Achtung Baby
To płyta bardzo ważna dla zespołu. Wkroczenie w nową erę, które dobrze obrazuje opis z książki
U2 Sprzysiężenie na rzecz nadziei Dave’a Bowlera i Bryana Draya, który poniżej pozwalam sobie przytoczyć:
Cytat:
Sceneria: Ponury dworzec kolejowy fimowany na czarno-białej taśmie. Na wietrze kołysze się rozwalająca się tablica. Widnieje na niej napis „Stacja Zoo”. Na peronie w ciemności stoi pociąg. Przez okno widać czterech mężczyzn siedzących przy stoliku, na którym stoi mały kaktus. Jeden z mężczyzn ma na sobie ciemna kamizelkę, a na szyi prosty krzyż. Jego ciemne włosy związane są koński ogon, a z tyłu widnieje biała flaga. Obok niego siedzi krępy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, w kowbojskim kapeluszu i kamizelce z frędzlami. Naprzeciwko usadowił się nieco starszy face z krótko ostrzyżonymi włosami i w okularach w drucianej oprawie – wygląda na troche rozbawionego całą tą sytuacją. Może jest nieco zaskoczony, że znalazł się w tym właśnie pociągu. Czwarty mężczyzna ma na sobie skórzną kurtkę i podkoszulek z napisem Harley Davidson na piersiach; wygląda troche jak James Dean.
Cała czwórka siedzi w milczeniu. Wokół nich rozsiadła się spora spora grupa młodych ludzi czekających na słowa-perły mądrości, które mogą spłynąć z ust tajemniczej czwórki. Grupa też zachowuje milczenie. Mężczyzna w kapeluszu ciężko wzdycha i patrzy zatroskany na kolegów, którzy odpowiadają mu spojrzeniem, jakby chcieli powiedzieć: „I cóż możemy zrobić?”
Na tor po drugiej stronie peronu wjeżdża nagle kolejny pociąg, tym razem w pełnym blasku technikoloru. Tutaj też w jednym z przedziałów stoi stolik, przy którym siedzi czterech mężczyzn. Pierwszy z nich ma na sobie skórzany garnitur i ogromne okulary. Obok niego siedzi mocniej zbudowany facet we włóczkowej czapeczce i z piracką bródką. Naprzeciwko usadowił się nieco starszy mężczyzna z pięknie przystrzyżonymi włosami i w okularach w drucianej oprawie. Nie ma na sobie żadnego ubrania. Czwarty osobnik ubrany jest w skórzaną kurtkę i podobny jest trochę do Jamesa Deana.
Cała czwórka głośno rozmawia, śmieje się i popija szampana. Na stoliku leży obrus, najwyraźniej uszyty z białej flagi. Za czwórką ponad tuzin telewizorów miga światłem ekranów, a mężczyzn otacza grupka bogatych i sławnych ludzi, którzy też bardzo dobrze się bawią. W rogu przedziału widać kilka zniszczonych plakatów Greenpeace i Amnesty International, a pomiędzy nimi stoi starzejący się saksofonista, który z zapałem gra na swoim instrumencie. Ktoś podchodzi do lodówki, by wyjąć z niej kolejna puszkę piwa. Kiedy otwierają się drzwi lodówki widać siedzącą w niej skuloną postać – ma długie włosy i brodę, na szyi łańcuszek z literą „J”, a na głowie kapelusz. Podaje spragnionym piwo i czeka na okazję aby zaatakować. Przy stole, facet w wielkich okularach, którego możemy nazwać „Mucha”, rozmawia przez telefon, otwierając jednocześnie następną butelkę szampana. W wielkim stylu oblewa wszystkich fontanną szlachetnego trunku.
