Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 kwietnia 2026 11:57:17

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17 ... 31  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 12 czerwca 2011 08:57:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
A ile z tego poznałeś?

Ponad 30. Potem już nie śledziłem. Ale spox, na potrzeby wątku przybliżę zawartość wszystkich tych płyt. Przynajmniej taki jest plan.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 12 czerwca 2011 09:01:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
Ambitnie, super :) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 12 czerwca 2011 18:50:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Fields „Fields” (1971)
Obrazek
Teraz ciekawostka. Andy McCulloch jest chyba najmniej rozpoznawalnym muzykiem, który grał w King Crimson. I z tego powodu dwa słowa o tym, co porabiał po sesji „Lizard”.
Fields jest ciekawym, efemerycznym trio założone przez Grahama Fielda, który grał na instrumentach klawiszowych na pierwszych dwóch albumach Rare Bird. Do składu dobrany został Andy McCulloch oraz Alan Barry. Widać jednak kto jest liderem. Tej płycie znacznie bliżej do Rare Bird niż do King Crimson. Album wypełnia spora ilość utworów spowitych w fajnym brzmieniu organów Hammonda. To takie typowe progresywne granie z początku lat siedemdziesiątych z Anglii. Zespół nie zdobył wielkiej popularności i chwilę po nagraniu płyty rozpadł się. McCulloch przeszedł do Greensdale. Obecnie ponoć zajmuje się żeglarstwem. Co się stało z resztą? Nie wiadomo…
Ocena: ***1/4

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 12 czerwca 2011 20:18:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Michael Giles „Progress” (1978/2002)
Obrazek
Kolejna ciekawostka. Nagrana w 1978 roku płyta ujrzała światło dzienne 24 lata później. Na płytę składa się 12 utworów, którym najbliżej byłoby do twórczości McDonald & Giles. Ten sam głos, to samo podejście od rytmiki. Jest jednak trochę bardziej nowocześnie, czasem czuć nadchodzące lata osiemdziesiąte. Jest też o wiele prościej. Zwłaszcza funkowe zagrywki basu. Zdarzają się fragmenty kojarzące się z prościutkim fusion. Dotyczy to zwłaszcza momentów, kiedy pojawiają się instrumenty klawiszowe. Na dłuższą metę takie granie jednak nudzi. Brakuje w tym wszystkim naturalności. Głos Gilesa również nie należy do tych, które są balsamem dla uszu, więc czasem bywa trudno. Prostota gryzie się tutaj z ambitniejszym graniem.
Ocena: **3/4

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 12 czerwca 2011 21:13:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
:shock:

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 18 czerwca 2011 22:12:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Wybiegamy w bardzo odległą przyszłość. Powód jest jeden: zespół o nazwie 21st Century Schizoid Band. Dziwny twór. W skład formacji wchodzą Michael Giles (2002-2003), Peter Giles, Ian McDonald, Mel Collins, Jakko Jakszyk oraz Ian Wallace (2003-2007). Czyli oryginalny kowerband! Przez lata trwały próby wskrzeszenia pierwszego składu, Fripp wielokrotnie odmawiał, bo ciągle aktywny King Crimson penetrował nowe tereny i nadal był bardzo oryginalnym zespołem. Reszta muzyków poradziła sobie w inny sposób. Koledzy zatem zatrudnili sprawnego gitarzystę, który w miarę dobrze śpiewa [później się to zmieni] i odpalili maszynę koncertową. W międzyczasie jeden perkusista został zastąpiony przez drugiego, ale bez utraty wiarygodności. Panowie zjeździli świat, wydali kilka koncertów, ale w ostatnich latach [po śmierci Wallace’a] zaniechali tego procederu.

