i właściwie zawsze niespodzianka. Za każdym razem fascynująca. Bardzo mocna pozycja. Niestety „Exposure” jest jedyną taką płytą w dorobku Frippa. Późniejszy dorobek poszedł w innym kierunku.

Ocena: ****

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18 ... 31  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group