Kamera odjeżdża – kiedy tylko znajdujemy się w pewnym oddaleniu od pociągu, cichnie dźwięk. Pociąg znów tonie w czerni i bieli. Zaglądamy do pierwszego wagonu. Czterej mężczyźni przyglądają się drugiemu pociągowi. Wreszcie facet w kamizelce odwraca się do tego trochę mocniej zbudowanego. „Edge”, mówi, „te dranie ukradły nasz pociąg”. Wstają i idą za gościem przypominającym Jamesa Deana i facetem w drucianych okularkach, który zdążył już przejść połowę długości peronu, kierując się w stronę drugiego pociągu.
Tak możnaby obrazowo pokazać zmianę jak zaszła w tym czasie w zespole. Mi się ten opis zawsze bardzo podobał więc dlatego go tu przytoczyłem.
Zasadnicza zmiana na Achtung Baby dotyczy brzmienia grupy. W wielu miejscach widać i słychać tu starcie starego z nowym, co było również wynikiem tarć wewnątrz grupy gdzie Bono i Edge bardzo optowali za nowościami a Larry i Adam opowiadali się za bardziej klasycznym brzmieniem. Oprócz zmian w brzmieniu i częściowo instrumentarium ważna była też zmiana wydźwięku tekstów. Ze wzniosłych hymnów poprzedniej dekady pozostało niewiele. Znacznie więcej zamiast tego bezradności, smutku ale też ironii i gorszego czy lepszego humoru, który z kolei w latach 80tych raczej nie był kojarzony z grupą definiowaną jako bardzo serio. Tutaj pojawia się znacznie więcej elementów szeroko rozumianej podkultury, które w dużej mierze zawładnęły U2 przez całe lata 90te. No i kolejny ważny punkt – miejsce powstania. Większość materiału nagrano w studiach w Berlinie na samiutkim początku lat 90tych. W owym czasie było to bardzo charakterystyczne miejsce. Tuż po upadku muru i zjednoczeniu Niemiec, było symbolem nowej Europy. Było też miejscem niezwykłym gdzie były DDR gwałtownie otwierał się na zachód. Muzycy dotarli tu dosłownie ostatnim samolotem lecącym do Berlina Zachodniego. Następnego dnia 3 października 1990 nastąpiło oficjalne zjednoczenie Niemiec. Tytuł też jest prawie niemieckojęzyczny

i oczywiście związany z miejscem – często słyszeli go z ust technicznego w studiu. Z drugiej strony pochodzi on podobno również z filmu Producenci Mela Brooksa. Ostateczny miks płyty odbył się w Dublinie. I w paru utworach czuć różnicę. Ale posłuchajmy po kolei:
Zoo Station ** nigdy nie lubiłem tego utworu, reprezentuje sobą chyba wszystko to co mi się na tej płycie nie podoba. U2 dla mnie zawsze był i będzie zespołem
gitarowym niezależnie od ilości tego typu wyskoków. To początek ich sporego w latach dziewięćdziesiątych flirtu z muzyką elektroniczną. Początek trochę mało udany. Ale jeszcze na tej płycie będzie lepiej.
Tytuł to kolejne nawiązanie do miejsca nagrywania płyty czyli Berlina. Tytułowa stacja to Bahnhoff Zoo, stacja berlińskiego metra, a pociąg jest tutaj symbolem czasu i zachodzących zmian. Utwór otwierał nie tylko płytę ale i koncerty w kolejnych kilku latach.
Even Better Than The Real Thing ***3/4 Dobra średnia płyty. Solidny utwór, trochę wejście w taneczne rejony ale mi nigdy aż tak nie przypasował. Niby do niczego nie mogę się przyczepić ale w porównaniu do reszty płyty jest jednak słabszy. A może znudził mi się po dość nachalnej promocji gdy wyszedł jako singiel a towarzyszyły mu coraz bardziej technowe przeróbki.
