Po amerykańskiej trasie promującej płytę “Islands” zespół właściwie przestał istnieć. Fripp powoli rozglądał się za muzykami do kolejnego składu. Wettona brał już pod uwagę wcześniej, lecz ten nie zgodził się na to, by być jednym z dwóch wokalistów/basistów. Wolał odmówić, niż być jednym z wielu muzyków, którzy przemykali przez ten zespół jak meteory. Bill Bruford opuścił Yes, ekscentryczny Jamie Muir grał do tej pory w The Music Improvisation Company. Do tego wszystkiego dokoptowany został młody skrzypek, David Cross. Zespół z marszu zaczął przygotowywać nowy materiał. Chwilę później rozpoczął również intensywne koncertowanie trwające z przerwami do 1 lipca 1974 roku, kiedy to ten skład pojawił się na scenie po raz ostatni.
Pierwsze występy odbywały się w niemieckim Zoom Club (tam też scenicznie debiutował poprzedni skład). Pierwszy koncert został nagrany i wydany w serii KCCC. Materiał prezentowany w tamtym okresie składał się z roboczych wersji kompozycji, które weszły potem na „Larks Tongues In Asipc” oraz z fragmentów improwizowanych często owocujących pomysłami wykorzystywanymi później (riff „Fallen Angel” jest tego najlepszym przykładem). Z tego etapu nie ma zbyt wielu nagrań. A jeśli chcemy rozkoszować się dobrą jakością, to właściwie nie mamy w czym wybierać. Trzy płyty z serii KCCC i jeden album w wersji elektronicznej ze strony DGM Live! Znośną jakość ma tylko zapis występu telewizyjnego z Bremen.
Do tego wszystkiego dochodził sceniczny wizerunek. Tutaj najbardziej rzucał się w oczy Jamie Muir. Ekspresja sceniczna, granie na workach z liśćmi, granie na pile, plucie krwią, ale też i niesamowite wyczucie rytmiczne sprawiły, że muzyka King Crimson otworzyła się w zupełnie innym kierunku. Po nagraniu płyty (styczeń 1973, w tym samym czasie obok nad swoją solową płytą pracował Sinfield)) zespół zagrał dwa koncerty w londyńskim Marquee. Pierwszy z nich był zarazem ostatnim występem z Muirem w składzie. Jako powód odejścia podawano upuszczenie gongu na stopę. Prawda była jednak inna. Muir doświadczył wówczas duchowego przebudzenia i postanowił zrezygnować z kariery muzyka rockowego. Brufordem cała sytuacja wstrząsnęła tak, że perkusista zastanawiał się, czy dalsza gra ma sens.
Larks Tongues In Aspic (1973)
Album pojawił się w sklepach 23 marca 1973 roku i przyniósł muzykę znacznie odbiegającą od dotychczasowego dorobku. Muzyka przestała być bajkowa, a stała się bardziej naturalna. Tym razem Fripp zezwolił na to, by nowi koledzy w zespole również uczestniczyli w komponowaniu materiału. Każdy z nich wniósł do zespołu to co najlepszego miał do zaoferowania. Muir zaproponował niebanalność rytmiczną, wprowadzania chaosu w tle, eskapady w nieznane, Bruford wniósł dyscyplinę (tak!) do gry sekcji, równoważył zachowania Muira, choć sam posiadał niebywałe umiejętności. Wetton wreszcie uwolnił swój bas, który warczy, charczy, dudni, grzmi. Do tego zaczął śpiewać. Cross dorzucił od siebie sporo liryzmu, choć potrafił się też odnaleźć w gwałtowniejszych fragmentach. Fripp zaproponował nieco inny styl gry na gitarze. Wykluwał się on w nim powoli, był zauważalny na koncertach poprzedniego składu. Spoił też wszystko swoją osobą, oraz pozwolił na to, by zespół, który powstał nosił nazwę King Crimson. Całości dopełniły teksty Richarda Palmera Jamesa. Okładkę ozdobił rysunek księżyca i słońca połączonych w jedną całość. Różnice stworzyły nową jakość, tak jak muzycy, którzy spotkali się podczas nagrywania tej płyty.
Płytę otwiera pierwsza część tytułowej kompozycji, najdłuższy utwór na płycie. Jest to właściwie zbiór bardzo różnych elementów połączonych w jedną całość. W powstanie całości zaangażowani byli wszyscy muzycy. I słychać, kto przyniósł dany fragment kompozycji. Oczywiście wszystko zostało zaaranżowane zespołowo. Zaczyna się niepokojąco od dźwięków marimby. I konsekwentnie narasta przez kilka minut, by wybuchnąć. A po wybuchu dopiero zaczyna się prawdziwa kotłowanina. Połamana rytmika, potężne brzmienie. Bardzo mocny fragment dający wyobrażenie o tym, jak zespół prezentował się na żywo. A dalej jest już fajne przejście w temat filmowy. Zachodzi słońce, kowboj odjeżdża na swym rumaku siną w dal. Bardzo niespójna to kompozycja, nie pozbawiona jednak niebywałego uroku. Jej odsłuchanie to powiew morskiej bryzy. W repertuarze koncertowym ten utwór regularnie pojawiał się do końca 1973 roku. Po odejściu Muira był oczywiście nieco okrojony (o początek i koniec). Doskonały otwieracz koncertowych setów. W 1974 przestano go grać.
„Book of Saturday” to delikatna ballada. Krótka kompozycja przyniesiona przez Wettona. Pierwsze cztery płyty również przynosiły ballady. Były one bardzo uduchowione, podniosłe i patetyczne. Tutaj jest nieco inaczej. Przede wszystkim bardziej skromnie, bardziej przyziemnie. Trzeci utwór powstał z tematu zagranego przez Davida Crossa na pierwszej próbie. Do tego można usłyszeć tutaj echa improwizacji pod tytułem „Mantra”, którą zespół miał w swoim koncertowym repertuarze w 1969 roku. Początkowe odgłosy to przetworzone dźwięki pocieranych dłonią szklanych naczyń. Drugą stronę winylowego wydania otwierał mocny „Easy Money”. Głowny riff przyniósł Wetton, sporo dorzucił Fripp. Mnóstwo w tej kompozycji dźwięków pobocznych. Muir ostro się napracował. Ta kompozycja zyskiwała znacznie bardziej w wykonaniach koncertowych. Kto wie, czy nie był to najlepszy utwór tego składu do grania na żywo? Po „Easy Money” następuje wyciszenie. Zaczyna się bardzo cicho. Brzęczą pszczoły. Muir znów generuje nieziemskie dźwięki. Kompozycja narasta, przeplatają się solówki gitary i skrzypiec, sekcja podaje niezmienny rytm. Odzywa się Afryka. Z eksplozji wyłania się „Larks Tongues In Aspic part II”. Mocarne wejście gitary, obłędny bas i piękne solo skrzypiec. Kompozycja wybrzmiewa powoli. I jest na tyle ważna w dorobku tego zespołu, że w repertuarze koncertowym utrzymywała się aż do 1996 roku. Winylowe wydanie kończyły słowa Bruforda: „Czy mogę zagrać jeszcze raz? Proszę.” Niestety w wydaniu kompaktowym jej nie uświadczymy.
Ocena: ****1/2