Crazy pisze:
Ej, i chyba jest jeden utwór, którego w ogóle nie znam, bo na mojej pirackiej kasecie go nie ma

który?
Inverness pisze:
Kurde, panowie Wasze posty tak mnie cholernie kuszą, żeby się wziąć za ocenę jutowskiej dyskografii, że zaczynam się bać o to czy nie spędzę weekendu jedynie pod znakiem słuchania i recenzowania...
no i co udało się?
sam też troche spóźniony ale jest i ...
Pop
Bardzo zróżnicowany i niejednoznaczny album. I również im więcej go słucham w ostatnich dniach tym trudniej mi go ocenić. Z jednej strony jest tu coraz wyraźniejsze wchodzenie w techno, zabawy elektroniką, programowaniem, loopami, samplingiem. Można to odebrać jako przejaw eksperymentowania, szukania nowych dróg wyrazu, nowej formy. Z drugiej strony najbardziej sprawdzają się tu utwory bardziej zachowawcze, bliższe starego U2. Album miał bardzo różne przyjęcie, od entuzjastycznych recenzji po oskarżenia ostatecznej zdrady i bardzo umiarkowaną sprzedaż. Dość powiedzieć, że w USA pokrył się tylko pojedynczą platyną czyli zanotował najgorszy wynik od płyty October.
Discotheque ** jak to pierwszy raz usłyszałem to byłem totalnie załamany. Czy im już kompletnie odp…??!!!

Potem się trochę przyzwyczaiłem ale nadal uważam ten utwór za całkowitą porażkę. Jak dla mnie jest on ostatecznym potwierdzeniem zagubienia zespołu w latach 90tych. Z jednej strony to miała być ironia (może zabawa?), wyśmianie konsumpcjonizmu. Z drugiej zaś jednak jest to coraz wyraźniejsze wgłębianie się w tę tematykę. A jeszcze widoczna na Achtung Baby czy nawet miejscami na Zooropie ironia tu, jak dla mnie przestaje być zauważalna.
To co razi w utworze jeszcze bardziej zostaje podkreślone w video. Pop, blask luster i przebrania jak z Village People. To na pewno U2??!!
Symptomatyczne jest, że singiel cieszył się w momencie wydania dość sporym powodzeniem i pociągnął sprzedaż płyty ale tylko na chwilę.
Na składance The Best of 1990-2000 utwór jest w trochę innej, mniej elektronicznej wersji, bliższej takiej jaką grali na trasie PopMart Tour
Do You Feel Loved ***1/4 Znacznie lepiej ale jeszcze bez jakiegoś wyraźnego blasku, taki Popowy średniak. Nie drażni ale też i nie zachwyca. Trochę przydługi i może przez to lekko nużący.
Mofo ***1/2 Jest w tym nagraniu coś mrocznego, niepokojącego czy wręcz wciągającego. Chyba najbardziej udany flirt z elektroniką na tej płycie. Nie ma klasy The Fly ale jest nieźle. Pomimo, ze nie jest to typowe U2 to nie jest to też miałki Pop.
Tytuł oczywiście pochodzi od
Motherfucker a utwór wraca do straty matki przez Bono w wieku lat czternastu.
Wydłużona ale też bardziej rockowa wersja utworu rozpoczynała każdy koncert na trasie PopMart Tour.
If God Will Send His Angels ***1/2 Na początku w tle głównie rożne plumkanie i dopiero tamburyn wprowadza trochę życia. Potem startuje bardziej U2owska gitara, w tle lekko dudniący bas i całość przeradza się w spokojną, dość typową balladę. Ale nie jest to mistrzostwo świata.
Wyszło na singlu oraz załapało się na soundtrack do filmu Miasto Aniołów. Singiel zawiera dwa rzadsze nagrania: Slow Dancing, country pierwotnie napisane dla Willie Nelsona oraz Two Shots of Happy, One Shot of Sorrow napisane dla Franka Sinatry. Plus bardzo inna wersja Sunday Bloody Sunday z koncertu z Sarajewa z 1997 (śpiewa i gra praktycznie tylko The Edge).
Dodatkowo do utworu jest niezłe video. Kręcone z podzielonym ekranem, różnymi osobami dochodzącymi do siedzącego Bono. Całość w zwolnionym tempie (Bono musiał nauczyć się wolniej śpiewać całość

). Ładnie zrobione.
Staring At The Sun ***** Od samego początku brzmi inaczej niż większość płyty. Od razu przesterowany riff + gitara akustyczna pięknie współbrzmią. Zdecydowanie utwór, który ratuje zainteresowanie płytą. Po drażniącej Dyskotece, średnich utworach kolejnych zaczynało być już dość nudno. Oczywiście jakieś przejawy nowego U2 tu też się trafiają. W tle można wyłapać sporo różnych ozdobników ale nie one stanowią tu podstawowy składnik.
Po nieudanym pierwszym występie na trasie PopMart, dalej grali go już jedynie akustycznie.
Last Night On Earth ***1/2 zaczyna się trochę bluesowo, ale szybko ta gitara zanika i zaraz wchodzą jakieś przetworzone dźwięki. Znów symptomatyczne dla tej płyty, jak jest jakiś fajny motyw to trzeba go przeprodukować