One ****** Arcydzieło. Do tej pory pamiętam pierwszy odsłuch tej płyty i ogromne wrażenie jakie robił ten utwór. Trójka zaczęła tez go grać chyba jeszcze przed oficjalną premierą singla. No i pierwsze (z trzech ogółem powstałych) video (to z bizonami) widziałem po raz pierwszy w nowościach MTV w dniu pierwszej klasowej osiemnastki, na którą szedłem kilka godzin później. No i potem ten utwór towarzyszył nam przez cały rok. Takich rzeczy się nie zapomina.
Muzycznie przepiękna ballada. Wzorcowa! Pogodziła dwie frakcje muzyczne w zespole (patrz konflikt o brzmienie płyty opisany wyżej). Niektórzy twierdzą, że nawet uchroniła zespół przed większym konfliktem a może i rozpadem. Tekst bywał wielokrotnie interpretowany na różne sposoby. Na pewno opisuje niełatwe stosunki pomiędzy dwoma osobami, gdzie miłość nieodzownie łączy się z cierpieniem,
które są razem ale nie są tym samym (We're One but we're not the same). Niektórzy mają tu na uwadze stosunki panujące między Bono a jego ojcem, inni interpretowali to bardziej ogólnie jako odwieczny konflikt na linii ojciec-syn, jeszcze inni widzieli tu spowiedź syna chorego na AIDS. Z racji miejsca nagrania dość popularne było też wytłumaczenie, że chodzi tu o właśnie zjednoczone, jedne Niemcy.
Until The End Of The World ***** Znów dobra średnia płyty ale ta akurat znacznie bardziej przeze mnie lubiana. Fajnie rozbujany rytm, mocno basowy, do tego gitara Edge’a, taka trochę w starym stylu U2, choć oczywiście nowe elementy tez się tu trafiły. Fajne dość oszczędne, lekko przetworzone solo, wokaliza Bono i powrót do tematu przewodniego.
Utwór pierwotnie napisany dla Wima Wendersa do filmu pod tym samym tytułem. Tekstowo można go rozumieć również jako spowiedź z życia Judasza czy też rozmowę Judasza z Jezusem. Polecam posłuchanie tekstu
Od momentu powstania utwór praktycznie na stałe wszedł do repertuaru koncertowego choc na ostatniej trasie był już grany znacznie rzadziej.
Who’s Gonna Ride Your Wild Horses **** Kolejny średniak płyty. Tylko jaką ta płyta musi mieć zatem średnią! Kolejny utwór w średnim tempie, który umiejętnie łączy stare i nowe U2. Dużo powietrza jest w tym utworze. Nie znam się na studyjnej obróbce ale bardzo przestrzennie tu całość brzmi. Zawsze lubiłem tu wokal Bono, który brzmi na wielkim luzie.
Ostatni singiel z płyty. Na singlu właśnie i częściowo na koncertach obecna była wersja akustyczna znana jako Temple Bar Remix. Podobno zespół nie był do końca zadowolony z żadnej z nich ale i tak przedkładał tę akustyczną.
So Cruel ****1/2 Piękna, choć trochę zachowawcza ballada. Tym razem brzmienie wsparte na motywie fortepianu i silnie uwypuklonej perkusji. No ale nad tym oczywiście znów króluje głos Bono. Znów o złamanej miłości –
you say in love there are no rules, sweetheart you’re so cruel. Piękna rzecz, szkoda że prawie w ogóle nie grana na koncertach – tylko kilka razy podczas Zoo TV Tour a i to w skróconej wersji akustycznej

Może właśnie ta zachowawczość czy też staroświeckość ballady niezbyt pasowała do nowego, dynamicznego oblicza zespołu …
The Fly *****1/4 Najlepszy utwór reprezentujący nowe brzmienie. Nieprzypadkowo wybrany na pierwszy singiel z płyty w końcu 1991. Bardzo reprezentatywny dla płyty i dla zmiany jaką niosła dla brzmienia zespołu. Początkowo go odrzuciłem ale dość szybko bardzo polubiłem i w pełni zaakceptowałem, co np. nigdy mi się nie udało z Discotheque. Bono opisywał tekst utworu jako telefon z piekła, od kogoś zadowolonego, ze trafił właśnie tam. Oprócz utworu The Fly stał się też osobą, za którą przebierał się Bono podczas koncertów – pełen stereotypów, zblazowany rockman w skórach. No i oczywiście w charakterystycznych czarnych okularach.