Zespół pozostawił po sobie cztery płyty na których właściwie nie ma zbyt wiele nieznanego materiału.
„Official Bootleg Volume One” [2002]
Obrazek
„Official Bootleg Volume One” jest materiałem studyjnym nagranym w 2002 roku. Panowie oczywiście grają utwory King Crimson z pierwszej, drugiej i czwartej płyty. Czy są to jakieś zaskakujące wykonania? Nie. Czy coś mnie zaskoczyło? Tak. „In The Court Of The Crimson King” z syntezatorem wywołuje wymioty… Na minus można również zaliczyć odgrywanie znanych utworów w sposób niezwykle zbliżony do oryginałów. Nic z tego nie wynika. Po stokroć bardziej wolę posłuchać archiwalnych nagrań King Crimson. Cóż z tego, że gorsza jakość, że nawet wykonania zdarzają się umiarkowane. Nagrania 21st Century Schizoid Band mówią tylko tyle, że panowie przez te wszystkie lata nie znaleźli sobie swojego miejsca na scenie muzycznej i do emerytury dorabiają powrotem do twórczości King Crimson. Chociaż może to nie dziwne. Wszak nikomu z nich nie udało się szerzej zaistnieć. Ogólnie przyznaję tej płycie **, choć równie dobrze można by ją ocenić zarówno na *** jak i na *. Trzeba przyznać, że kompozycje, które wzięli na warsztat są świetne. :D
Ocena: **

„Official Bootleg Volume Two – Live In Japan” [2003],
„Official Bootleg Volume Three – Live In Italy” [2003]
Obrazek
W tym wypadku zajmujemy się edycją dwupłytową. „Volume Two” miało również swoją odsłonę DVD. Tym razem wychodzimy ze studia i gramy na żywo. I taki układ ma nieco więcej sensu niż to co działo się na pierwszej płycie. Dodatkowo materiał z płyt King Crimson został poszerzony o utwory z innych płyt. I tak pojawia się „Birdman”, solowy kawałek Gilesa, oraz dwie kompozycje z solowego albumu McDonalda. Obie płyty nie przynoszą nic nowego. Nie mogą. Na taki koncert to może bym się wybrał, ale słuchać takich koncertówek? Hmmm…
Dodać należy, że na pierwszym albumie bębnił Giles, natomiast na drugim Wallace.

Ocena:
„Official Bootleg Volume Two – Live In Japan” **
„Official Bootleg Volume Three – Live In Italy” **


„Pictures Of A City – Live In New York” [2006]
Obrazek
No to wydajemy kolejny album. Taki sam. No, może dodamy ze dwa inne kawałki, których nie było na poprzednich. „Circus” niech będzie. No a „Starless”? Dobra, jedziemy. Po co ja się męczę z odsłuchami takich rzeczy? Luz, odsłucham go wyrywkowo... Szkoda czasu.

Ocena: **

Odradzam słuchać tego materiału za jednym zamachem. Jedna płyta może jeszcze śmieszyć, ale cztery potrafią człowieka wyprowadzić z równowagi.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 19 czerwca 2011 08:27:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Crimson Jazz Trio
Obrazek Obrazek
Ian Wallace opowiadał kiedyś, że w czasach, gdy grał w King Crimson chciał być Tonym Williamem albo Elvinem Jonesem, albo jednym i drugim jednocześnie. Po przygodzie z 21st Century Schizoid Man perkusista najwyraźniej zasmakował w odgrywaniu karmazynowych kawałków i postanowił powołać do życia nowy projekt o nazwie Crimson Jazz Trio. Zaprosił do niego Tima Landersa (bas, współpracownik m.in. Ala DiMeoli, braci Breckerów, Billy'ego Cobhama, a nawet samego Gila Evansa) i Jody’ego Nardone’a (pianino, muzyk lokalnej sceny muzycznej z Nashville, współpracował z takimi muzykami jak Kevin Eubanks, Bill Frisell czy Vinnie Colaiuta, a także z Jonem Faddisem i Rufusem Reidem). Zespół wydał dwie płyty. Debiut ukazał się w 2005 roku, natomiast drugi album w 2009, już po śmierci perkusisty.
Dobór repertuaru jest znacznie szerszy niż w przypadku 21st Century Schizoid Band. Pojawiają się kompozycje z wielu okresów (z pominięciem tego, co działo się po „THRAK”). Zespół do krimzonowej materii podchodzi jak do standardów. Na tych płytach dominuje odgrywanie, ale pojawiają się również i modyfikacje.
Mnie osobiście ta muzyka nie za bardzo przypada do gustu. Wszystko wydaje mi się takie wygładzone, przyczesane, pozbawione pazura. Niemniej jednak nie pretenduje do roli arbitra w tej stylistyce. Pomimo moich wątpliwości związanych z odbiorem tej płyty zawsze żałowałem jednego. Że nikt nie zaprosił (a może się nie udało?) tego zespołu do Polski. Międzynarodowy Festiwal Perkusyjny w Opolu byłby idealny.