Potem jednak jak wchodzi normalny utwór, taki średniak troszkę lepszy od Do you Feel Loved.
Utwór kończony w dosłownie ostatnim momencie powstawania płyty, refren nagrano o czwartej nad ranem ostatniej nocy w studio, a kilka godzin później materiał już jechał do produkcji.
Koncertowa wersja była zazwyczaj dłuższa i kończyła się gitarowym jamem Bono i The Edge’a.
Gone ****1/4 Drugi mocny moment płyty. Wyraźny riff ciągnie cały utwór. Nie jest może zbyt urozmaicony ale brzmi dobrze. Na tle sąsiadów wyróżnia się zdecydowanie.
Tekstowo to kolejne rozliczenie Bono z faktu bycia gwiazdą rocka, zdobycia niewiarygodnych pieniędzy w tak krótkim czasie (
got so much for so little).
Nie wyszedł na singlu ale jest reprezentowany na składance Best Of 1990-2000. I znów jak w przypadku Discotheque jest to wersja zmieniona.
Obecne podczas całej trasy PopMart, często grane z dedykacją dla Michaela Hutchence’a.
Miami * Straszne! Nie znajduję w tym utworze nic ciekawego. No może jak Bono się wydziera się Miami ma w sobie jakieś emocje ale poza tym takie sobie ble ble.
W 2005 magazyn Q umieścił Miami na liście „10 najstraszniejszych utworów wielkich artystów”
The Playboy Mansion ** najsłabszego momentu płyty ciąg dalszy. Tutaj ciut więcej się dzieje, trochę łkającej gitary w tle, wokaliz Bono i dość zgryźliwy tekst i tak nie ratują całości. Nuda. Koncertowo na szczęście przemycali tylko fragmencik wpleciony w końcówkę
Where The Streets Have No Name
If You Wear That Velvet Dress ****1/2 utwór pochodzący jeszcze z sesji
Zooropy. Wtedy niedokończony, tutaj tez był początkowo planowany jedynie jako b-side ostatecznie trafił na płytę. Rozpoczyna się bardzo powoli, trochę muzyczki w tle o niesprecyzowanej melodii, mruczenie Bono itd. Dopiero w drugiej minucie zaczyna się z tego wyodrębniać jakiś konkret. Ale ten początek ma swój urok. I bardzo podoba mi się takie delikatniutkie solo w połowie, ledwie muskane na gitarze. Pięknie brzmi! Znów piękny koniec?
Please ***** Oj będzie chyba piękny. Ten utwór znów przywraca nadzieję w tę płytę. Znów mniej wyprodukowany, choć gdzieś jest trochę elektronicznej mroczności w tle, która szerzej do głosu dochodzi w czwartej minucie zaraz po cudownym zwolnieniu na jej początku, gdzie przez chwilę pozostaje prawie jedynie wokal Bono. Wokal bardzo obolały, poważny. Tu nie ma już Popu. Bo i temat tez nie do zabawy raczej. Znów nawiązanie do korzeni zespołu, sytuacji w Irlandii Północnej co oczywiście w przypadku tego zespołu musi rodzić skojarzenia z Sunday Bloody Sunday. I rzeczywiście na koncertach na PopMarcie grali to z outro przypominającym wejście perkusyjne właśnie z tamtego utworu.
Wake Up Dead Man ****3/4 Znów obolały głos Bono dominujący nad całością. Prawie modlitwa. Błaganie do Jezusa aby powrócił na Ziemię i naprawił świat. Zwłaszcza sam początek z dominującym wokalem Bono robi piorunujące wrażenie. Tu również nie ma nic z tytułowego Popu. Bono sam raz stwierdził, że ta płyta zaczyna się imprezą a kończy pogrzebem.
Drugi obok
If You Wear … utwór pochodzący jeszcze z sesji
Zooropy. Ale nagrany od nowa. Że też nawet na takich płytach muszą im się trafiać TAKIE utwory.
Im więcej słucham tym trudniej mi ocenić tę płytę. Z jednej strony jest tu sporo mielizn i utworów niegodnych płyt U2. Z drugiej zaś jest kilka fragmentów fantastycznych. Jest mocny fragment od Mofo ze Staring At The Sun i Gone. Jest też wielce udana końcówka płyty. Może nie tak jak na Achtung Baby ale i tak dobra. No i ważna data się z tą płytą wiąże. 12 sierpnia 1997, Służewiec, pierwszy koncert w Polsce. Byliśmy, 4 dni przed naszym ślubem. Mogliśmy dostać lepszy prezent??!
No i weź tu człowieku oceń. Ile dać całości? Jakieś
***3/4?