Mysterious Ways **1/2 Fenomenu tego utworu nigdy nie byłem w stanie zrozumieć.

Jak dla mnie najsłabszy obok Zoo Stadion numer na płycie. Znów rozwibrowany taneczny motyw, bardzo umiejętnie wykorzystany w video.
Wyszło to jako drugi singiel. Na szczęście znałem już płytę i wiedziałem, że jest tam wiele lepszych utworów. No i zaraz po nim wydano na singlu One.
Tryin’ To Throw Your Arms Around The World ****1/4 Spokojny, wyciszający utwór. Znów trochę nastroju, odpoczynku po tańcach i szaleństwach poprzedników.
Grany bardzo intensywnie podczas Zoo TV Tour ale potem już nigdy. W trakcie koncertów właśnie przy tym utworze czasami Bono wyciągał z tłumu jakąś dziewczynę i tańczył z nią na scenie.
Ultraviolet (Light My Way) ***** początek wspaniałej końcówki płyty. Znów rozwibrowana gitara Edge’a mocno w starym stylu, basowa pulsacja, rytm Larry’ego i wokal Bono. Tekst może nie jest najmocniejszą stroną, zwłaszcza finałowe, powtarzane do znudzenia baby, baby, baby
Znów utwór grany chyba tylko na Zoo TV Tour

.
Acrobat *****1/2 kontynuacja dobrego zakończenia płyty. W zasadzie wszelkie ochy i achy dla poprzedniego utworu należy tu powtórzyć, z tym że jest jeszcze lepiej

.
Znów mamy tu temat bezsilności i złamanych uczuć więc w sumie nie tylko muzyczna kontynuacja poprzednika. Z drugiej strony znajdujemy tu słowa -
I must be an acrobat, to talk like this and act like that - co mogłoby być uznane za niezłą definicję hipokryzji. Czyżby autokomentarz do wcześniejszego mesjanizmu zespołu? Na pewno jest to rzecz o zdradzie i moralnych dwuznacznościach.
Utwór jako jedyny z płyty nigdy nie został wykonany na koncercie. Trudno to zrozumieć.
Love is Blindness *****1/2 kolejny smutny utwór. Albo o brutalnej prawdzie o miłości, albo o sytuacji w Irlandii Północnej. Tak różne interpretacje pojawiały się odnośnie tego utworu. Jedna z najpiękniejszych solówek Edge’a tu występuje.
Utwór często zamykał koncerty podczas trasy Zoo TV z rozbudowanym solo gitarowym Edge’a oraz obrazami nieba wyświetlanymi na telebimach. Właśnie wersja koncertowa mogłaby spokojnie dostać szóstkę, tu jakoś za szybko się to wszystko kończy…
Cała płyta jest po prostu fascynująca. Pomimo czasami nie do końca udanych (według mnie) eksperymentów brzmieniowych całość poraża. To zupełnie inne ale równie udane U2 jak w najlepszych fragmentach lat 80tych. Klasyk wyróżniający się nawet w tamtym roku. To również nowe U2 w kontekście tekstów. Jeżeli jest o miłości to o upadłej, opowiadanej wręcz ze zwierzęcą pasją, czasami w bardzo fizyczny sposób. Ale dużo jest też odniesień do zdrady, niezrozumienia pomiędzy ludźmi, odmiennych interpretacji takich samych zdarzeń. Ta płyta wiele zyskuje przy bliższym poznaniu tekstów. Ale i bez tego należy się przynajmniej
***** a może nawet
****** 