Ocena:
The King Crimson Songbook, Volume One **1/2
The King Crimson Songbook, Volume Two **1/2

Pamiętam, że Pet cenił kiedyś pierwszą z tych płyt. Fajnie byłoby, gdyby napisał kilka przychylniejszych słów niż ja.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 19 czerwca 2011 10:23:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
W tym momencie można by wspomnieć innych muzyków, którzy przysłużyli się w nagraniach pierwszych czterech płyt. Kilka albumów w tym miejscu mogłoby się jeszcze pojawić. Wypadałoby napisać coś o Gordonie Haskellu (formacja Fleur De Lys, w której grał przed przystąpieniem do King Crimson, późniejsze solowe płyty, które cieszą się sporą popularnością w naszym kraju). Również Ian McDonald mógłby dostać trochę więcej miejsca. W 1999 roku nagrał pierwszą i jak do tej pory jedyną swoją płytę solową „Driver’s Eye”, a pod koniec lat siedemdziesiątych grał w Foreigner. No i Mel Collins, rozchwytywany muzyk sesyjny, późniejszy członek zespołu Camel oraz wielu innych. Może kiedyś do tego wszystkiego wrócę…

Teraz wchodzimy w kolejny etap twórczości King Crimson. Dla wielu najbardziej ekscytujący. Tym razem będą to trzy płyty studyjne oraz jedna koncertówka wydana w epoce. Do tego omówię dwie kolejne oficjalne wydawnictwa koncertowe, które pojawiły się w sklepach w latach dziewięćdziesiątych. Nim jednak zabiorę się za „Larks Tongues In Aspic”, chciałbym przybliżyć jedyny album zespołu Mogul Thrash.

Mogul Thrash „Mogul Thrash” (1971)
Obrazek
Mogul Thrash został założony przez Jamesa Litherlanda po opuszczeniu przez niego składu Colloseum. Zespół istniał krótko, pozostawił po sobie jeden album długogrający. Miało na to wpływ odejście kilku muzyków. W tym Wettona, który zasilił Family, a później przeszedł do King Crimson.
Mogul Thrash elegancko wpisuje się w styl progresywnego grania. Pięknie napędzające trąby (sekcja składa się z trzech osób), fajne brzmienie gitary, świetne stosowanie efektu wah wah. Utwory długie, lekko pokomplikowane, bardzo fajna gra sekcji rytmicznej z naciskiem na basistę. Fenomenalny jest. Tak, Wetton gra tutaj w sposób bardzo podobny do tego, jaki znamy z płyt King Crimson. Może nie ma tutaj tego lekkiego przesterowania, ale czuć, że za struny pociąga właśnie on. Najlepszym przykładem niech będzie utwór długaśny „Going North, Going West”. Pełne szaleństwo! Do tego wszystkiego nie pasuje mi niestety za bardzo wokal Litherlanda. Jest zbyt miękki, za bardzo czerpiący ze stylistyki soulowej. Gdzieś tam również podśpiewuje Wetton. Jeśli słuch mnie nie myli, to można go usłyszeć w kawałku „St. Peter”. Całość produkował Brian Auger.

Ocena: ***2/3

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 20 czerwca 2011 00:11:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 26638
nie będę ściemniał, że przeczytałem powyższe teksty pilota... ale oceny przeczytałem sobie z pewną satysfakcją, jakoś mi pasują do tego zespołu 8-)

a tak w ogóle to chylę czoła!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 20 czerwca 2011 08:11:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 28620
A ja przeczytałem wszystko.
I dlatego wiem, że oceny, o których piszesz Crazy, nie odnoszą się do King Crimson 8-) .

_________________
I wonder who chose the colour scheme, it's very nice


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 20 czerwca 2011 10:27:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:33:35
Posty: 4932
pilot kameleon pisze:
Wypadałoby napisać coś o Gordonie Haskellu (formacja Fleur De Lys, w której grał przed przystąpieniem do King Crimson)


:shock: taki denny muzyk w takim (no może nie super ale dość) ciekawym bandzie?

_________________
The Hilgrims spotify


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 20 czerwca 2011 12:25:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
wiem, że oceny, o których piszesz Crazy, nie odnoszą się do King Crimson

Zdecydowanie! Nadchodzący okres w dorobku KC uważam za jeden z najlepszych. Noty tylko to potwierdzą.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 czerwca 2011 10:18:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Kolejnym przystankiem w drodze do King Crimson będzie dla Wettona zespół Family.
Powstał on w 1967 roku. Kluczowymi muzykami w składzie byli Roger Chapman i Charcie Whitney. Wetton dołącza w czerwcu 1971 roku, natomiast żegna się z zespołem sierpniu 1972 roku. Przed przystąpieniem Wettona do Family, zespół miał już na swoim koncie cztery płyty: „Music In A Doll’s Mouse” (1968), „Family Entertainment” (1969), „A Song For Me” (1970), „Anyway…” (1970). Z Wettonem nagrane zostały kolejne dwie płyty, czyli „Fearless” (1971) oraz „Bandstand” (1972). Studyjną dyskografię wieńczy „It’s Only A Move” (1973). Ten zespół jest bardzo ceniony w swojej ojczyźnie, natomiast w naszym kraju pozostaje właściwie nieznany. W sumie trochę niezasłużenie, bo była to formacja niebanalna, wyróżniająca się z całej masy zespołów tamtego czasu. W swojej muzyce łączyła bardzo wiele stylów. Od muzyki popowej i psychodelicznej tamtych lat po barokowe nawiązania. I do tego wokalista. Są fragmenty, które przypominają…. Jello Biafrę! Są też fragmenty przypominające Petera Gabriela.
Po które płyty najlepiej sięgnąć? Niektórzy twierdzą, że liczą się tylko pierwsze (z naciskiem na debiut), są też tacy, którzy wskazują na „Fearless”.
Krzywdzące jest wybiórcze potraktowanie przeze mnie dyskografii, ale na potrzeby wątku muszę to zrobić. Zespół z pewnością zasługuje na osobny temat, choć nie wiem, kto mógłby go założyć i kto potem by się tam wpisał.

Fearless (1971)
Obrazek
Utwór otwierający całą płytę, „Beetween Blue And Me”, zaskakuje jedną rzeczą. Riff pojawiający się w środku nagrania przypomina zagrywkę z późniejszego „Fallen Angel” King Crimson. Po usłyszeniu tego fragmentu byłem mocno zdziwiony. Kolejny kawałek niesie w sobie nutę knajpianego grania. Płyta jest rozstrzelona stylistycznie, poszczególne elementy niby do siebie nie pasują, ale jako całość prezentuje się zgrabnie. Są jednak momenty bardzo wciągające, jak tajemniczy „Burning Bridges”. Wetton gra na płycie na basie, czasem udziela się wokalnie („Spanish Tide”). Należy zaznaczyć, że jest tutaj mniej aktywny basowo niż w Mogul Thrash. Gdybym nie wiedział, że tu grał, to chyba bym go nie poznał.
Ocena: ***2/3 (mało osłuchany materiał, może się zmienić)

Bandstand (1972)
Obrazek
Drugi i ostatni album Family nagrany z Wettonem przyniósł spore uproszczenie muzyki. Wszystko wydaje się bardziej rock’n’rollowe, luźniejsze, ale też jednocześnie mniej trafne. Więcej też jest nawiązań do blues rocka. "Top Of The Hill" brzmi, jakby był to kawałek śpiewany przez Gabriela. Cały album jednak jest całkowicie słuchalny, niemniej jednak mniej frapujący od poprzednika.
Ocena: ***

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 czerwca 2011 11:06:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
The Music Improvisation Company, The Music Improvisation Company (1970)
Obrazek
The Music Improvisation Company powstał w 1968 roku w Londynie. W skład zespołu wchodzili Derek Bailey (guitar), Evan Parker (soprano saxophone, electric autoharp), Jamie Muir (percussion), Hugh Davies (organ, synthesizers, electronics). W okresie swojej działalności zespół pozostawił po sobie jeden album. „The Music Improvisation Company” to muzyka całkowicie improwizowana. Całkowite free, kompletne rozprężenie, odejście od wszelkich schematów, brak elementów łączących z muzyką rockową. Pewnie najbliżej stąd do free jazzu, choć pewnie awangardowa klasyka też jest tu obecna. Gra Jamiego Muira najbardziej przypomina to co muzyk zaproponował później we fragmentach pierwszego utworu na płycie „Larks Tongues In Aspic”. W ocenie tej płyty jestem właściwie bezradny. Nie potrafię ocenić takiego grania. Jest intrygująco, ale cała płyta może zmęczyć.
W 1976 roku pojawił się drugi album formacji „Music Improvisation Company 1968-1971”.
Ocena: ***


Został jeszcze Bill Bruford. W okresie przed King Crimson znany głównie z zespołu Yes. Ta formacja ma jednak swój wątek w Ocenarium, więc chętnych zapraszam raczej tam. Tutaj mogę tylko powiedzieć, że dobrze znam tylko dwa wczesne albumy tej formacji, czyli „Fragile” i „Close To The Edge”. Zdecydowanie bardziej lubię ten drugi album. Więcej w innym czasie i w innym wątku.
Obrazek Obrazek
Ocena:
„Fragile”, ***
„Close To The Edge”, ****


Edit: Zapomniałem o Davidzie Crossie. Nic znaczącego przed King Crimson nie było, więc jemu kilka chwil poświęcę później.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 czerwca 2011 14:33:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Po amerykańskiej trasie promującej płytę “Islands” zespół właściwie przestał istnieć. Fripp powoli rozglądał się za muzykami do kolejnego składu. Wettona brał już pod uwagę wcześniej, lecz ten nie zgodził się na to, by być jednym z dwóch wokalistów/basistów. Wolał odmówić, niż być jednym z wielu muzyków, którzy przemykali przez ten zespół jak meteory. Bill Bruford opuścił Yes, ekscentryczny Jamie Muir grał do tej pory w The Music Improvisation Company. Do tego wszystkiego dokoptowany został młody skrzypek, David Cross. Zespół z marszu zaczął przygotowywać nowy materiał. Chwilę później rozpoczął również intensywne koncertowanie trwające z przerwami do 1 lipca 1974 roku, kiedy to ten skład pojawił się na scenie po raz ostatni.
Pierwsze występy odbywały się w niemieckim Zoom Club (tam też scenicznie debiutował poprzedni skład). Pierwszy koncert został nagrany i wydany w serii KCCC. Materiał prezentowany w tamtym okresie składał się z roboczych wersji kompozycji, które weszły potem na „Larks Tongues In Asipc” oraz z fragmentów improwizowanych często owocujących pomysłami wykorzystywanymi później (riff „Fallen Angel” jest tego najlepszym przykładem). Z tego etapu nie ma zbyt wielu nagrań. A jeśli chcemy rozkoszować się dobrą jakością, to właściwie nie mamy w czym wybierać. Trzy płyty z serii KCCC i jeden album w wersji elektronicznej ze strony DGM Live! Znośną jakość ma tylko zapis występu telewizyjnego z Bremen.
Do tego wszystkiego dochodził sceniczny wizerunek. Tutaj najbardziej rzucał się w oczy Jamie Muir. Ekspresja sceniczna, granie na workach z liśćmi, granie na pile, plucie krwią, ale też i niesamowite wyczucie rytmiczne sprawiły, że muzyka King Crimson otworzyła się w zupełnie innym kierunku. Po nagraniu płyty (styczeń 1973, w tym samym czasie obok nad swoją solową płytą pracował Sinfield)) zespół zagrał dwa koncerty w londyńskim Marquee. Pierwszy z nich był zarazem ostatnim występem z Muirem w składzie. Jako powód odejścia podawano upuszczenie gongu na stopę. Prawda była jednak inna. Muir doświadczył wówczas duchowego przebudzenia i postanowił zrezygnować z kariery muzyka rockowego. Brufordem cała sytuacja wstrząsnęła tak, że perkusista zastanawiał się, czy dalsza gra ma sens.

Larks Tongues In Aspic (1973)
Obrazek
Album pojawił się w sklepach 23 marca 1973 roku i przyniósł muzykę znacznie odbiegającą od dotychczasowego dorobku. Muzyka przestała być bajkowa, a stała się bardziej naturalna. Tym razem Fripp zezwolił na to, by nowi koledzy w zespole również uczestniczyli w komponowaniu materiału. Każdy z nich wniósł do zespołu to co najlepszego miał do zaoferowania. Muir zaproponował niebanalność rytmiczną, wprowadzania chaosu w tle, eskapady w nieznane, Bruford wniósł dyscyplinę (tak!) do gry sekcji, równoważył zachowania Muira, choć sam posiadał niebywałe umiejętności. Wetton wreszcie uwolnił swój bas, który warczy, charczy, dudni, grzmi. Do tego zaczął śpiewać. Cross dorzucił od siebie sporo liryzmu, choć potrafił się też odnaleźć w gwałtowniejszych fragmentach. Fripp zaproponował nieco inny styl gry na gitarze. Wykluwał się on w nim powoli, był zauważalny na koncertach poprzedniego składu. Spoił też wszystko swoją osobą, oraz pozwolił na to, by zespół, który powstał nosił nazwę King Crimson. Całości dopełniły teksty Richarda Palmera Jamesa. Okładkę ozdobił rysunek księżyca i słońca połączonych w jedną całość. Różnice stworzyły nową jakość, tak jak muzycy, którzy spotkali się podczas nagrywania tej płyty.

Płytę otwiera pierwsza część tytułowej kompozycji, najdłuższy utwór na płycie. Jest to właściwie zbiór bardzo różnych elementów połączonych w jedną całość. W powstanie całości zaangażowani byli wszyscy muzycy. I słychać, kto przyniósł dany fragment kompozycji. Oczywiście wszystko zostało zaaranżowane zespołowo. Zaczyna się niepokojąco od dźwięków marimby. I konsekwentnie narasta przez kilka minut, by wybuchnąć. A po wybuchu dopiero zaczyna się prawdziwa kotłowanina. Połamana rytmika, potężne brzmienie. Bardzo mocny fragment dający wyobrażenie o tym, jak zespół prezentował się na żywo. A dalej jest już fajne przejście w temat filmowy. Zachodzi słońce, kowboj odjeżdża na swym rumaku siną w dal. Bardzo niespójna to kompozycja, nie pozbawiona jednak niebywałego uroku. Jej odsłuchanie to powiew morskiej bryzy. W repertuarze koncertowym ten utwór regularnie pojawiał się do końca 1973 roku. Po odejściu Muira był oczywiście nieco okrojony (o początek i koniec). Doskonały otwieracz koncertowych setów. W 1974 przestano go grać.
„Book of Saturday” to delikatna ballada. Krótka kompozycja przyniesiona przez Wettona. Pierwsze cztery płyty również przynosiły ballady. Były one bardzo uduchowione, podniosłe i patetyczne. Tutaj jest nieco inaczej. Przede wszystkim bardziej skromnie, bardziej przyziemnie. Trzeci utwór powstał z tematu zagranego przez Davida Crossa na pierwszej próbie. Do tego można usłyszeć tutaj echa improwizacji pod tytułem „Mantra”, którą zespół miał w swoim koncertowym repertuarze w 1969 roku. Początkowe odgłosy to przetworzone dźwięki pocieranych dłonią szklanych naczyń. Drugą stronę winylowego wydania otwierał mocny „Easy Money”. Głowny riff przyniósł Wetton, sporo dorzucił Fripp. Mnóstwo w tej kompozycji dźwięków pobocznych. Muir ostro się napracował. Ta kompozycja zyskiwała znacznie bardziej w wykonaniach koncertowych. Kto wie, czy nie był to najlepszy utwór tego składu do grania na żywo? Po „Easy Money” następuje wyciszenie. Zaczyna się bardzo cicho. Brzęczą pszczoły. Muir znów generuje nieziemskie dźwięki. Kompozycja narasta, przeplatają się solówki gitary i skrzypiec, sekcja podaje niezmienny rytm. Odzywa się Afryka. Z eksplozji wyłania się „Larks Tongues In Aspic part II”. Mocarne wejście gitary, obłędny bas i piękne solo skrzypiec. Kompozycja wybrzmiewa powoli. I jest na tyle ważna w dorobku tego zespołu, że w repertuarze koncertowym utrzymywała się aż do 1996 roku. Winylowe wydanie kończyły słowa Bruforda: „Czy mogę zagrać jeszcze raz? Proszę.” Niestety w wydaniu kompaktowym jej nie uświadczymy.

Ocena: ****1/2

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 461 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17 ... 31  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group